Wciąż zerkamy na telefon, jesteśmy rozkojarzeni, a z pasją potrafimy mówić tylko o sobie

Czy potrafimy jeszcze ze sobą rozmawiać? Miejsce szczerego kontaktu zajmuje autokreacja w mediach społecznościowych. Czy jeszcze kiedyś porozmawiamy po ludzku?

Samo życie (rys. Magda Danaj)Samo życie (rys. Magda Danaj)

Niedawno odkryłam, że beznadziejnie się ze mną rozmawia. Siedząc w kawiarni z przyjaciółką, wyszłam na chwilę z siebie i przyjrzałam się sobie w rozmowie. Nie wyglądało to dobrze. Na moje "uważne słuchanie" składały się: międlenie telefonu (bezwiedne niczym rysowanie szlaczków - przynajmniej do momentu, kiedy wrzasnęłam "o kurde, widziałaś to?!" podtykając przyjaciółce telefon pod nos), zerkanie w kierunku drzwi za każdym razem kiedy ktoś w nich stanął ("może to ktoś znajomy? a może miłość mojego życia?"), a także wiercenie się i wyraz twarzy, który zdradzał, że mam już gotową odpowiedź i nie mogę się doczekać, aż dojdę do głosu.

Gdy wreszcie przyszła moja kolej, rzuciłam kilka umiarkowanie celnych rad i obserwacji, po czym radośnie oddałam się skrupulatnemu opowiadaniu własnego życia, niechlujnie dobierając słowa i napawając się swoją samoświadomością. A fe! To nic przyjemnego odkryć, że jedyny rodzaj skupienia jaki przychodzi mi z łatwością to skupienie na sobie. Narcystyczny rys ma każdy, ale to już gruba przesada! Jak to możliwe, że ktoś chce jeszcze ze mną rozmawiać? Przecież ledwo nadaję się do small talku o nawale pracy i zatłoczonych autobusach!

Odpowiedź na to pytanie jest prosta, ale smutna. Ludzie gadają ze mną, bo nie jestem żadnym ewenementem. Niemal wszyscy dookoła prowadzą równie gówniane rozmowy. Gdzie nie spojrzę, tam ktoś krzyczy "mów, mów! ja cię słucham!", zabierając się za przeglądanie skrzynki odbiorczej, ktoś inny niecierpliwie bębni palcami o blat jak na szkoleniu BHP, a w zamian dostaje komunały przeplatane frazesami i suchary przeplatane żartami, które lądują nie tam, gdzie trzeba.

Część z nas posiada ekspercką wiedzę w zakresie udawania zaangażowania - potakujemy, symulujemy skupienie, ale tak naprawdę nie interesuje nas nic, poza własnymi myślami. O sobie i swoich doświadczeniach ględzimy z takim upodobaniem, że na każdym kroku powinniśmy czynić jakieś przełomowe odkrycia na własny temat i aż trząść się od tych osobistych epifanii. Jakimś cudem to też zupełnie nam nie wychodzi! Bo nawet autonarrację prowadzimy bezrefleksyjnie i beznamiętnie - po prostu wciskamy w głowie „play” i recytujemy to, co już o sobie wiemy. Wszystkim dookoła wciskamy te same historie, a potem nie potrafimy spamiętać kto co wie. Nikogo już nie dziwią komunikaty typu "byłem pewien, że ci o tym mówiłem!" albo "czekaj, czekaj, czy my przypadkiem już o tym nie rozmawialiśmy?".

Rozmowa stała się dla nas takim samym narzędziem do budowania wizerunku jak blog albo zdjęcie profilowe. Wchodząc w kontakt z nową osobą, uruchamiamy dyżurne anegdoty i refleksje, które sprzedają innym pedantycznie dopracowaną wizję nas samych. Przykładu nie muszę szukać daleko - ja namiętnie opowiadam ludziom o tym, że cudem przeżyłam wcześniactwo, więc zamiast martwić się, że mam za rzadkie włosy i zbyt galaretowate uda, cieszę się, że jestem żywa i względnie sprawna. Lubię też historię spontanicznej wycieczki do najdroższego hotelu w mieście o piątej rano - po to, by spędzić cztery godziny z jednym z najlepszych perkusistów na świecie. Jest jeszcze komiczna opowieść o tym jak obcy koleś nazwał mnie „najbrzydszą laską na całej imprezie” i krótka historia karty płatniczej, która wylądowała w śmietniku. Wszystkie te anegdoty sprawiają wrażenie przypadkowo wyrwanych z pamięci, ale składają się na mój wizerunek pełnej dystansu do siebie, wyluzowanej, śmiałej i uroczo roztrzepanej laski, którą nie jestem - a przynajmniej niezbyt często.

Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej szalone wydaje mi się to moje konwersacyjne lenistwo, ten brak odwagi, brak otwartości. Jeśli w życiu rzeczywiście chodzi o to, żeby porządnie skomunikować się z drugim człowiekiem, to naturalnym impulsem powinno być mówienie tego, co siedzi mi w głowie, a nie autokreacja poprzez filtrowanie tylko najzgrabniejszych myśli. Co by się wydarzyło gdybyśmy wszyscy przestali gryźć się w język? Myślę, że oszalelibyśmy na punkcie rozmów, tak jak teraz szalejemy na punkcie gifów, emoji i błyskotliwych statusów na FB. Bo z tego co pamiętam, to nie ma nic bardziej ekscytującego i wyzwalającego niż szczera, intensywna rozmowa.

Taka, w której nie musimy wyjść na najbystrzejszych i najfajniejszych. I nie lecimy według scenariusza. I mówimy trochę chaotycznie, plącząc się i miotając, bo tak bardzo chcemy uchwycić skłębioną myśl albo ulotną emocje. Każde nasze słowo jest dla nas jak odkrycie. A każde słowo naszego rozmówcy zmusza do dalszego myślenia - takiego, które przypomina nie leniwy spacer wydeptaną dróżką, a przedzieranie się przez nieokiełznane chaszcze.

Po czym poznać, że rozmowa jest prawdziwa? Po tym, że kontakt wzrokowy staje się naturalnym odruchem. I że znikają problemy ze skupieniem. Myśli nie uciekają w stronę "o rety, pranie trzeba rozwiesić!" ani "co ja zjem na kolację?" Telefon od sześciu godzin drzemie w kieszeni płaszcz. Nie chcemy by ta rozmowa kiedykolwiek dobiegła końca. Nie możemy się oderwać. W skrajnych przypadkach wściekamy się nawet na bolesną konieczność sikania. Idąc do kibelka krzyczymy „specjalnie nie zamykam drzwi, więc nie przerywaj!” Gdy przychodzi czas postawić kropkę, czujemy, że za sprawą tej drugiej osoby, trochę zmieniło się nasze podejście / poglądy / życie (niepotrzebne skreślić). Czujemy, że zawiązała się między nami emocjonalna i intelektualna więź, prawdziwa i intymna. Wracając do domu przerabiamy w głowie wszystkie poruszone tematy i poczynione odkrycia. A zasypiając, uśmiechamy się do siebie i myślimy, że nie ma na świecie ani jednej rzeczy, która przebiłaby kontakt z drugim człowiekiem.

Więcej o: