Dziecko, pies czy kot? Kogo zabierasz do pracy?

Dzieciak w pracy? Albo jeszcze lepiej, pies. To chyba żart. A jednak, czasem zdarza się taka sytuacja, że trzeba zabrać swoje potomstwo albo zwierzę do biura. I podczas gdy dla zwykłego zjadacza chleba taka sytuacja może być osobliwa, to dla niektórych jest już normą.

PiesZabierz mnie ze sobą, nie chcę być sam przez 10 godzin, proszę, proszę, proszę /fot. Pexels CCo

Okazuje się, że coraz więcej firm pozwala na zabieranie zwierząt do pracy. Są też takie, które oprócz karnetu na siłownię oferują w pakiecie socjalnym opiekę weterynaryjną dla pupili. Nie oszukujmy się jednak, pracodawcy nie są do końca tacy bezinteresowni. Chodzi o to, że ten, kto zabierze ze sobą czworonoga może zostać dłużej w biurze, ponieważ wyprowadzi go na minispacer w trakcie przerwy na obiad. Choć są też zdania, że zwierzęta w pracy poprawiają atmosferę i pozytywnie wpływają na ludzi. Niewątpliwie pogłaskanie kota może sprawić, że dzień stanie się milszy.

Są też pracodawcy, którzy wspierają rodziców i w podbramkowych sytuacjach przymykają oko na przyprowadzanie dzieci do biura. Kolega, który prowadzi własną firmę chętnie zabiera syna ze sobą do pracy, ponieważ chce żeby ten wdrażał się od małego i kiedyś przejął po nim przedsiębiorstwo. Licia Ronzulli - posłanka do Parlamentu Europejskiego zasłynęła między innymi tym, że po urodzeniu dziecka nie wycofała się z polityki, lecz zabierała kilkumiesięczną córeczkę na obrady parlamentu. Nie chcąc rezygnować z macierzyństwa na rzecz pracy i odwrotnie, postanowiła pójść na kompromis. Powiem szczerze, że podziwiam ją za odwagę, a małą Vittorię za to, że tak łatwo odnalazła się w mało zabawnych warunkach, jednak uważam, że takie miejsce jak Parlament niekoniecznie nadaje się jako substytut przedszkola. Dorośli nie zastąpią dziecku kontaktu z rówieśnikami, a projekty ustaw są słabymi zabawkami.

A jednak czasem trzeba zabrać dziecko ze sobą do roboty. Każdemu rodzicowi ucznia, który jest beneficjentem państwowego systemu edukacji przyszło się zmierzyć z kolosalną liczbą dodatkowych dni wolnych (nie licząc wakacji i ferii szkolnych), w których musi gdzieś i jakoś zagospodarować swoje dziecko. Wieść o dodatkowych dniach wolnych, spada na rodzica wraz z początkiem roku szkolnego i pierwszym zebraniem, kiedy nauczycielka miłym głosem dyktuje straszne daty. Kiedy zetknęłam się z tym w zerówce był to szok dla mnie i dwudziestu pięciu innych rodziców przycupniętych na mikrokszesełkach. Na większości twarzy malowało się ciche „kura przez w”. Okazuje się, że dni wolne lubią przywiązywać się do każdego święta. Otaczają je puchową kołderką przyprawiając rodziców o kolejną migrenę, a dzieci o wybuch radości z powodu braku lekcji. Egzamin szóstoklasisty, święto patrona szkoły, dzień nauczyciela, święto tablicy - mamy wolne. Wychodzi na to, że rodzic ucznia potrzebuje jakieś trzy miesiące dodatkowego urlopu.

Powiecie, że dramatyzuję, bo przecież szkoła zapewnia opiekę w świetlicy. Owszem, w niektóre dni wolne od zajęć edukacyjnych dziecko może siedzieć stłoczone razem z trzydziestką innych wybrańców w małej salce, z niezadowoloną panią, która jest tam za karę. W takich sytuacjach rodzicom pozostaje upchnąć dzieciaka na świetlicy, podrzucić go dziadkom, wziąć urlop lub zastosować ostateczne rozwiązanie, czyli zabrać dziecko do pracy. Rozwiązanie jest możliwe jeśli człowiek jest swoim własnym szefem i tak się składa, że w danym dniu może sobie pozwolić na taką fanaberię lub jeśli jego szef wyrazi zgodę. A wtedy...

DzieckoBo z mamą zawsze jest super, nawet w pracy /fot. Pexels CCo

Pamiętam, że kiedy byłam dzieckiem, to wizyta w pracy u mamy lub taty były jedną z największych przygód. Mogłam choć na chwilę zerknąć do tajemniczego i poważnego świata dorosłych. A więc to tam spędzał te wszystkie godziny poza domem.

Mogłam na własne oczy zobaczyć, czym rodzice się w rzeczywistości zajmują. Praca mojej mamy była dla mnie fantastyczna z dwóch powodów: obrotowego krzesła z pomarańczowym nieco wytartym obiciem, które było lepsze niż jakakolwiek karuzela oraz maszyny do pisania. Maszyna do pisania była czymś absolutnie magicznym i przedmiotem wielkiego pożądania. Tata pracował na Starym Mieście, w budynku, z którego rozpościerała się przepiękna panorama na Pragę, mogłam się tam bawić, mogłam mu pomagać i poczuć się odpowiedzialna. Na obiady chodziliśmy do baru mlecznego Barbakan, gdzie zawsze zamawiałam pomidorową z ryżem i naleśniki serem i dżemem truskawkowym. I po trzydziestu kilku latach przyznaję, że to jedne z moich ukochanych wspomnień z dzieciństwa.

Kilka razy musiałam zabrać moje małe koczkodany do biura. Były bardzo przejęte tym, że spędziły czas razem ze mną w mojej, teoretycznej dość nudnej dla dzieci pracy. Bardzo podobała im się obsługa ksero, ciemna moc niszczarki oraz chodzenie po zapiekanki do sklepiku na dół. Mam nadzieję, że będą to wspominać równie dobrze jak ja czas spędzony ze swoimi rodzicami.

Magda Acer

Więcej o: