Jak szukać miłości w wielkim mieście? Czy naprawdę tylko na Tinderze?!

Jak wiele innych kobiet, które nie potrafią rozwiązać własnych problemów, postanowiłam wziąć się za cudze. Piękna, trzydziestoletnia kobieta ma kłopot ze znalezieniem sobie partnera w zbliżonym wieku? Och, wspaniale, to idealne wyzwanie dla mnie!

Miłość w XXI wieku? Tylko z Tindera? (fot. Pexels.com CC0)Czy można dziś jeszcze znaleźć miłość poza siecią? (fot. Pexels.com CC0)

Mieszkam w dużym mieście, mam prawie 500 znajomych na Facebooku, pracuję w dużym wydawnictwie, chcę czy nie chcę ciągle poznaję nowych ludzi. W tak sprzyjających okolicznościach znalezienie nieprzesadnie szpetnego i wolnego mężczyzny około trzydziestego roku życia wydało mi się przyjemną błahostką. Ach, będę swatką doskonałą - mruczałam sobie pod nieco przemądrzałym noskiem. Swoje za uszami mam, z łatwością oddzielę ziarna od plew.

Krok pierwszy? Grupa docelowa, czyli panowie około trzydziestki. Znani mi niebanalni mężczyźni, którzy, jak optymistycznie założyłam, muszą przecież znać innych interesujących mężczyzn. "W starym piecu diabeł pali" - odpisał mi pierwszy nagabnięty przyjaciel, gdy najpierw zadałam pytanie o atrakcyjnego kawalera, a potem zaczęłam dość gorączkowo tłumaczyć, że w moim małżeństwie jest wszystko w porządku oraz - nie, nie szukam nikogo do trójkąta.

Byli partnerzy z piekła rodem (fot. Unsplash.com CC0)Gdzie ci piękni panowie? (fot. Unsplash.com CC0)

Dalsze dopytywania o godnych polecenia kolegów stanu wolnego były już tylko gorsze. Okazało się bowiem, że albo takowych w otoczeniu moich znajomych nie ma (wymarli? wszyscy zostali już do cholery zajęci?!), albo zdaniem moich interlokutorów nie wydają się godni polecenia. Chyba że interesują mnie - uwaga cytat - maminsynki, neurotycy, dziwacy, seksoholicy, egoiści lub uciekający przed sobą podróżnicy. W ramach obrony płci pojawiły się co prawda stwierdzenia, że godnych polecenia kobiet również jest niewiele, ale w niczym mi to nie pomogło. Odniosłam przy okazji wrażenie, że panowie - o dziwo - znacznie surowiej oceniają swoich kolegów niż kobiety. Bo te zapytane o sensowne singielki natychmiast mają listę złożoną z kilkunastu przynajmniej nazwisk (niekiedy ze swoim na czele).

Gdzie skierowali mnie przyjaciele? Niemal każdy radził założenie konta na Tinderze. Imprezowanie czy bywania w miejscach, gdzie pojawiają się mężczyźni (koncerty, wystawy, kluby skałkowe czy siłownie) wskazywane były znacznie rzadziej. Romanse w pracy podobnie jak gra w odbijanego były za to serdecznie odradzane. Niezadowolona z wyników poszukiwań postanowiłam uderzyć do potencjalnej konkurencji - dziewczyn.

Magda Danaj dla Foch.plMagda Danaj dla Foch.pl

Wykonałam zatem krok drugi. Kobiety 30-letnie. "Gdybym takiego znała chodziłabym z nim na randki zamiast na jogę, a tak swoją kotkę nazywam córcią" - odpowiedziała mi jedna z koleżanek. Inna, zdecydowanie bardziej bezpośrednia, stwierdziła, że szczerze życzy mi powodzenia w bawieniu się w swatkę, gdyż zupełnie go nie przewiduje. Auć.

Oczywiście, jak wcześniej, polecono mi Tindera, choć podobno lepsze okazje można znaleźć na Hapnn. Odradzono przy okazji kilku panów (owszem, po nazwiskach) z kategorii stałych łowców, którzy są od e-randkowania najwyraźniej uzależnieni, a w tzw. realu niewiele mają do zaoferowania. Każda z wolnych kobiet uraczyła mnie dykteryjkami, które były zabawne tylko pozornie. W gruncie rzeczy uświadomiły mi, że nie ma większego pragnienia od bycia kochanym i że trudno o przypadek większy niż ten, który rządzi miłością.

Euforia opadła. Ale kiedy byłam już niemal gotowa złożyć broń i uznać, że przegrałam z kretesem przyszła odsiecz. Z zupełnie niespodziewanej strony. Okazało się, że dziewczyny w długotrwałych związkach oraz mężatki mają dla mnie całkiem dobre wieści. Dzięki wyciąganiu swoich partnerów na spytki - wiedzą więcej. Znają panów nie dość, że wolnych to i interesujących. Mój sposób pytania mężczyzn wprost, okazał się zupełnie nietrafiony. Oczywiście, mogłam po prostu źle trafić, ale bliższe prawdy wydaje mi się przypuszczenie, że mężczyźni raczej ukrywają smutek z powodu samotności. Listów takich jak ten - "Są jeszcze single-dinozaury chcące zbudować związek oparty na zaufaniu" - przychodzi do redakcji niewiele.

Czy moja zabawa w swatkę zakończy się sukcesem? Jest zbyt wcześnie, aby móc wyrokować. Jestem na etapie planowania "przypadkowego" spotkania, ale po intensywnych poszukiwaniach muszę przyznać rację wszystkim tym, którzy od początku studzili mój zapał. Za "moich" czasów poszukiwania odbywały się najczęściej w "realu". Owszem, korzystano z Sympatii, flirtowano na różnych czatach tematycznych, ale o związkach, które tam się właśnie rozpoczynały, pisano jak o wyjątkowych wydarzeniach. Odnoszę wrażenie, że dziś jest odwrotnie. "Poznaliście się w realu? Jak to? Nie masz internetu"?

Mnie miłość dopadła w prawdziwym, realnym świecie. Przypadkiem. W momencie kiedy niekoniecznie byłam na nią przygotowana. Skłamałabym jednak gdybym powiedziała, że obyło się zupełnie bez pośrednictwa. Swatką, nieco przypadkowo, stała się wspólna koleżanka. Ale to było już jakiś czas temu. Dziś, w świecie zarządzanym przez aplikacje, znalezienie życiowego partnera bez wsparcia e-Amora wydaje się niemożliwe. Czy miłość, do jasnej cholery, jest już tylko w sieci?

Więcej o: