Pracoholiczka nawrócona. Jak nauczyłam się wypoczywać

Czas jest jednym z najbardziej deficytowych towarów współczesności. Prawda jest jednak taka, że często sami go sobie kradniemy. Ale skoro nawet ja mogłam się nauczyć zażywać czasu wolnego, to jest nadzieja dla całej ludzkości.

rys. Magda Danajrys. Magda Danaj

Kiedy trzy lata temu pisałam tekst "Wyznania pracoholiczki. A może ja po prostu lubię moją pracę" byłam w jednym z najgorszych momentów życia. Sypiałam trzy-cztery godziny na dobę. Nie miałam wolnych weekendów. Nie miałam wakacji. W każdą chwilę, która mogła być wolna, wdzierała się praca. Bo zawsze coś jest do zrobienia. Robiłam więc - po nocach, w weekendy i podczas wakacyjnych wyjazdów.

Oczywiście taki stan rzeczy był wynikiem nie tylko mojego, skądinąd szczerego, zapału do pracy czy też wymuszonej drożejącym kredytem chęci dorobienia dodatkowymi zleceniami. Praca była moją ucieczką przed problemami natury bardziej osobistej. Doskonałą wymówką, by nie musieć się z nimi konfrontować. Zapracowana, zajęta, zagoniona i zmęczona nie znajdowałam czasu ani siły na nic innego. I było mi to na rękę, bo naprawianie skrzeczącej rzeczywistości jest trudne i wymaga znacznie więcej wysiłku niż praca. Ja wolałam pracować.

Do czasu. Prowadzenie takiej rabunkowej wobec samej siebie gospodarki, miało bowiem wiele negatywnych skutków. Po pierwsze - zaskoczenie! - byłam wyczerpana fizycznie. Choć mój organizm na szczęście nie odmówił posłuszeństwa w jakiś bardziej radykalny sposób, to złe samopoczucie towarzyszyło mi właściwie non stop. Po drugie byłam w fatalnym stanie psychicznym: odczuwałam ciągły niepokój, dręczyło mnie poczucie winy (że za dużo pracuję i dzieci na tym cierpią albo, że nic nie robię i praca na tym cierpi), a także narastające lęki (a jak zachoruję? co będzie jak zachoruję?). Byłam udręczona i nieszczęśliwa. I bardzo, bardzo zmęczona. Trudno w takim stanie o radość życia.

Przebudzenie następowało stopniowo, ale strzał z liścia, który mnie ostatecznie ocucił, zafundowała moja córka, mówiąc: "Mamo, jest cię za mało". I choć byłam już wtedy w pół drogi do większego uporządkowania rozmaitych życiowych spraw, to słowa mojego dziecka nie tylko uświadomiły mi to, że nie mogę tkwić w ciągłym szpagacie między "tu i teraz" a "tam i ASAP", ale też dały siłę, by naprawdę zmienić swoje nawyki.

Jak? Małymi krokami. Zaczęłam pilnować wolnych od pracy weekendów. Rodzinny wyjazd? Bez komputera! Popołudnie z córkami? Nie sprawdzam maili, nie kończę zawodowych zadań, mrucząc pod nosem "tak, tak zaraz, kochanie, mamusia musi tylko...". Podstawowa higiena pracy, minimum czasu wolnego, ale dla mnie był to prawdziwy przewrót, że oto nie gnam pędem z przedszkola do domu, bo "muszę szybko zrobić jedną rzecz", ani nie zaczynam sobotniego poranka od "potrzebuję pół godzinki (taaa, jasne!) żeby popracować".

Czy pracuję mniej? Nie sądzę. Pracuję dużo i z pracy wychodzę bardzo zmęczona. Wciąż zdarza mi się zarwać noc, bo wpadła jakaś intratna fuszka do wykonania. Zdarza się i popracować w weekend - bywa. Ale zaczęłam doceniać możliwość pełnego zresetowania umysłu i totalnego odpoczynku. A także zwykłego bycia: czytania książki, robienia zakupów, pójścia na pizzę czy pojeżdżenia na hulajnodze z dziećmi. Wyjechania na weekend na działkę. Bez poczucia, że szybko-szybko, zaraz muszę zabrać się do roboty. Nie muszę. Nie powinnam. Lepiej odpocząć.

Pracę daje się sensownie planować. Rzeczy pilne robi się pilnie, inne mogą poczekać. Owszem, czasem tej pracy jest zwyczajnie zbyt dużo i misterne planowanie bierze w łeb. Czasem wpada coś nagle i niespodziewanie. Wtedy trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie: czy warto? Warto, bo kasa? Warto, bo ktoś to doceni? Warto, bo taką masz ambicję? A może tylko wmawiasz sobie, że musisz? Może, jak nie zrobisz to świat się nie zawali, nikt tego nie-zrobienia nie zauważy, a ty oszczędzisz sobie jeszcze większego zmęczenia?

Z mojego osobistego doświadczenia (możecie mieć oczywiście inne) wynika, że nadmierny wysiłek wkładany w pracę nie jest przez nikogo doceniany. Nie mówię o rzetelności czy zaangażowaniu, ale o stawianiu pracy na pierwszym miejscu. Dopóki praca jest wykonana - w miarę możliwości jak najlepiej - to nikogo nie obchodzi, jak wiele włożyło się w nią wysiłku. Można więc wkładać mniej. Odpoczywać więcej. Bo nie ma medali za przepracowane noce i zmarnowane wakacje. A negatywne skutki są.

To rzekłszy, wyruszam na urlop. Nie będę sprawdzać maila.

Więcej o: