Wiosenny detoks? Doskonały pomysł, aby sobie zaszkodzić

Detoks robi oszałamiającą karierę. Tym bardziej, że wydaje się prostym rozwiązaniem złożonych problemów. Właśnie - wydaje się! Niewłaściwie przeprowadzony, prędzej cię osłabi niż pomoże. A można zrobić to z głową.

Koktajle z zielonych liści - czy to aby pyszny pomysł? (fot. Pexels)Koktajle z zielonych liści - czy to aby pyszny pomysł? (fot. Pexels.com CC0)

Nadeszła wiosna, chcemy być piękne, szczupłe i zdrowe (i szczupłe, już mówiłam?). Od kilku lat szaloną karierę robi słowo „detoks”. Jak wiemy, to taki szamański rytuał, podczas którego wypędzamy z ciała zło. Ach, nie, pozbywamy się toksyn i złogów (choć pozostaje tajemnicą, o jakie konkretnie toksyny chodzi). Detoksom poddają się gwiazdy, Gwyneth Paltrow i Beyonce. A celebrytki słyną z tego, że z zasady stosują diety zrównoważone i bezpieczne. Zaufajmy im - nie mogą się mylić, skoro są chude!

No, dobrze. To był sarkazm. Teraz przyjrzyjmy się, dlaczego tak skutecznie uwodzi nas idea detoksu i czy post oparty na sokach i koktajlach to wyborny pomysł. Przyprawą, którą tu polecam, jest sceptycyzm (myślę, że to zdrowe podejście do zdrowotnych trendów). Podam też bezpieczną alternatywę dla wiosennych detoksów.

Kup warzywa w różnych kolorach (fot. Wikimedia Commons)Kup warzywa w różnych kolorach (Wikimedia Commons)

Przyznaję, że w sprzątaniu jest pewna magia. Poradniki z detoksami malują przed nami ponure obrazy - ciało pełne śmieci, trucizn i wstrętnych złogów, będących przyczyną wszelkich chorób - a następnie oferują proste rozwiązanie (proste, szybkie i uniwersalne rozwiązanie wielu złożonych problemów zdrowotnych powinno budzić naszą czujność). I oto jesteśmy czyści, witalni, odrodzeni. Nic dziwnego, że w idei detoksu jest coś głęboko satysfakcjonującego. Jeżeli jednak fascynuje nas magia sprzątania, lepiej kupmy sobie książkę... „Magia sprzątania”, a ciało potraktujmy trochę łagodniej.

Dlaczego modne detoksy na sokach i koktajlach z warzyw nie budzą mojego zaufania? Bo taka dieta jest wyjątkowo uboga. Może spowodować niedobory. Osłabia odporność (bo chodzimy głodne). Jeśli łatwo marzniecie, po takiej „kuracji” będziecie marznąć bardziej. Bo sądzę, że to dieta cud w kolejnej odsłonie. Tym razem uzasadniona zdrowiem, ale te 5 kg w tydzień przemawia jakby wyraźniej, prawda? Bo to dieta jednostronna, pozbawiona ważnych składników odżywczych. Bo rozsądna, zrównoważona dieta to nie tylko produkty lekkie, oczyszczające, takie jak zielone liście, ale też produkty wzmacniające, energetyczne, takie jak węglowodany, białko i tłuszcz. Dlatego modna dziś fiksacja na samym tylko oczyszczaniu zwiastuje kłopoty.

Bo taka dieta z dużym prawdopodobieństwem negatywnie wpłynie na trawienie. Jeśli żywicie się koktajlem z liści i obserwujecie rozluźnienie stolca (który powinien być dobrze uformowany), to właśnie to. Duża ilość błonnika nierozpuszczalnego działa przeczyszczająco. A gdy układ pokarmowy nie daje sobie rady z pokarmem, to również nieskutecznie wchłania - tymczasem przecież chodzi nam o te wszystkie witaminy! Szczególnie rano łatwo o taki efekt - śniadanie złożone wyłącznie z surowych warzyw i przyjęte na pusty żołądek to naprawdę kiepski pomysł. A jak włączyć do diety więcej warzyw i nie osłabić siły trawiennej? Z pomocą przychodzi stare poczciwe gotowanie. Tylko trudniej nadać mu tę otoczkę magii i cudownego oczyszczenia.

Jeszcze jakiś argument przeciw? Owszem. Chwilowe zrywy rzadko dają długofalowe efekty. Jeśli po tygodniu lub dwóch wrócimy do starych nawyków, głodowanie na nic. Każda dieta kiedyś się kończy a tym, co faktycznie może przynieść dalekosiężne skutki, jest trwała zmiana nawyków. Zastanówcie się więc, co lepsze: krótka rewolucja, po której zostanie bałagan, czy stopniowa ewolucja, która zaowocuje pozytywnymi efektami może już za tydzień, ale też za rok i za kilkadziesiąt lat.

Tyle razy słyszałyśmy o dietach cud i ich szkodliwości, o zbyt surowym ograniczeniu kalorycznym, o efekcie jo-jo i osłabionej przemianie materii, z którą długo borykają się ofiary przejściowych mód. Więc nie nabierajmy się kolejny raz na to samo tylko dlatego, że pojawiło się w nowym, błyszczącym opakowaniu.

A jednak postanawiacie spróbować z tym detoksem. Co prawda wiecie doskonale, że najwspanialszym laboratorium detoksykacyjnym jest wątroba. Ale gdyby tak jej pomóc? Ulżyć po zimie, obfitującej w cięższe, tłustsze jedzenie, a uboższej w warzywa? Słyszałyście też o tym, że okresy postu (nie głodówki!) dają korzyści zdrowotne i były częścią tradycji, np. Wielki Post i bezmięsne piątki. Zgoda. Weźcie tylko pod uwagę, że chodziło o jedzenie prostsze, trochę uboższe i lżej strawne. Nie o koktajl z jarmużu.

Mimo wszystko upieracie się przy "detoksie". Proponuję więc sposób łagodniejszy i bezpieczniejszy niż zielone koktajle - dietę złożoną z kaszy i warzyw, z dodatkiem oleju, najlepiej lnianego bogatego w kwasy tłuszczowe omega-3. Oczywiście, jeśli chorujecie, skonsultujcie ten pomysł z lekarzem. Lepiej też zrezygnować na czas postu z intensywnych treningów.

Niezbyt fotogeniczna kasza z warzywamiNiezbyt fotogeniczna kasza z warzywami (fot. MB)

Co będzie potrzebne? Kasze, najlepiej gryczana i jaglana. Jeśli nie znosicie kasz, może być ryż. Mnóstwo warzyw. Najlepiej udać się do warzywniaka i kupić to, co wpadnie nam w oko i na co mamy ochotę. W różnych kolorach: zielone, żółte, czerwone, pomarańczowe, białe. Olej lniany dobrej jakości - taki dostaniemy w sklepie ze zdrową żywnością. Może być też olej z lnianki (zwany również rydzowym) o łagodniejszym smaku niż lniany. W wersji bardziej liberalnej możemy włączyć też masło i oliwę. Co jeszcze? Przyprawy, sól morska, świeże zioła, kiełkisok z cytryny i naturalny ocet jabłkowy.

Co z tym robimy? Gotujemy i jemy do syta tyle razy, ile potrzebujemy. Przy śniadaniu stawiamy na węglowodany - niech będzie na przykład kasza jaglana ugotowana z kawałkiem świeżego imbiru, kurkumą i solą, podana z połówką awokado i dymką, natką, kiełkami albo takimi ziołami, jakie lubicie, skropiona cytryną i podlana olejem (oleju lnianego możemy spokojnie zjeść kilka łyżek dziennie, ale uwaga, spożywamy go wyłącznie na surowo). Na obiad - kasza i warzywa. Na kolację najlepiej zjeść same warzywa. Dusimy je, pieczemy, gotujemy z nich zupy. Część możemy jeść na surowo, ale niech przeważają gotowane. Dla smaku używamy czosnku, cebuli, ziół. Cebulę i czosnek możemy delikatnie podsmażyć na maśle klarowanym (cóż, to nie jest ortodoksyjne, „detoksowe” rozwiązanie, ale w końcu jedzenie powinno nam smakować), a potem dodać resztę warzyw i dusić.

Co konkretnie da się z tego zrobić? Każdą zupę warzywną, zupę krem z marchwi albo białych warzyw, zupę z porów, duszoną młodą kapustę z koperkiem, guacamole. I zwykłe duszone warzywa, które zjemy z kaszą. Wystarczy wrzucić do garnka, na co mamy ochotę, dodać trochę wody, nieco masła lub oliwy, ulubione przyprawy. Możemy przygotować niby-tabbouleh z kaszy jaglanej - łączymy kaszę z posiekaną natką, rzodkiewką, ogórkiem, cebulą. Doprawiamy i dodajemy dressing z oliwy i soku z cytryny albo octu jabłkowego. Ugotowany w mundurku słodki ziemniak podany z masłem i solą będzie prostą i lekką kolacją. No, może dwa ziemniaki.

Co pijemy? Ciepłą wodę z cytryną i imbirem, zioła takie jak rumianek, lipa czy mięta, zieloną herbatę, bulion warzywny.

Co z tego mamy? Z dużym prawdopodobieństwem poczujemy się lepiej, będziemy dobrze sypiać, mamy szansę złagodzić dolegliwości trawienne, może poprawić się wygląd skóry (szczególnie jeśli będziemy kłaść się spać do 23). Taka dieta nie jest zbyt uboga: zawiera węglowodany złożone i tłuszcze, bogactwo witamin i minerałów. Jest w niej za to niewiele białka. Jeśli was to martwi, dodajcie podprażane orzechy i komosę ryżową. Jednocześnie wielu produktów w niej nie ma - odpoczywamy od mięsa, mąki, nabiału, cukru, przetworzonej żywności, alkoholu, kawy i czarnej herbaty. Wątrobę możemy dodatkowo wspomóc ostropestem i kurkumą.

Po tygodniu łagodnie kończymy post, stopniowo włączając kolejne pokarmy: owoce, jaja, ryby, nie za duże ilości mięsa, rośliny strączkowe i tak dalej. Najlepiej, jeśli taki „detoks” okaże się trampoliną dla trwałych zmian. Może poczujemy, że da się żyć bez cukru albo pięciu filiżanek kawy dziennie. Uwrażliwimy się na subtelniejsze smaki. Ale przede wszystkim nie zrobimy sobie krzywdy.

Więcej o: