Czy na chorobę zwaną miłością można umrzeć?

Miłość to choroba uznawana przez świat medyczny. Choroba, która upośledza percepcję, infekuje ciało i umysł. Miłość potrafi zaatakować nagle, bez ostrzeżenia, w każdym wieku. A czy można na miłość umrzeć?

Czy na chorobę zwaną miłością można umrzeć?Miłość to burza hormonów, powodująca destrukcyjne obsesje i nerwice (fot. Pexels)

W katalogu chorób i procedur medycznych WHO (Światowej Organizacji Zdrowia) widnieje pozycja numer F63.9. Dotyczy ona „zaburzeń nawyków i popędów”, do których lekarze, obok piromanii, kleptomanii i patologicznego hazardu, zaliczają również miłość.

Współcześnie miłości jako takiej oczywiście nie leczy się, ale kiedyś było inaczej. Dość rozsądne podejście prezentowali starożytni medycy, według których zdobycie przedmiotu pożądania było najpewniejszą metodą wyleczenia, dlatego ci mądrzy ludzie jako lekarstwo proponowali stosunek seksualny z ukochaną osobą. W czasach średniowiecznych chorobie z miłości winne były demony i czarownice, chorych leczono więc egzorcyzmami. Medycy epoki renesansu chorobę miłosną uważali za poważną dolegliwość cielesną, a cierpiącym z powodu nieodwzajemnionej lub nieosiągalnej miłości proponowali upusty krwi, wycinanie łechtaczki, palenie opium, czytanie filozoficznych traktatów moralnych oraz muzykoterapię.

Rodzajów miłości jest wiele. Tytułowe pytanie kojarzy się z jej najbardziej ekstremalnym wydaniem - z zakochaniem. Ale jak dowodzą naukowcy z Uniwersytetu w Birmingham śmierć z miłości zaskakująco często dotyczy ludzi starszych, którzy są już całe dziesięciolecia po wybuchu uczucia. Utrata partnera u osób powyżej 70. roku życia zwiększa ryzyko zgonu od 30 do 90 proc. (w ciągu pierwszych trzech miesięcy po owdowieniu). Za ewentualną przedwczesną śmierć odpowiedzialny jest stres, który zaburza stosunek kortyzolu do innego, nieco mniej znanego hormonu - siarczanu dehydroepiandrosteronu (DHEAS). Gdy kortyzolu jest więcej niż DHEAS znacznie upośledzone zostaje działanie systemu immunologicznego, a wtedy nawet niewielka infekcja skończyć może się śmiercią.

Czy na chorobę zwaną miłością można umrzeć?A wszystkiemu winna niejaka fenyloetyloamina (fot. Pexels)

Wracając jednak do zakochania - tak, ono też jest niebezpieczne. Miłość na jej pierwszym, najbardziej spektakularnym etapie, charakteryzują zaburzenia obsesyjno-kompulsywne, nerwica natręctw, zmienność nastrojów (od skrajnej euforii po niepewność) oraz stany lękowe. Nie bez przyczyny miłość została przez lekarzy wrzucona do pojemnego worka jakim jest pozycja F63.9. Neurochemiczne podłoże zakochania i zaburzeń neurotycznych jest prawie identyczne. Badania psycholog Donatelli Marazziti z Uniwersytetu w Pizie wykazały około 40 proc. ubytek zawartości serotoniny w krwi zarówno u osób deklarujących zakochanie, jak i u nałogowych hazardzistów, pracoholików, notorycznych złodziei, czy nieuleczalnych mitomanów.

Ludzie ciężko zakochani wpadają w destrukcyjne obsesje i nerwice, tracą zainteresowanie sprawami bieżącymi - nie uczą się, nie pracują, zaniedbują relacje z otoczeniem, źle się odżywiają, nie śpią, podejmują nierozsądne, ryzykowne decyzje mogące całkowicie zmienić życie, nie zawsze na lepsze.

Jeżeli szczęśliwa miłość nadwyręża zdrowie, uczucie nieszczęśliwie doprowadza niekiedy do śmierci. Niestety. Niekontrolowana, nieleczona depresja spowodowana zawodem miłosnym, potrafi całkowicie zniszczyć, a ostatecznie doprowadzić nawet do samobójstwa. Medycynie znane jest również zaburzenie, zwane zespołem tako-tsubo lub syndromem złamanego serca. Ludzie zapadający na tę chorobę trafiają do szpitala z objawami typowymi dla zawału serca. Skarżą się na duszności, bóle za mostkiem, wyniki EKG są kiepskie, a serce wyrzuca dużo mniej krwi niż powinno. Taki stan rzeczy spowodowany jest nieprawidłowymi skurczami prawej komory serca - wszystko przez zbyt dużą ilość adrenaliny, dopaminy i noradrenaliny, które wydzielane są podczas stresu. Jeżeli osoby cierpiącej na tako-tsubo nie podda się leczeniu, grozi jej śmierć.

Tak, na miłość można umrzeć. Najczęściej w powodu uczucia niespełnionego, ale i to rzekomo szczęśliwe miewa fatalny wpływ na zdrowie. Dlaczego nam się to przydarza, dlaczego kochamy tak mocno? Może człowiek to takie dziwne zwierzę, które naprawdę potrafi „kochać tylko to, od czego cierpi”, jak pisał Gustaw Flaubert? A może rację miał raczej Terry Pratchett, który na pytanie „czym byliby ludzie bez miłości? ”, odpowiada w "Czarodzicielstwie" ustami Śmierci (odzierając wszystko w diabły z romantyzmu): „GINĄCYM GATUNKIEM”?

Więcej o: