Jestem katoliczką i przeciwniczką aborcji, ale nie chcę jej rygorystycznego zakazu

Jestem zdania, że aborcja jest wielkim złem. Ale pozwolenie lub zakaz aborcji nie są mi do niczego potrzebne. Tak jak wszystkim innym obrońcom życia poczętego. Po co więc taka ustawa? Przymus w delikatnej materii ducha zawsze obnaża bezsilność.

foch.pl/fot.Pexels.comfoch.pl/fot.Pexels.com

Najpierw określę swoje warunki brzegowe. Sama siebie uważam za osobę wierzącą, jestem katoliczką, wczoraj modliłam się u św. Marcina za śp. księdza Jana Kaczkowskiego. Jestem zdania, że aborcja jest wielkim złem. Chcę wierzyć, że nigdy bym się na nią nie zdecydowała. Jednocześnie myślę, że ustawa, która obowiązuje do tej pory, jest wynikiem dużego społecznego kompromisu - a zgodzili się na nią także przedstawiciele Kościoła. Zastępowanie jej rygorystycznym zakazem, bez wyjątku, nie jest dobrem.

Dlaczego? Bo zmusza ludzi, a przede wszystkim kobiety, do heroizmu. Oczywiście, były takie siłaczki. Na przykład Joanna Beretta Molla, włoska lekarka, która wolała poświęcić swoje życie, niż poddać się aborcji, co zalecali jej lekarze, bo poród stanowił zagrożenie dla jej życia. Zmarła przy tym porodzie, osierocając trójkę i ratując czwarte. Wszystkie żyją do dziś. A ją obwołano świętą. Została nagrodzona za swoje wyjątkowe cnoty.

Jasne, że wszyscy (katolicy) powinniśmy dążyć do świętości, ale czy każdy ksiądz zgodziłby się bez buntu na sformułowanie prawa, które w sytuacji przystawionej do głowy lufy pistoletu nakazuje mu oddać życie za jego bliźniego? Tak jak św. Maksymilian Kolbe? Mogłoby tak być - jesteś księdzem, więc wymagamy od ciebie heroizmu cnót. Masz się zgłaszać na ochotnika za każdym razem, gdy jesteś w pobliżu.

Czy o takim księdzu, który poddałby się temu prawu, można powiedzieć, że był święty? Przecież wypełniał tylko swoje nakazane prawem obowiązki.  Tym, co leży u podstaw świętości jest wolna wola. Jestem pewna, że świętej Joannie Beretcie żadne prawo nie było potrzebne. Ona miała je w sobie. I w tym kontekście mnie też pozwolenie lub zakaz aborcji nie są do niczego potrzebne. Tak jak wszystkim innym obrońcom życia poczętego. Natomiast osobom, które nie podzielają mojego światopoglądu odbiera możliwość dokonania wyboru - dobrego czy złego.

Z drugiej strony uważam, że człowiek zaczyna się od poczęcia. Przyjęłam ten pogląd filozoficzny, bo jak dotąd żaden naukowiec nie udowodnił, kiedy się zaczyna. Każde postawienie granicy byłoby umowne, bo jeśli w 22 tygodniu ciąży (piszę na rybkę) - to czy aby na pewno dzień wcześniej nie? A dwa dni? A trzy? Z prawnego punktu widzenia można by więc chyba podejść do aborcji tak, jak do decyzji o „skazaniu” czy „puszczeniu wolno”. Obowiązuje nas coś takiego jak domniemanie niewinności. Jeśli nie udowodnimy winy, puszczamy wolno. Jeśli nie udowodnimy, że to nie jest człowiek - to chyba lepiej założyć, że jest? Ale i prawo dopuszcza sytuacje wyjątkowe - na przykład obronę konieczną. I tu też łatwo wyprowadzić analogię do prawa (anty)aborcyjnego. Tak sobie rozważam, ale w gruncie rzeczy bardzo się cieszę, że nie muszę ustalać praw. Nie umiałabym. I dlatego uważam, że to co obowiązuje jest w miarę sprawiedliwym kompromisem.

Oczywiście, trudno wymagać od ludzi, którzy uważają się za chrześcijan, aby swoją wizję życia i świata trzymali tylko dla siebie. Wszyscy jesteśmy posłani, mamy być apostołami i naszym zadaniem jest zachęcać do tego, w co wierzymy. Pokazać, jak bardzo nasza wiara jest atrakcyjna, niosąca nadzieję, wyzwalająca i piękna. Nigdzie jednak nie jest napisane, że musimy ją narzucać innym. Apostoł to nie jest policjant. To człowiek, którego narzędziem pracy jest miłość, dobra nowina - a nie paragraf. Przymus w delikatnej materii ducha zawsze obnaża bezsilność.

Jeśli państwo chce krzewić wartości chrześcijańskie, to ja jak najbardziej jestem za i widzę nawet sposób, aby do tej wizji zachęcić. Aby pokazać, że naprawdę zależy nam na życiu tych dzieci, które mają się pojawić na świecie w warunkach trudniejszych, niż inne maluchy. Także rok po narodzinach. I dwa. Trzy. Piętnaście. Przyjrzeć się wysokości zasiłków pielęgnacyjnych, udogodnień dla rodzin, które heroicznie opiekują się niepełnosprawnymi dziećmi, dać im leki, rehabilitację. Hierarchowie kościelni też się mogą dorzucić, czemu nie! Uprościć procedury adopcyjne. Walczyć z przemocą rodzinną. Inwestować w żłobki, przedszkola i szkoły. Otoczyć kobiety najlepszą i najnowocześniejszą opieką zdrowotną - zwłaszcza te najbiedniejsze. Jeśli będzie ta troska, to kobieta stojąca przed dramatycznym wyborem będzie czuła na tyle mocno wsparta, że łatwiej będzie ją stać na decyzję na tak.

Szczęśliwie nigdy nie byłam w sytuacji trudnego wyboru i każde swoje dziecko witałam z radością. I ja, i mój mąż (ten dopisek dedykuję naszemu najwierniejszemu czytelnikowi, panu qwerty).

Kiedyś przyszedł do mnie kolega (dlaczego, cholera, do mnie?!) z pytaniem, gdzie w Warszawie można dobrze zrobić skrobankę, bo jego dziewczyna jest w ciąży, a oni nie chcą. Powiedziałam: „Błagam, człowieku nie rób tego! Jeśli nie chcecie tego dziecka, to my weźmiemy!”. Opowiadałam o tym potem znajomym, a oni na to: „My też możemy wziąć!”. Było to dawno, kilkanaście lat temu. Dziś ten kolega jest po ciężkiej chorobie, właściwie nie opuszcza domu. Dziecko jest największą radością jego życia.

Więcej o: