Damskie torebki skończyły się w latach 50. Dziś lepsze są wory bez dna

Nie ma dnia, żeby kogoś nie przeraziły gabaryty mojej codziennej torby. Na pytanie "co ty tam nosisz?!", zgodnie z prawdą odpowiadam: "całe życie". Nigdy nie wiem, gdzie wyląduję, więc na wszelki wypadek jestem gotowa na wszystko: od spontanicznej siłki po zbrojną okupację.

Bałagan w torebce (rys. Magda Danaj)(rys. Magda Danaj)

Moja mama ubolewa, że nie mam porządnej torebki. A ja nie wierzę w torebki. Torebka to eleganckie akcesorium, które nie obciąża kobiecego przegubu. W torebce nosi się puder, grzebyk i skropioną perfumami chusteczkę. Miejsce torebki jest w latach pięćdziesiątych. A ja żyję w dwudziestym pierwszym wieku i noszę wielki, obły wór.

W całej okazałości: ja i mój wór (fot. Olaszka)W całej okazałości: ja i mój wór (fot. Olaszka)

Wór to taka współczesna torebka, która z powodzeniem mogłaby zapewnić dach nad głową czteroosobowej rodzinie. Można do niej upchnąć całe życie. W worze swobodnie mieszczą się: portfel w rozmiarze XL (gdzieś trzeba trzymać te wszystkie stare rachunki i siedemset kart lojalnościowych), kosmetyczka z pełnym zestawem kolorowych mazideł, druga kosmetyczka ze szczotką, pastą, podpaskami i wacikami, wielka butla suchego szamponu, strój na siłownię, buty sportowe, ręcznik i półtora litra mineralnej, minimum dwie książki, kalendarz, skrzynka z prądem (niezmiennie rozładowana), cztery kabelki do telefonu (w tym jeden sprawny), coś ciepłego na wierzch, podręczna apteczka (której zawartość dawno przemigrowała na dno wora), rolka do ubrań i wilgotne chusteczki.

Do tego dochodzą okolicznościowe dodatki (parasolka przy niepogodzie, szalik w zimie, krem z filtrem w lato) i mniej więcej siedem kilo drobnej materii, która również jest częścią mojego życia, ale niechcianą. Należą do niej luźne ibupromy i czarne od brudu gumy do żucia, monety w walucie kraju, który odwiedziłam dwa lata temu, zardzewiałe spinki do włosów, cztery tubki balsamu do ust (których nigdy nie mogę znaleźć, więc kupuję kolejne), zmiędlone bilety na mediolańskie metro (dlaczego?!), przejściówki do kontaktu, torebeczki cukru, które bezwiednie wynoszę z kawiarń (chociaż nie słodzę) i pudełka zapałek, które gromadzę (chociaż nie palę), a często także zbłąkany produkt spożywczy typu stłuczone jabłko lub posiniaczony banan.

Warto też podkreślić, że gdyby ktokolwiek zapragnął wywrócić mój wór do góry nogami i wytrząsnąć z niego całą zawartość, z pewnością odkryłby masę nadprogramowych przedmiotów, o których istnieniu nie miałam pojęcia i z którymi zupełnie się nie utożsamiam. Mam nadzieję, że nikt nigdy tego nie zrobi, bo po stokroć umrę ze wstydu.

Paradowanie z worem wymaga tężyzny fizycznej i siły charakteru. Bo pełna zawartość wora składa się na potężne brzemię. W byle roboczy wtorek wychodzę z domu z tobołem tak ciężkim, że nie wpuściliby mnie z nim na pokład samolotu. Sunę przez miasto objuczona, konsekwentnie hodując zwyrodnienie kręgosłupa. Nigdy nie mogę znaleźć tego, czego potrzebuję. Namierzenie portfela wymaga anielskiej cierpliwości i pełnego kwadransa macania wszystkiego jak w zabawie "zgadnij, co to za przedmiot". Z mniejszymi bibelotami jest jeszcze trudniej. Do ich zlokalizowania zazwyczaj potrzebny jest wzrok, a żeby cokolwiek zobaczyć, muszę - przysięgam na zdrowie jedynej, ukochanej matki - wsadzić do wora całą głowę. Nie będę kłamać - z zazdrością spoglądam w stronę kobiet, które radzą sobie z życiem uzbrojone jedynie w płaskie kopertówki i fikuśne torebusie na łańcuszku. Dla rozrywki snuję też ponure wizje alternatywnej rzeczywistości, w której mam dziecko albo psa i oprócz własnego dobytku muszę tachać też pieluchy i podgrzewacz do butelek albo chrupki dla czworonogów i rolkę worków na kupy.

Nie każdy postrzega ogromne torbiszcza jako atrybut nowoczesnej kobiety. Szyderstwa z wora są na porządku dziennym. Większość kobiet wymaga od swoich torebek piękna i stylowości, a ja od swojej wymagam tylko, żeby nie oberwała mi się malowniczo na środku ulicy (bo z torebki uderzającej o chodnik zawsze jak na złość wytaczają się tampony!). Praktyczność zawsze przedkładam nad urodę, więc najatrakcyjniejszy z moich worów wygląda przy pierwszej lepszej torebeczce z Zary jak łachmaniarski tobół. I zbiera spojrzenia, które mówią: "z czymś takim poszłabym najwyżej na bazar po włoszczyznę".

Każdego dnia ktoś pyta mnie czy spakowałam się na trzy dni, czy może spodziewam się wielotygodniowego oblężenia miasta. Mierzę się z tą beką z podniesionym czołem, bo tak się składa, że ten wór to metafora mojej niezależności i zapobiegliwości. Z worem na ramieniu jestem przygotowana na wszystko. W każdej chwili mogę skręcić w stronę najbliższego orbitreka (i nie wykręcę się brakiem ekwipunku!), wsiąść do pociągu byle jakiego i wyruszyć w nieznane, wziąć udział w trzydniowej libacji, zaliczyć spontanicznego one night standa, zaciąć się w windzie na dwie doby albo koczować w lesie przez tydzień (bo wór to również przenośny namiot). Nie ma takiej sytuacji, której nie sprosta zawartość wora.

I kogo to obchodzi, że w ogóle mi się nie składa z tą siłownią, więc tenisówki od dwóch tygodni smętnie przewalają się w czeluściach tobołu? Cóż z tego, że najczęściej korzystam z jakichś pięciu procent rzeczy, które tak uparcie dźwigam (a dziewięćdziesiąt pięć tacham na darmo)? Te dwadzieścia kilo codziennego zbędnego obciążenia są bez znaczenia. Liczy się tylko jedno - kojąca świadomość, że nic mnie nigdy nie zaskoczy.

Więcej o: