Dzieci powinny chodzić spać o 19.00. Tylko jak to zrobić?

19.00. Dziecko słodko pochrapuje w swoim łóżeczku. Ty masz cały wieczór dla siebie - na sport, czytanie, seks, wino z koleżanką. Brzmi wspaniale? Tylko jak to zrobić?

Przeczytałam tekst, w którym pani szczegółowo tłumaczy, dlaczego jest super super super, kiedy jej dzieci chodzą spać o 19.00. Właściwie nie musiałam czytać tych wszystkich argumentów, żeby uwierzyć, że tak jest. Dziecko spać o 19.00? O niebiosa! Można spokojnie pójść na fitness o 20.00, a nawet na dwa (w moim klubie ostatni jest o 21.00), jak człowiek bardzo jest fitnessu spragniony. Można tekst napisać, nie zasypiając nad klawiaturą, zupę na dzień następny ugotować, odcinek serialu zaliczyć, a nawet czasem więcej niż pół strony książki przeczytać i nie zasnąć. Jakoś tak odpocząć bardziej dałoby może radę, może na szezlongu poleżeć (trzeba by co prawda szezlong kupić, ale myślę, że jakby dziecię o 19.00 spało, to naprawdę, zaczęłoby się to opłacać). Dlaczegóż, ach dlaczegóż to nie wprowadzę tej cudownej zasady w życie natychmiast i jak najszybciej?

słodziutko śpiUdało się! Śpi! Zdjęcie: Pixabay

Chciałabym, naprawdę. Ale jak to wygląda w praktyce? Młodsze dziecię chodzi do przedszkola, które jest otwarte do 17.30. Zdążyć po pracy na tę godzinę wcale nie jest łatwo (wiem, podła matka, która dziecko do tej pory w przybytku trzyma, oddajesz dziecko na wychowanie obcym, zastanów się nad sobą - zastanawiam się, próbowałam to nawet w pracy wytłumaczyć, z jaką korzyścią dla społeczeństwa i państwa polskiego byłoby, gdybym dziecko wcześniej z przedszkola odbierała, ale niestety. Pozostali niewzruszeni). W każdym razie jak jest lepszy dzień, to dziecko z przedszkola o 17.30 wychodzi, ale jak gorszy, to nawet o 18.00, bo balet. Wiem, podła matka, nie daję dziecku wypocząć, pobawić się, tylko balet. Ale uwierzcie, ja dziecka do tego baletu nie zmuszam. Samo chce.

Dobra. Czyli jest 18.00. Wychodzimy. To co najmniej z 15 minut zajmuje, takie wychodzenie. Bo koleżanki, bo trzeba przedszkole cztery razy dookoła obiec, bo trzeba jedna sukienkę zdjąć, coś innego założyć. A my już żeśmy rano gnały, żeby na śniadanie do przedszkola zdążyć, teraz na luzie, po pracy i po przedszkolu się zbieramy. Kiedyś trzeba luzu zażyć. Kolejne 15 minut zajmuje droga do domu. Ale to tylko jak brzydko jest i zimno. Bo jak ciepło, super i słońce świeci, to trzeba tajemnicze nowe drogi między krzakami odkryć, o plac zabaw zahaczyć. Zakupy po drodze do domu zrobić. Jak jesteśmy rozsądne (i ja, i córka, rzadko się zdarza, ale jednak czasem), to dotrzemy do domu na 19.00. Jak mniej, to zabalujemy dłużej na placu zabaw. Tak, pewnie, widzę, że jest zmęczona. Ja zresztą też. Ale jeszcze trzeba się umyć, zjeść i poczytać. Być może córka chciałaby jeszcze na luzie się pobawić, porysować, polepić, cokolwiek, ale przecież nie ma już czasu. Bo kąpiel to 20 minut, kolacja kolejne 20, a czytanie to już prawie nie ma końca. Jak jest dobry dzień, to dziecko do łóżka o 20.00 zagonione. Ale to wymaga strasznych z mojej strony poświęceń. Jak jest dobry dzień, to o 21.00 śpi. Wtedy wieczór wydaje mi się strasznie długi, bo na ostatni fitness zdążam albo jeszcze przebiec się dam radę. 21.00 wydaje się realna, choć wcale niełatwa do osiągnięcia. Oczywiście wiem, że dzieci muszą odpowiednią ilość godzin przespać, żeby się wyspać, żeby się dobrze rozwijać, żeby mieć dobry humor i w ogóle wszystko. Wiem, że taki wolny wieczór jest też dobry dla mnie i dla mojego związku. Tylko jak to praktycznie zrealizować? Jak, odbierając dziecko o 18.00 po zajęciach zagonić jest o 19.00 do łóżka? Kiedy z nim być? Kiedy porozmawiać? Poczytać? Poprzewracać się na łóżku? Jak wy sobie z tym radzicie? Parafrazując Chujową Panią Domu - Wstaję rano, zaprowadzam dziecko do przedszkola, a potem? Potem już jest wieczór.

Więcej o: