Akceptujemy seks analny, ale TEGO to już nie!

Pierdnięcie w towarzystwie to zdaje się w naszym kręgu kulturowym tabu większe niż seks analny lub zjadanie glutów. Otwarte mówienie na ten temat jest równie źle widziane, ale spróbujmy!

pinterest.com/aberzinshpinterest.com/aberzinsh

Niekiedy zarzucacie Fochowi, że to takie tekściki o dupie Maryni. No to proszę bardzo, macie teraz prawdziwe pierdu pierdu! Pod jednym z listów do redakcji rozgorzała niedawno dyskusja o oddechu drugą stroną w towarzystwie najbliższej osoby. Że to jest brak szacunku, że to nie wypada (w sumie rzeczywiście, to raczej wylatuje). Że w ogóle och, ach i wszystkie panie w pąsach, bo pierdnięcie kończy dobre pożycie, sprowadza związek na boczne tory i świadczy tylko o jednym - z miłości gdzieś uszedł gaz.

Ale nie zawsze tak było na świecie, że choćby wspomnienie o gazie jelitowym wywoływało oburzenie i wstręt albo co najwyżej salwy śmiechu. W XVIII wieku literaturę francuską wzbogacił niewielki esej „Sztuka pierdzenia”, którego autor - Pierre Thomas Nicolas Hurtaut - odkrywa wiele tajemnic i niedopowiedzeń związanych z naszą codzienną fizjologiczną przypadłością. Jak mówi podtytuł, to „na użytek konstypantów, smutasów, ponuraków, dam melancholijnych oraz wszelkich niewolników przesądu” został napisany ten utwór. Ale nie tylko, nie tylko.

Sztuka pierdzenia, japońska walka na bąkiŻeby nie było tylko na Francuzów. Japońska walka na bąki - autor i rok publikacji nieznany. Hegassen emaki. Fot. http://naruhodo.weebly.com

Puszczanie bąków i pierdzenie to dwa różne światy. Zupełnie o tym nie wiedziałam, myślałam, że to wyłącznie nomenklatura. Jedna nieco wulgarna, druga infantylna. Tymczasem autor eseju tak dalece rozróżnia rodzaje pierdzenia, że aż człowiek zaczyna zdawać sobie sprawę w jak zaawansowanej niewiedzy przyszło mu rzyć (tfu!... żyć oczywiście!) przez całe lata.

„Wedle naszych ustaleń beknięcie chodzi w parze z pierdnięciem, chociaż niektórzy twierdzą, że od pierdnięcia jest wstrętniejsze”.

Pisanie o pierdzeniu jest naprawdę trudne. Albo wpada się w ton medyczny (masy gazów zebrane w jelicie, usuwane przez anus w ilości od 180-800 ml na dobę), albo znowu w wulgarno-śmieszne klaskanie pośladkami. Autor eseju posiadł taką wirtuozerię języka (a tłumacz mu w tym świetnie wtórował), że - mimo iż momentami przydługawe - czyta się ponadstuletnie wywody o pierdzeniu z prawdziwym śmiechem. Pseudomedyczne opisy, mam nadzieję, że nie poparte jednak wtykaniem nosa w czyjkolwiek odbyt, mogą przekonać do swobodnego popierdywania w celu wygonienia diabła z domostwa albo (o zgrozo! Drżyjcie pensjonarki, którym straszne bąki!) złapanie pierda w butelkę i utrwalenie w oleju, ażeby się skutecznie pozbyć piegów ową mieszaniną. Chyba dlatego nigdy nie wnikam jak i z czego skomponowano krem, którym smaruję twarz.

Autor tylko dwa rodzaje pierdzenia popiera w całej ich rozciągłości. Pierwsze są dla zdrowotności. A że gazy się zbierają w człowieku żyjącym i ulżyć trzeba umęczonym trzewiom - pierdzenie ma sens. Biorąc pod uwagę fakt, że panny ściskały sobie jelita gorsetami, a na obiad serwowano im na przykład zupę grochową z dorszem, pierdzenie dla zdrowotności zdarzać się musiało wyjątkowo często. Ważniejsze jednak są drugie pierdnięcia - te dla sztuki właśnie i ma się rozumieć - dla przyjemności. Czy jest w tym muzyka? Czy da się niejako stworzyć melodię? Jak pierdzieć, by to sztuką w ogóle nazywać? Czym jest wypierdek? Jak pierdzą panny, a jak mężatki? Warto się skusić na 40 minut lektury, z których jakiś kwadrans będziecie się śmiać do rozpuku.

„Pierdnięć sztucznych nie wywołują ludzie przyzwoici, chyba że pomieszkują w jednej izbie albo śpią w tym samym łóżku.” - oto i odpowiedź na pytanie, czy należy w obecności kogoś zatruć powietrze „po spożyciu cebuli, czosnku, rzepy, brukwi, kapusty, fasoli, grochu”.

A kiedy zdacie sobie sprawę, że cuchliwy cichacz puszczony przez współpasażera autobusu ma się nijak do dworskich gazów wypuszczonych tylną stroną, kiedy uświadomicie sobie, jak kiedyś dalece inne obyczaje gościły na dworach zacnych a bogatych, może wtedy odpuścicie tego bąka niewinnego, na pewno dla zdrowotności puszczonego w świat i podziękujecie losowi, że przyszło wam żyć w higienicznych czasach naukowych, gdzie - cóż jednak z gazami jelitowymi wciąż się zmagając - człowiek ćwiczy zwieracze i udaje się na stronę w celu oddania odgłosów nadchodzącej burzy.

Groszek zielonyGroszek pierdzioszek. Podstępny wróg czy może przyjaciel? Fot. Pixabay.com

Wszystkim miłośnikom dobrego humoru, którzy niewątpliwie rozruszają swoje trzewia rżąc ze śmiechu, polecam małą książeczkę "Sztuka pierdzenia". To nie Hollywood lat dziewięćdziesiątych opracowało patent na prześmiewcze - i umówmy się w tamtym wydaniu żałosne - żarciki pełne ulotnego smrodku. Dziękujmy losowi, że interaktywność naszych mediów nie obejmuje jeszcze zapachów.

Fot. terytoria.com.pl

„Sztuka pierdzenia”, Wydawnictwo Słowo/Obraz Terytoria, Gdańsk 2014. Książka jest dostępna także jako e-book.

Więcej o: