Zaczęto nazywać mnie ?tą, która nie lubi foliowych torebek" - moja przegrana walka z plastikiem

400 lat. Tyle rozkładają się jednorazowe torby foliowe. Polak zużywa ich rocznie 460! Podjęłam niedawno wyzwanie - obniżyć te statystyki. Starałam się, ale przegrałam.

Życie bez plastiku nie jest możliwe, czyli moja przegrana wojna z foliowymi torbamiProdukcja - 1 sekunda, użycie - 25 minut, rozkład - 400 lat (fot. Edinburgh Greens/Flickr)

Foliowe torebunie i woreczki są takie wygodne! Cały świat bardzo je kocha. Tanie, lekkie, pakowne, czyste oraz jednorazowe. Produkuje się je w niespełna sekundę, używa średnio 25 minut, a potem - bach, do kosza. Nie mamy czasu i ochoty myśleć o tym, że to cholerstwo rozkłada się przez kolejne kilkaset lat.

Foliówki rozpoczęły swą zawrotną międzynarodową karierę w roku 1965, gdy szwedzki inżynier Gustav Thulin Sten wymyślił je i opatentował. Parę dekad wystarczyło, by foliowe torby zalały świat, trafiły na każdy kontynent, do wszystkich mórz i oceanów, a nawet weszły do łańcucha pokarmowego (głównie dzięki ściemie nazywanej torbami biodegradowalnymi).

Na europejskie wysypiska śmieci trafia rocznie kilka milionów ton jednorazówek. A recykling, zapytacie? Przecież segregujemy śmieci, więc niby jak? Zgadza się, segregujemy (ja nawet do granic obłędu i cierpliwości domowników), ale w Polsce odzyskiwane jest raptem 20 proc. odpadów. 1 proc. jest spalany, a cała reszta wędruje na składowiska.

Pierwsza walkę z foliówkami rozpoczęła Irlandia. Wprowadzenie opłat za foliowe torebki miało miejsce w 2002 roku. Rezultat jest taki, że przeciętny Irlandczyk zużywa 20 jednorazówek rocznie. Dla porównania: Fin i Duńczyk mają do czynienia z 4 torebkami na rok, a Polak, Węgier i Portugalczyk - z ponad czterema setkami! Unia Europejska zobowiązała państwa członkowskie do podjęcia działań mających doprowadzić do zużywania nie więcej niż 90 foliówek na obywatela rocznie w roku 2019, a w 2025 roku limit ten ma wynosić 40 sztuk.

Życie bez plastiku nie jest możliwe, czyli moja przegrana wojna z foliowymi torbamiW ciągu roku statystyczny Europejczyk zużywa prawie 500 foliówek (fot. Duncan Hull/Flickr)

40 sztuk. Policzcie sobie - to mniej więcej trzy torebki na miesiąc. A ile woreczków przynieśliście ostatnio ze sklepu? Ja kiedyś policzyłam - ze sporych zakupów przytargałam 15 jednorazówek. Zakładając, że w markecie bywam raz na tydzień, w prostym rachunku dało mi to 60 torebek miesięcznie, czyli 720 rocznie. Gdyby doliczyć drobne zakupy na rynku, w aptece, czy innej Żabce - liczba ta bez trudu dobiłaby pewnie do tysiąca sztuk na rok. O bogowie...

Owa konstatacja miała miejsce mniej więcej rok temu. Postanowiłam wtedy wydać prywatną wojnę wszelkim plastikowym opakowaniom, a przede wszystkim foliowym torebkom. Bo przecież zużywam tysiąc cholernych woreczków rocznie! Jestem gorsza niż wyśmiewany statystyczny Polak. Wstyd! Nie mogę dzieciom zostawić tak zasyfionej planety!

Był to czerwiec. Zakupy truskawek, czereśni, młodych warzyw i innych dóbr wczesnego lata, potrafią generować olbrzymie ilości zużytych plastikowych opakowań. Swoją walkę rozpoczęłam więc wśród straganów na pobliskim rynku (targu, bazarku - co wolicie, innowiercy). Zaczęłam odmawiać przyjęcia dodatkowych woreczków pod tytułem „żeby się pani nie zerwało” lub „żeby nie przeciekło”. Efekt był taki, że czasami uchwyty toreb się zrywały albo coś przeciekło, ale do domu trafiało nieco mniej folii. Kolejnym krokiem było przychodzenie z workami z odzysku oraz koszykiem. Po kilku tygodniach stałam się znana na rynku, zaczęto nazywać mnie „Tą, która nie lubi foliowych torebek”. Byłam niezwykle dumna ze swojego nowego indiańskiego imienia oraz zachwycona około 8 foliówkami na minusie tygodniowo.

fot. Brendan Aanes via CC BY-SA 2.0 flickr.com/nevermindthisfot. Brendan Aanes via CC BY-SA 2.0 flickr.com/nevermindthis

Trudniej było z niewielkimi sklepami. Do takowych wbiega się przeważnie na szybko, bo skleroza, bo coś potrzebne jest na zaraz, bo dziecko musi spożyć bułę i soczek natychmiast. Czasami nie jest się przygotowanym, a głupio niesie się mleko, mąkę, dwa banany, sól i trzy pomidory w rękach, czy w worze ze swetra. Wiele zależy od samego sklepu, ale niektórzy sprzedawcy lubią pakować każdy kolejny towar w osobną torebkę, trudno jest nadążyć z odmawianiem, wystarczy obrócić się do stojącego z tyłu przychówku, by spryciarz za kasą nawet lizaka zapakował we własny woreczek. Bywało, że miałam wrażenie, iż biorę udział w jakiejś grze - kto szybszy, kto bardziej spostrzegawczy.

Ale jeżeli grą nazwiemy przepychankę o jednorazówki w osiedlowym sklepiku, to zakupy w markecie są prawdziwą bitwą. Z warzywami i owocami nie ma większego kłopotu - możemy zapakować je w przyniesione z domu torebki. Horror zaczyna się na stoisku mięsnym. Miałam parę podejść, w sklepach kilku różnych sieci. Starałam się namówić obsługę na wyzerowanie wagi i włożenie towaru do przytarganych prywatnych plastikowych pojemników. Zapomnij! Nie można, bo regulamin zabrania, bo Sanepid, bo pan/pani nie wie jak się zeruje, bo żeby wyzerować, trzeba wyłączyć wagę, a ona wtedy rozłączy się z serwerem. Nie można również we własne woreczki, bo znów regulamin, bo „one mogą być brudne, a pani później przyjdzie reklamować towar”, ogólnie - bo nie! Ach, no i jeszcze ta kolejkowa presja, oddechy na karku i coraz głośniejsze posapywania w czasie, gdy polemizujesz z personelem sklepowym, wzywasz kierowników, wyłuszczasz swe racje i tłumaczysz szczytne cele.

Nie udało mi się całkowicie wyeliminować z mojego życia foliowych torebek, jednak znacznie zmniejszyłam ich zużycie. Z około 80 miesięcznie, zeszłam na 10 - 15, większość foliówek miała u mnie dwa, trzy lub cztery życia. Dłużej po prostu nie wytrzymywały. Myłam nawet te mocno zapaskudzone - albo żeby wykorzystać je ponownie, albo by nie brudziły pozostałych śmieci w worku „tworzywa sztuczne”.

Ponieważ ćwiczenie czyni mistrza, sądzę, że z biegiem czasu byłabym w stanie jeszcze bardziej ograniczyć korzystanie z jednorazówek. Ale świat mi nie pomógł. Świat i ludzie podcięli mi skrzydła.

Jestem realistką i wiem, że długo poczekamy aż markety w stylu berlińskiego Original Unverpackt staną się powszechne. Nie o to chodzi. Ale chciałabym, by istniejące sklepy chociaż trochę szły na rękę i pomagały ludziom, którzy chcą żyć bez wszędobylskiego plastiku. Opłaty za foliówki przy kasie nie są według mnie wystarczającym rozwiązaniem. Nie są też nim torby papierowe, a nawet tekstylne (trudności i koszty związane z ich produkcją oraz późniejszą utylizacją to temat na osobny artykuł). Nie chcę czuć się jak kretynka prosząc o zapakowanie mięsa lub sera do własnego pojemnika. Chcę dać sklepom zarobić, ale chociaż częściowo na moich warunkach!

Chciałbym też, żeby nie sapano mi w plecy i nie pukano się w czoło, gdy próbuję prowadzić swą małą wojenkę z foliowymi torbami. Nie robię tego przecież tylko dla siebie. Dlaczego ludzie traktują mnie jak kosmitkę?

fot. Keng Susumpow CC BY-SA 2.0 flickr.com/photos/kengzfot. Keng Susumpow CC BY-SA 2.0 flickr.com/photos/kengz

Jakiś czas temu poddałam się. Nie, nie wróciłam do zużycia rzędu 60 jednorazówek miesięcznie, ale przestałam się starać, przestałam dążyć do wymarzonych kilku, kilkunastu sztuk rocznie. Przestałam się starać, bo dowiedziałam się z lokalnej prasy, że mój odbiorca śmieci ma to wszystko w dupie, a starannie segregowane przeze mnie odpady i tak trafiają do jednego kontenera i jadą na wysypisko. Przykre. Głupio mi przed sobą i przyszłymi pokoleniami. I zastanawiam się co dalej.

Więcej o: