"Syn Szawła" - wybitny film, którego nie dałam rady obejrzeć

Raz na pewien czas potrzebuję wstrząsu. Ciosu tak silnego, że to, co go wywołało zostanie ze mną na zawsze. Mówię tutaj o literaturze i filmie. O tych pozycjach, które na nowo zmuszają mnie do refleksji nad istotą człowieczeństwa. "Syn Szawła" jest właśnie taki, ale okazał się wstrząsem zbyt mocnym.

Fot. mat. prasowe

W ostatnim tygodniu zrobiłam sobie prawdziwą "ścieżkę zdrowia”. Przeczytałam "Strefę interesów” Martina Amisa, obejrzałam w kinie "Widzę, widzę” w reżyserii stałej współpracowniczki Ulricha Seidla Veroniki Franz i Severina Fiala oraz zrobiłam podejście do nagrodzonego Oscarem dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego  "Syna Szawła w reżyserii Laszlo Nemesa. Wszystkie trzy pozycje, o których wspominam przedstawiają historię ludzi, którzy dotknęli zła i sami stali się jego częścią. Czyli mówią o zagadnieniu, które właściwie od zawsze mnie fascynuje.

Jednak "Syna Szawła” nie dałam rady obejrzeć do końca, wyszłam z seansu, co naprawdę nieczęsto mi się zdarza, zwłaszcza, gdy film jest dobry. A ten jest więcej niż dobry. To jest dzieło wybitne, ale tak naturalistyczne, że nie dałam rady udźwignąć ciężaru obrazu. Nie wytrzymałam wylewającego się z ekranu cierpienia, zła i sadyzmu. Każdy kadr, każda scena jest jak uderzenie w twarz. To mnie po prostu fizycznie i psychicznie bolało.

Ten węgierski film opowiada o tym, co działo się w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu - Auschwitz, pod lupę biorąc zachowania członków słynnego Sonderkommando, czyli grupy więźniów obozu, która pracowała jako "obsługa" funkcjonującej tam machiny śmierci: komór gazowych i krematoriów. Członkowie Sonderkommando wiedzieli, jaki los ich czeka, wiedzieli, że sami podzielą los, tych, których odprowadzają na stracenie, a jednak pozostawała w nich nadzieja, że przeżyją. W imię tej nadziei byli gotowi popełniać czyny najstraszniejsze.

Nie jestem kimś, kto mocno reaguje na każdy przejaw okrucieństwa w literaturze czy w filmie. Interesujące są dla mnie zagadnienia dotyczące zaburzeń osobowości jednostki, to jak kształtują się jej relacje z otoczeniem, to jak jedna chwila może wpłynąć na to, czy popełnimy zbrodnię. "Syn Szawła” nie jest też moim pierwszym podejściem do tematyki Zagłady, ale jak na razie najmocniejszym.

Obóz koncentracyjny z całym swoim zapleczem został wymyślony w jednym celu - żeby skutecznie zabijać, na wielką skalę - mechanicznie, jak w fabryce. W filmie Nemesa ten mechaniczny aspekt uwidacznia się na wiele sposobów. Niektórych może np. zaskoczyć ruch postaci. Chodzi o drobny trucht, którym poruszali się więźniowie. Ja o tym dowiedziałam się stosunkowo niedawno - chodziło o to, żeby jeszcze bardziej umęczyć ludzi. Jeżeli masz siłę truchtać to znaczy, że masz siłę pracować. Nie masz siły, to już najwyższa pora, żebyś skończył w piecu krematoryjnym. Sadyzm w czystej postaci. Możliwe, że dlatego w większości scen, gdzie widzimy truchtających więźniów grali profesjonalni tancerze. Tancerze są przyzwyczajeni do większego wysiłku niż zwykły statysta i łatwiej było im uwiarygodnić ten porąbany nakaz.

Chociaż sama wyszłam z seansu to byłabym bardzo rada, gdyby film ten pokazywano w szkołach średnich. To jest zbyt ważne dzieło, żeby przeszło po prostu do historii kina. To jest przed wszystkim film o tym, co może się ponownie wydarzyć, jeżeli będziemy w jakiejś grupie społecznej upatrywać winnych zła całego świata. Jeżeli będziemy nawoływać do mordowania grup etnicznych, wyzwiskami obrzucać osoby o odmiennej orientacji seksualnej od naszej, to za kilka lat na nowo będziemy budować obozy koncentracyjne.

"Syn Szawła” jest dla mnie nie tylko filmem o przeszłości, ale jest obrazem przyszłości ludzi, którzy nienawidzą ludzi.

Więcej o: