Czy wkrótce wszyscy będziemy fanatykami?

Świat staje się czarno-biały. Każda racja jest najsłuszniejsza i jedyna. Społeczeństwo polaryzuje się, opinie radykalizują. Czym to się skończy?

Są dni, kiedy boję się włączyć telewizor, radio, czy odpalić komputer. Coraz częściej czuję się osaczona przez wykrzywione, wściekłe twarze, przez autorytarne opinie głoszone nie znoszącym sprzeciwu zagniewanym tonem. Wszyscy wokół muszą mieć swoje zdanie. Na jaki temat? Obojętnie, ale najlepiej na każdy - w końcu Polacy znają się na wszystkim.

Przyzwyczajona jestem do pełnych pasji komentarzy dotyczących wybijania się z progu Małysza, rad dla Kubicy w kwestii pokonywania zakrętów na mokrej nawierzchni, czy analiz aktualnej kondycji Kowalczyk lub Radwańskiej. Czasami jest to żałosne, ale w gruncie rzeczy raczej zabawne i nieszkodliwe - w końcu nie uderza bezpośrednio nikogo, poza nieszczęsnym sportowcem, którego może nam być ewentualnie nieco żal.

Przestaje być śmiesznie, gdy chodzi o coś więcej niż sport, o coś, co dotyczy jakości życia większej grupy społecznej, a nie potencjalnej irytacji jednostki. Zaczyna być strasznie, kiedy ktoś zaczyna narzucać swoje zdanie, kiedy pojawia się złość, agresja, pogarda oraz gdy w dyskusji nie chodzi już o prawdę, a jedynie o zwycięstwo.

A gdy tak słucham ludzi odnoszę wrażenie, że prawd jest coraz mniej. Rzecz ciekawa, ale też cholernie zatrważająca. Głoszone prawdy są prawdami absolutnymi, na odcienie szarości nie ma już miejsca. Jest dobro, jest zło. Jesteśmy „my” oraz „oni”. Czy zawsze tak było? Czy ludzie już tak mają, ze lubią kolorowy świat zamieniać na czarno - biały? Nie wiem, może kiedyś wszystko bardziej mi wisiało, może byłam bardziej tolerancyjna, może tego nie widziałam.

Pierwszy raz spolaryzowane, fanatyczne poglądy dotknęły mnie do żywego po narodzinach dziecka. Chcąc, nie chcąc, wpadłam w świat pełen rodziców, z których wielu miało/ma bardzo konkretne, wyrobione opinie dotyczące chowu dzieci. Rodzenie naturalne kontra cesarskie cięcie, karmienie piersią kontra mleko modyfikowane, noszenie w chuście kontra wózek - to tematy, w których (jak szybko się dowiedziałam) nie ma miejsca na opinie środka - „moja droga, jesteś z nami albo jesteś przeciwko nam!” Brałam udział w wielu polemikach, naiwnie wierząc, że każdy ma prawo do własnego spojrzenia na problem, że nie ma jednej, jedynie słusznej drogi. Setki razy zostałam zmieszana z błotem zarówno za dzielenie się własnym zdaniem, jak i propagowanie relatywizmu. Dziesiątki razy zastanawiałam się się też, o co w tym wszystkim chodzi, czyż nie jesteśmy wszyscy rodzicami, czy to nie miłość do dziecka jest najważniejsza?

Na długi czas wyleczyłam się z odruchu dyskutowania z ludźmi o skrajnych poglądach. Bo nie ma to sensu. Fanatykom nie zależy na rozmowie, tylko na głoszeniu swojej idei. Wielu z nich udaje, że chce rozmawiać, że szuka prawdy - a tak naprawdę chodzi im jedynie o podbudowanie własnego ego, możliwość poczucia się ważnym, mądrym i słuchanym. Poza tym negacja przekonań fundamentalisty jakiejkolwiek maści tylko zaostrza jego skrajny punkt widzenia i przekreśla szanse na negocjacje i kompromis.

Długo udawało mi się być przysłowiową oazą spokoju i wyciszonym kwiatem lotosu na wiecie jakiej tafli wiadomego jeziora. Ale przyszła powyborcza zmiana i jej konsekwencje. Nie da się uciec od politycznego, światopoglądowego i religijnego ekstremizmu - no, chyba, że całkowicie odetniesz się od mediów, połowy znajomych i części rodziny. A to niewykonalne. W ciągu ostatnich miesięcy kilkakrotnie zdarzyło mi się nie wytrzymać i wdać w zajadłe spory. Do dzisiaj mam kaca, do dzisiaj jest mi źle. Szczególnie, że wszystko to jest takie irracjonalne!

Irracjonalne, ponieważ odnoszę wrażenie, że otaczający nas fanatyzm to jedno wielkie kłamstwo. To ściema, w którą, tocząc pianę, wszyscy wierzymy. Może, mimo wszystko, jest nam zbyt dobrze? Może się nudzimy? Jako naród, nie mamy realnego, wspólnego wroga, może więc szukamy go wśród nas. Co jest z nami nie tak?

O racjach mojszych i twojszych. Radykalizacja poglądów to fakt czy pozory?„My”. „Oni”. Nie byłoby rozsądnie skupić się na tym, co mamy wspólnego? (fot. ghatamos/Flickr)

W rozmowach, szczególnie tych wirtualnych (bezpieczniejszych) wielu moich znajomych głosi od czasu do czasu najróżniejsze odważne, skrajne idee. Zdarzają się ekstremalne deklaracje polityczne, egzaltowane deklaracje dotyczące wiary/niewiary lub wybranego sposobu odżywiania się. Ale wiecie co? W większości przypadków to puste gadanie - ja znam tych ludzi i wiem, że ogniste statusy na fejsie czy twitterze to jedno, a ich codzienność - to drugie. Oni tylko wypowiadają pełne fanatyzmu słowa, natomiast w prawdziwym życiu wybierają zupełnie inną drogę, najczęściej o wiele bardziej spokojną, wyważoną, przemyślaną, zadziwiająco podobną do tej, którą idą ci, którzy w fejsbukowych pyskówkach stoją po drugiej stronie barykady.

Wbrew temu co czasami sądzimy, wszyscy jesteśmy tacy sami. Mamy podobne marzenia, cele, priorytety. Chcemy dobrze przeżyć życie. Dlaczego kreujemy się na radykałów? Co się z nami dzieje?

Więcej o: