Jak przestać jeść słodycze? NIESKUTECZNE zrywanie z cukrem krok po kroku

"Tydzień tortur i cukiernie nagle zaczną cuchnąć? - wmawiam sobie, próbując raz na zawsze wykluczyć z diety słodycze. Staram się, ale zawsze kończę tak samo: z poczuciem porażki i blachą szarlotki na kolanach.

Każdy ma jakąś truciznę, którą umila sobie życie. Ja mam cukier. To burzliwy, niezdrowy związek. Nigdy nie potrafię mu się oprzeć, bo rzeczywiście mnie uskrzydla - przynajmniej na te nędzne parę sekund, które szarlotka spędza na moim języku. Potem czar pryska i zostaję sama z hiperglikemią, mrocznymi wizjami na temat stopy cukrzycowej i tyłkiem równie wielkim, jak moje rozgoryczenie. Chciałabym móc się z cukrem porozumieć, wynegocjować jakieś zasady, powiedzieć mu "słuchaj, jem cię raz w tygodniu i już" albo zdecydowanym gestem odsunąć go od siebie ze słowami "na dziś już nam wystarczy". Niestety, odkąd pamiętam, nasza relacja opiera się na nocnych wycieczkach w piżamie po czekoladę z okienkiem oraz na stuprocentowej pewności, że świat legnie w gruzach, jeśli choć raz nie zamówię ciasta do kawy.

Kawa bez ciasta? Phi! (fot. Olaszka)Kawa bez ciasta? Phi! (fot. Olaszka)

Nie ma dnia, żebym w swojej głowie nie wnosiła o rozwód z sacharozą. Zwykle rozstajemy się na drodze radykalnego zrywu, a czasem wskutek dojrzalszej decyzji zorientowanej na zdrowie. Za każdym razem towarzyszy mi przekonanie, że separacja przebiegnie szybko i bezboleśnie. Mówi się, że torturą jest tylko pierwszy tydzień, bo organizm domaga się czekoladki niczym rozwydrzony bachor walący pięścią w sklepową posadzkę. Wystarczy jednak siedem dni niezłomności - tłumaczę sobie - i zakiełkuje we mnie wstręt do wszystkiego, co słodkie. Cynamonowe bułeczki zaczną wydzielać obrzydliwy fetor, a sam widok karmelu przyprawi mnie o mdłości. Będę wolna!

W takim hurraoptymizmie (i kłamstwie...) trwam do chwili gdy dotkliwie poturbuje mnie rzeczywistość. Zanim jednak do tego dojdzie, przepisowo zaliczam wszystkie etapy nieskutecznego zrywania z uzależnieniem od cukru:

1. W ramach przygotowań do niejedzenia słodyczy, urządzam kameralną imprezę pożegnalną. Lista gości? Ja oraz 5000 słodkich kilokalorii przytachanych ze spożywczego. Cel? Nachapać się do tak zwanego porzygu. Na zapas!

2. Przez pierwszy tydzień diety jestem ucieleśnieniem samokontroli. Szczerze wierzę, że cukier już mnie nie dotyczy. Jak na neofitkę przystało, z wypiekami na twarzy opowiadam wszystkim o moim nowym życiu. Prawdziwych wypieków nie zaszczycam nawet spojrzeniem.

3. Po siedmiu dniach wyrzeczeń mózg krzyczy, że "miło było, ale starczy już tej farsy!”. Niestety zdążyłam zrobić sobie taki PR, że nie wypada się teraz wycofać. Chcąc nie chcąc, trzymam się dzielnie, ale w myślach morduję nawet przypadkowych współpasażerów, który wgryzają się przy mnie w drożdżówkę z kruszonką.

4. Idę na imprezę, po dwóch lampkach wina nie mam już ani zasad, ani godności. Ostatkiem sił powstrzymuję się od zanurzenia całej twarzy w torcie śmietankowym. Ostatecznie spędzam noc przytulona do miski z winogronami, bez przekonania wmawiając sobie, że jestem dzielna i dam radę.

5. Na rodzinnym spędzie ktoś stawia przede mną wielki kawałek makowca. W odpowiedzi na moje protesty, mama i ciocia wykrzykują unisono wszystkie familijne zabobony w rodzaju "domowe nie tuczy!” i "kawałeczek ciasta to jeszcze nie grzech!”

6. Czuję, że świat życzy sobie, żebym pozostała gruba i niezdrowa. Wraz z rozgoryczeniem rośnie ochota na wieczór z Häagen-Dazs... Opieram się jej i trwam w postanowieniu, ale okropnie mi siebie żal.

7. Ale zaraz, czy tak już będzie do końca życia? Czy nigdy już poczuję smaku lodów pistacjowych? Nękana tą ponurą myślą, postanawiam niezwłocznie pójść i poczuć smak lodów pistacjowych, tak na wszelki wypadek. A wszystko w myśl zasady "jedna kulka mnie nie zabije!”!

Przy trzydziestu stopniach gorąca obowiązują inne zasady (fot. Olaszka)Przy trzydziestu stopniach gorąca obowiązują inne zasady (fot. Olaszka)

8. Jestem załamana swoim dietetycznym skokiem w bok. Za karę, cierpiętniczo wkraczam na ścieżkę ascezy. Już nie wierzę w półśrodki. Zaczynam od zera i tym razem odmawiam sobie nawet co słodszych owoców.

9. Mija kolejny tydzień, a ja niespodziewanie budzę się z niewytłumaczalną, obezwładniającą ochotą na wszystkie śmieci, które do tej pory napawały mnie obrzydzeniem: ptasie mleczko, pawełki, galaretki i draże.

10. Przyjaciółka wyjaśnia mi, że moje osobliwe gastropragnienia to wina zbyt radykalnego odcięcia się od cukru. "Od czasu do czasu każdemu należy się cheat day” - przekonuje. Intuicja podpowiada mi, że dzień luzu to w moim przypadku fatalny pomysł - zacznę od domowego ciasta z sezonowymi owocami, a następnego dnia obudzę się z opakowaniem po żelkach pod poduszką i sreberkiem od czekolady przyklejonym do lewej łydki. Nie mogę sobie na to pozwolić.

11. Dni mijają. O dziwo radzę sobie coraz lepiej. Już nie chce mi się wyć ze zgryzoty kiedy ktoś zamawia deser w mojej obecności. "Wygrałam z uzależnieniem!” - chwalę samą siebie i dumam nad w pełni zasłużoną nagrodą.

12. Mój wzrok pada na ciastko owsiane z żurawiną. Bezsprzecznie jest to słodycz, ale nie oszukujmy się - głównie z nazwy! Jest w nim owies, jest żurawina. Zdrowiej się nie da! Czyżbym znalazła swoją nagrodę?

13. Nagradzam się coraz częściej, ale zawsze z głową! Jeśli kawałek ciasta, to słodzony stewią...  Próchnica mi nie grozi, glukoza nie skoczy - same korzyści.

14. Nagradzanie stopniowo przeradza się w festiwal "prawieniesłodyczy”. Ciasto marchewkowe to prawieniesłodycz ("zamiast lukru ma mascarpone!”), babeczka z mąki orkiszowej to prawieniesłodycz ("tyle błonnika!”), sorbet malinowy to także prawieniesłodycz ("zmiksowane owoce!”)

15. Niespodziewanie nadchodzi Dzień Żelaznego Argumentu, np. "na ślubie najdroższej przyjaciółki tortu się nie odmawia”.

16. Nie niepokoją mnie te liczne wyjątki od reguły. Nadal snuję opowieść o moim nowym życiu, w którym miejsce słodyczy zajęły pełnowartościowe przekąski. Wtedy ktoś nieśmiało zauważa, że właśnie sprzątnęłam z talerza ogromny kawałek brownie. - Yyyy Było wegańskie! I bez glutenu! - odpowiadam słabiutkim głosem.

Jeden miniaturowy cupcake jeszcze nikogo nie zabił! (fot. Olaszka)Jeden miniaturowy cupcake jeszcze nikogo nie zabił! (fot. Olaszka)

17. To jest ten moment kiedy rzeczywistość spuszcza mi łomot. Bo miałam rzucać cukier, a skończyło się tym, że pożeram bombę kaloryczną i udaję, że to zdrowe jedzenie. Miało być prosto i skutecznie, a wyszło jak zwykle. Co za zawód! Na fali tego rozczarowania docieram do sklepowej alejki z ciastkami i wafelkami. Tu dochodzi do ostatecznej kapitulacji. Przegrałam, a porażka smakuje dobrze tylko zagryziona czekoladą.

Ekspresowo rozprawiam się z całą tabliczką i uświadamiam sobie, że oto wróciłam do punktu wyjścia. Na szczęście cukier w krwiobiegu robi swoje - szybko spływa na mnie spokój i znowu jestem pewna, że kiedyś wreszcie się uda, na pewno się uwolnię! Kiedyś, ale nie teraz, z pewnością nie teraz - za bardzo za tym smakiem tęskniłam.

Więcej o: