Pierwsza ciąża - szał wicia gniazda i chybionych zakupów

Dom wyremontowany od piwnic po strych, przeczytany cały internet, głowa pękająca od sprzecznych informacji i puste konto - oto uproszczona charakterystyka kobiety w pierwszej ciąży.

Pierwsza ciąża - szał wicia gniazda i inne przypadłościPiękne butki, tak bardzo niezbędne każdemu noworodkowi (fot. Benjamin Thompson/Flickr)

Podobno syndrom wicia gniazda jest całkowicie uzasadniony i ma podłoże ewolucyjne (tak przynajmniej donoszą niezawodni amerykańscy naukowcy). Niektóre z nas potrzeba ogarnięcia wszystkiego, co związane z narodzinami dziecka dopada na samym początku ciąży, inne stają się ofiarą instynktu dopiero w trzecim trymestrze. Z każdym kolejnym dzieckiem ten szał jest mniej intensywny, ale pierwsza ciąża naprawdę daje mocno popalić. I sprawia, że czyścimy wszystko, od konta po własny mózg.

Zaciążona pani redaktor Natalia jak w amoku meblowała całe mieszkanie, a redaktor Ania, będąc w siódmym miesiącu, postanowiła (łomem znalezionym w piwnicy) zerwać podłogi w dwóch pokojach. Bo tak. Doskonale je rozumiem, gdyż ja szczoteczką do zębów szorowałam wszystkie fugi w domu, malowałam ściany na kolory pasujące do sprowadzonej ze Stanów kołderki w żabki oraz robiłam zaprawy na najbliższe pięć lat (bo później nie będę mieć na to czasu).

A propos czasu... Niesamowite jego ilości spędzałam w internecie. Dobrnęłam wiele razy do krańców netu w poszukiwaniu jedynie słusznych sposobów na rodzenie i pielęgnację przyszłej potomkini. Może powinnam napisać, że traciłam czas, ale nie byłaby to prawda. Mimo tego, że wielokroć puchła mi głowa i gubiłam się w zalewie skrajnych opinii, to zdobyłam wiele przydatnych informacji. Dla mnie było to o tyle istotne, że z powodu bycia najstarszą kobietą w moim pokoleniu w rodzinie i pierwszą spodziewającą się dziecka, nie miałam u kogo zasięgać rad.

Ale tracenie czasu to jedno, natomiast tracenie pieniędzy, to zupełnie inna para kaloszy. Jakiś czas temu starałam się podliczyć wymierne koszty tego szaleństwa zwanego wiciem gniazda i włos mi się zjeżył na głowie. Kwota, której się doliczyłam, powaliła mnie na kolana, a największy zgrzyt wywołała refleksja, że ponad połowa tych pieniędzy wywalona została w błoto.

Pierwsza ciąża - szał wicia gniazda i inne przypadłościMalowanie dziecięcego pokoju - hobby każdej ciężarnej (fot. Pat & Keri/Flickr)

Będąc w ciąży dokonałam potwornej ilości chybionych zakupów. Ot, taka błaha niby sprawa - nakupowałam od cholery niemowlęcych ubranek. W jedynie słusznym, podręcznikowym rozmiarze 56. I skucha. Bo dziecko moje było uprzejme mierzyć po porodzie 8 cm mniej. Nic straconego powiecie, przecież z czasem dorosła do większego rozmiaru. Tak, oczywiście, że dorosła, tyle, że kupione wcześniej ubrania były z kolekcji zimowej, a mała osiągnęła owe 56 cm wzrostu latem. Drobiazg niby, ale dobre kilkaset złotych stracone. Naprawdę - nie kupujcie ubranek za zapas. Doskonale wiem jak ogromna to przyjemność, ale może was spotkać taka niespodzianka jak mnie.

Ale prawdopodobnie najbardziej bezsensownym zakupem jaki zrobiłam było kupno monitora oddechu. Jeżeli dziecko nie jest wcześniakiem, jeżeli nie urodziło się z problemami oddechowymi - nabywanie tego sprzętu mija się z celem. Jeszcze dzisiaj cała się spinam, gdy przypomnę sobie dźwięk alarmu budzącego całą wieś. Alarmu, który wył tylko dlatego, że zapominałam go wyłączyć, wyjmując małą z łóżeczka. Kolejne kilkaset złotych w plecy...

Niania elektroniczna. Bywa przydatna. Jeżeli mieszkasz na kilkuset metrach i minimum dwóch kondygnacjach. Ale jeśli masz do dyspozycji przeciętnych gabarytów mieszkanie czy bungalow - odpuść sobie, po kilku dniach od narodzin będziesz i tak słyszała każde sapnięcie swojego dziecka, nawet zza najgrubszej ściany.

Błąd nad błędy, zło straszliwe - czyli laktator! Och, jak ja go nienawidziłam (inna sprawa, że jak człowiek ma nawał pokarmu, to nienawidzi wszystkiego). Po pierwsze kosztował wielki pieniądz. Po drugie nie działał. Okazało się, że najprostszy i najbardziej dostępny sposób (osobista ręka) jest najmniej kłopotliwy, najmniej bolesny i najskuteczniejszy.

Z gadżetów elektronicznych, które mogłam sobie darować, wymienię jeszcze podgrzewacz do mleka, wagę i termometr kąpielowy. Podgrzewacza użyłam raz, ciepła woda z czajnika czy garnka wygrała. Wagi używałam przez miesiąc, bardziej z ciekawości niż musu. Wystarczyło ją od kogoś pożyczyć, nie kupować. A termometru do kąpieli nie użyłam nigdy, własny łokieć jakoś częściej ma się pod ręką.

Bardzo żałuję, ze wydałam kilka tysięcy na nowy wózek. Och, piękny był, niewątpliwie. Ale nie używałam go długo, tak szybko jak to było możliwe porzuciłam klamota na rzecz składanej spacerówki-parasolki. Nie, żeby duży wózek nie był przydatny, ale kupowanie nowego, w sytuacji, gdy na Allegro jest ogromny wybór używanych wozideł w super stanie, to był słaby pomysł. Ale potrafię to stwierdzić dopiero z dzisiejszej perspektywy. Wtedy wydawało mi się, że muszę mieć dla córki nowy i czyściutki wózek na wypasie, bo inaczej będę nieszczęśliwa, a moje dziecko z używanego złapie jakieś bakterie czy coś. Ych.

Dokonałam również zakupu, którego dzisiaj się wstydzę, szczególnie w obliczu mojego aktualnego fisia na punkcie foliówek i recyklingu. Głupia sprawa, ale wymyśliłam sobie, że fajnie będzie mieć kosz na brudne pieluszki z wymiennymi wkładami. To taki sprzęt, że nic nie śmierdzi, bo każda zużyta pielucha owijana jest "automatycznie" w foliowy worek. To był kiepski pomysł. Ze względów ekonomicznych (dużo toto kosztuje) oraz ekologicznych (wystarczy, że używałam jednorazowych pieluszek).

Bawcie się dobrze podczas pierwszej ciąży. To świetny czas (ponieważ jeszcze nie wiecie, co was czeka, ha, ha). Czyśćcie, malujcie, urządzajcie. Jeżeli chcecie i możecie - kupujcie, byle z umiarem, serio. To co chciałabym przy pomocy tego tekstu przemycić, to sugestia, żeby mimo pokusy nie dać za bardzo ponieść. Nie chcę nikomu podcinać skrzydełek i odbierać entuzjazmu, doskonale wiem jak ten szał jest przyjemny. Ale wiecie - Harvard też kosztuje...

Więcej o: