"Codziennie bądź gorszy". Zmierzch rozwoju osobistego i kultury sukcesu?

Wygląda na to, że zaczynamy być zmęczeni wszechobecnymi zachętami do samodoskonalenia. Mnożą się prześmiewcze profile: "Magazyn Porażka", "Regres osobisty", "Przeciętne cele w życiu", które parodiują narrację sukcesu dla wszystkich. Sprzedawcom złudzeń strzelamy focha?

Od lat słyszymy uwodzicielską narrację o pozytywnym myśleniu, uwierzeniu w siebie, odnalezieniu pasji, sięganiu do gwiazd... i wreszcie osiąganym celu. Sukces jest najczęściej definiowany jako zdobywanie prestiżu, urody i pieniędzy - rzekomo dostępny dla nas wszystkich. Wystarczy chcieć.

Każdy trend może jednak osiągnąć masę krytyczną, by wreszcie wywołać sprzeciw. Pojawia się jego odbicie w krzywym zwierciadle, antytrend. Wygląda na to, że w przypadku pozytywnego myślenia i kultury sukcesu ten moment nadszedł już jakiś czas temu. Co się stało? Nastąpił przesyt, rzeczywistość załomotała do drzwi, zauważyliśmy, że mit American dream nie sprawdza się nawet w samej Ameryce?

„Samorozwój” dowcipnie kontestują autorzy fanpage'u Regres osobisty. Oklepane pastelowe pejzaże nachalnie ostemplowane znakiem wodnym „stock”, krój pisma Comic Sans i szydercze maksymy w rodzaju: „Nie sięgaj dalej niż po herbatę”, „Daj się ponieść negatywnym emocjom”, Nie bój się zmiany... na gorsze”. Śmieszne? Owszem. Prawdziwe? Bywa. Prawie 30 tysięcy fanów i po 3 tysiące lajków pod memami pokazują, że treść trafia w punkt, w potrzeby, we właściwy moment.

Inny fanpage, Magazyn Porażka - „skierowany do tych, którym nie wyszło, czyli do prawie wszystkich” - to kpina ze świata przedstawianego w mediach lifestyle'owych, języka coachów, obietnicy błyskotliwej kariery dla każdego. Wyśmiewa przesłanie, jakobyśmy stali się wszechmocnymi panami losu, projektantami życia, lepiącymi swój awans jak z plasteliny. Zabawne memy to wcale nie błaha rozrywka. Raczej gorzki komentarz dochodzący z krainy umów śmieciowych, wąskich perspektyw i polskiego folwarcznego rynku pracy. Niezbyt dobrze widocznej z ulicy Domaniewskiej i zamieszkałej przez kasjerki w dyskontach pozbawione funduszy na sprawną lodówkę, a w najlepszym razie ambitnych media workerów, którzy chcieli coś podbić, ale im nie wyszło.

W kobiecym czasopiśmie czytałam o tym, jak kobiety spełniają marzenia. Oto jedna z bohaterek - pielęgniarka samotnie wychowująca dwójkę dzieci - postanawia kupić dom. Niektórzy z was, obdarzeni sceptycyzmem, nabiorą wątpliwości. Dom jest kosztowny, nie mniej jego remont i utrzymanie. Czy samotna matka na etacie pielęgniarki nie powinna postawić raczej na ogródek działkowy? To by jednak nie była ciekawa historia. Wolimy historie wielkich marzeń i imponujących sukcesów, zawierające obietnicę, że my też możemy zdobyć szczyty.

„Świat pukał się w głowę, a ja robiłam swoje” - uwielbiamy opowieści o tym, jak świat puka się w głowę, a oni robią swoje, by wreszcie zatriumfować. Jeśli nie zatriumfują, to po prostu nigdy się o nich nie dowiemy, a ich opowieść pokryje się pyłem zapomnienia. Rodzice pielęgniarki sprzedają więc mieszkanie, dzieci oddają kieszonkowe, przyjaciele pomagają. Pieniędzy starcza na kupienie domu w kiepskim stanie. Koszty remontu przekraczają oczekiwania i rosną lawinowo. Z wierzchu nie było tak źle, ale co to? Pod spodem pleśń i ruina. Pożyczki, mobilizacja, troskliwi przyjaciele pomagają dalej.

Tak naprawdę nie wiemy, co zdarzyło się potem, ale historia kończy się pozytywnym akcentem - rodzina świętuje Boże Narodzenie w nowym domu. My zapominamy o pożyczkach, ratach i naprawach. Podoba nam się optymizm, wzruszają życzliwi przyjaciele i spełniony sen o idealnych świętach. Ale czy bohaterka udźwignęła koszty domu i remontu, a historia naprawdę skończyła się dobrze? Możliwe, że tak. Możliwe, że nie. Tego się nie dowiemy, bo narracja o sukcesie pokazuje wybrane fragmenty rzeczywistości, a pomija inne. Magazyn nie opublikuje po roku epilogu: „Hej, pamiętacie, jak pisaliśmy o spełnianiu marzeń? Tamta kobieta została z długami i dziurą w dachu, a komornik już śle wezwanie do zapłaty. Więc ogarnijcie się, nie każdy musi mieć dom!”.

To może być dom. Lepszy partner, który czeka na nas tuż za zakrętem. Lepsza praca, nowa ścieżka zawodowa, duże pieniądze. Innowacyjny start-up albo wyjazd na wieś. Lepsza ja - szczuplejsza, przebojowa, spełniona. Od lat trenerzy, poradniki i osoby trudniące się wygłaszaniem mów motywacyjnych (i najwyraźniej żywiące głęboką pogardę wobec prawdy) przekonują, że każda dziedzina naszego życia może przejść widowiskową metamorfozę. My zaś jesteśmy zdolni osiągnąć wszystko, jeśli tylko uwierzymy w siebie i zapracujemy na sukces. Bo każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku. Po drodze wystarczy nam siedem filarów sukcesu i unikanie dziesięciu błędów, jakich nie popełniają bogaci, szczupli i szczęśliwi. Przyda się świadome zarządzanie. Sobą, czasem, sobą w czasie, relacjami, zdrowiem, no i sukcesem. Sobą w sukcesie. Brawo! Okazujemy się skutecznymi menedżerami projektu „życie”.

„Myślicie, że tylko zgrywamy się z ludzi, a tak naprawdę oswajamy nieuniknione klęski w świecie, który kłamie, że sukces jest dostępny dla wszystkich” - pisze twórca fanpage'u w serwisie F5.

W rozmowie z NaTemat mówi: „Magazyn Porażka wziął się z frustracji. Od jakiegoś czasu nie mogliśmy znaleźć pracy, chociaż wysyłaliśmy CV jak szaleni, pisaliśmy wnioski grantowe, spotykaliśmy się z różnymi znajomymi i opracowywaliśmy projekty. I w tym trudnym i stresującym momencie wpadł nam w ręce jeden z popularnych magazynów i mieliśmy wrażenie, że ktoś nam po prostu robi na złość. Pisze o jakichś pierdołach, które istnieją może w orbitującym Elizjum, ale nie w Polsce. (...) Widać trafiliśmy w dziesiątkę. W Polsce jest mnóstwo nieopowiedzianej frustracji.”

„Magazyn Porażka jest satyrą na świat wymyślany i produkowany przez media lifestyle'owe (...). A ten przekaz z natury rzeczy musi być pozytywny, musi zgrywać te same klisze o szczęśliwych ludziach, spektakularnych sukcesach, trendach, modnych miejscach, musthewach, jedzeniowych modach, wysportowanych ciałach, czy dobrej kawie. Ale przecież świat tak nie wygląda, to jeden wielki humbug, kłamstwo, ściema.”

Co dalej? Krytycy pozytywnego myślenia za wszelką cenę i sukcesu dla każdego być może nie zrewolucjonizują świata, ale warto posłuchać, co mają do powiedzenia. Tymczasem zyskowne przedsięwzięcia bez wątpienia będą trwać... póki będą zyskowne - również te, które karmią się ludzką frustracją i naiwnością. Wystąpienia Mateusza Grzesiaka przyciągają tłumy, choć na bilet trzeba wydać kilkaset złotych, więcej niż na koncert światowej sławy gwiazdy pop (te jednak nie przekonują, że każdy z nas może trafić na listę najbogatszych "Forbesa"). Amerykański rynek poradników przynosi zyski rzędu 10 miliardów dolarów rocznie. Można się tylko zastanawiać, czemu wciąż publikowane są nowe poradniki, jeśli te stare były skuteczne.

Tymczasem mnie marzy się świat, w którym po prostu myślimy samodzielnie. Krytycznie, choć nie cynicznie. Roztropnie odróżniamy ziarna od plew i nie dajemy mamić się sprzedawcom złudzeń. Lecz uważnie, dociekliwie - bez fatalizmu, ale i bez różowych okularów - staramy się zobaczyć rzeczywistość taką, jaką jest ona naprawdę. I nie obawiamy się wątpić.

Więcej o: