Kobiecość i macierzyństwo - czy możemy przestać je retuszować?

Ciało kobiety to pole walki. Wiem: banał. Ale mam wrażenie, że faktycznie bierzemy udział w wojnie, w której stawką jest odzyskanie naszego ciała - takim, jakie jest, a nie jakie wmawia nam się, że być powinno.

Pexels

Z jednej strony - wirtualna rzeczywistość magazynów, świata show-biznesu, mody i reklamy. Te modelki, które dwa tygodnie po porodzie, kiedy "zwyczajna kobieta" jeszcze nie masz szans, żeby dobrze usiąść, a brzuch zwisa jej mniej więcej do kolan, przechadzają się po wybiegu w samej tylko bieliźnie. Z piórami w tyłku, oczywiście, jakżeby inaczej. Te aktorki, które po trzech tygodniach od urodzenia dziecka są już "na pierwszej ściance", żeby nie wypaść z obiegu, a po miesiącu stają przed kamerą i znikają na planie filmowym na 14 godzin dziennie. Te wszystkie dziewczyny, które w wywiadach opowiadają, że ich dzieci są idealne, przesypiają całe noce, a jak się budzą, to tylko się uśmiechają, a w ogóle to poród zniosły znakomicie, właściwie to pojechały do szpitala w przerwie "między projektami", pięć minut i było po wszystkim, a ponieważ przytyły w ciąży zaledwie trzy kilogramy, to właściwie nie mają co zrzucać, bo dziecko ważyło 3500. Ich gładka, idealna cera to oczywiście kremy i dobre geny, znakomite samopoczucie to dieta i sport, a nieustannie rozwijającą się karierę zawdzięczają optymizmowi. Tak, podobno istnieje taki świat.

Jest jeszcze świat reklam, gdzie kosmetyki dla kobiet dojrzałych reklamują nastolatki, stroje sportowe - dziewczyny z zaburzeniami odżywiania, a jedzenie jest malowane i lakierowane, żeby się lepiej prezentowało przed kamerą. I świat znakomicie rozwijającej się chirurgii plastycznej, z której oczywiście nikt nie korzysta, ale prywatne kliniki wyrastają w dużych miastach jak grzyby po deszczu i nie przypuszczam, że utrzymują się z usuwania niebezpiecznych znamion. Coraz starsze kobiety używają coraz lepszych kremów i mają coraz lepsze geny, coraz jędrniejsze ciało i coraz większy rozmiar biustu. 50 to nowe 20!

Ale jest jeszcze zwyczajny świat. Fizjologii. Ciąży, porodu, karmienia, życia. Rozciągnięty brzuch, rozstępy na udach i cyckach, żylaki. W różnych miejscach, nie tylko na nogach. Cellulity. Szwy. Krew, pot i łzy. Hormonalne huśtawki, płacz na zawołanie, bo już czasem nie da się inaczej. Sine wory pod oczami, zmęczenie, którego śpiący kilka godzin pod rząd człowiek nie jest sobie w stanie wyobrazić. Nagromadzone w czasie ciąży kilogramy, które miały w magiczny sposób zniknąć w czasie karmienia, ale jakoś się nie udało, ciekawe czemu? Poplamione mlekiem bluzki, zalane ulewaniem wszystko. Te wszystkie rzeczy, które muszą z ciebie wyjść, kiedy rodzisz dziecko. I które jeszcze przez jakiś czas z ciebie wychodzą (nikt wam o tym nie mówił? ale jak to?).

Kompletnie różne światy. Gdzieś się spotykają? W głowie kobiet. Co z tego wynika? Problemy.

Niezadowolenie z siebie. Stres. Zaburzenia odżywiania. Poczucie nieprzystosowania. Bycia z innej planety.

Na szczęście są jeszcze książki. Blogi. Są odważne kobiety, które potrafią się sprzeciwiać, powiedzieć: "Hej, to jednak nie ze mną jest coś nie tak." Przeczytałam "Macierzyństwo bez Photoshopa”, opowieści kobiet o dojrzewaniu do akceptacji własnego ciała i... miało być pięknie, a zrobiło mi się trochę smutno. Bo dowiedziałam się, że autorka właściwie każdego felietonu była kiedyś z siebie i ze swojego ciała niezadowolona. Bo ta miała tu za dużo, a tamta tam za mało. Bo nogi tej nie przypominały nóg Heidi Klum. A BMI tamtej nie mieściło się między 18 a 25. Bo skóra nigdy nie była dość jędrna i gładka, włosy nie dość gęste, rysy nie do końca takie. Bo w dzieciństwie cierpiały, a jako młode dziewczyny nie wierzyły, że ktoś w ogóle się w nich zakocha.

A jednak. Zakochał się. Przyszło na świat dziecko i nagle wszystko okazało się nieważne. Mało ważne. Bo to nieidealne ciało wydało na świat idealną istotę. Dało radę. Zdało najtrudniejszy egzamin. I dziś już trochę bardziej się je lubi, trochę bardziej kocha. Może to dojrzałość, może uwielbienie w oczach mężczyzny, a może po prostu dziecko? I fajnie, i super. Tylko dlaczego dopiero teraz? Dlaczego kobiety zaczynają lubić siebie dopiero, kiedy przejdą ten "porodowy egzamin"? Kiedy zobaczą uznanie w oczach kochanego mężczyzny?

fot. Pexels. comKAROLINA GRABOWSKASTAFFAGE fot. Pexels. com

Chciałabym, żeby kobiety lubiły siebie zawsze. Żeby nie dojrzewały do tego latami, męcząc się i cierpiąc na dietach, salach gimnastycznych, salach operacyjnych u chirurga. Żeby przestały kombinować, jak tu mieć 15 centymetrów wzrostu więcej, bo wtedy proporcje sylwetki wyglądają lepiej. Żeby pogodziły się z tym swoim nieidealnym ciałem. Tylko jak to zrobić?

Więcej o: