Jak rozpoznać nieprofesjonalnego współpracownika? Po TYCH wymówkach

Jestem gotowa założyć się o krocie, że każdy przynajmniej raz w swoim życiu zawodowym spotkał się z kimś nieprofesjonalnym, za to kłamliwym. Z kimś, kto nie ma najmniejszych oporów, aby obiecywać złote góry, a następnie uciekać się do kłamstw urągających inteligencji.

Motto współpracownika z piekła rodem (Foch/Pexels.com CC0)Foch/Pexels.com CC0

Zaczyna się zwykle grzecznie. "Przepraszam, że proszę", "przepraszam za rozczarowanie", "bardzo mi przykro, ale ". Odbiorca czyta maila i już wie, że zaraz będzie zmuszany do bycia lepszą wersją siebie. Trzeba będzie nadstawić policzek i przyjąć na twarz/klatę wymówkę, która odwołuje się do człowieczeństwa. Bo przecież każdy miał kiedyś chory pęcherz, zatrucie pokarmowe czy zwyczajnie zły dzień. Każdemu kiedyś zachorowała babcia, mama skutecznie zmarudziła o natychmiastową uwagę w formie wizyty na drugi koniec Polski lub - nie daj Boże - był świadkiem na trzydniowym weselu.

Niech pierwszy rzuci smartfonem ten, który nigdy nie stracił zasięgu. Obłudniku, wyjmij zaparowane soczewki kontaktowe z oka swego i dostrzeż zapalenie spojówek w oku bliźniego. Człowiek czyta i całe chrześcijańskie wychowanie wtłaczane od dziecka do głowy burzy się przed osądzeniem spóźnionego petenta. Tylko ta kapitalistyczna część gadziego mózgu odbiorcy domaga się uwagi i krzyczy do ekranu: "Deadline, ty paskudzie!". Po jakie wymówki sięgają współpracownicy, których nikomu nie życzę?

"Jakby Pani miała dzieci, to by zrozumiała"

Jednym z motywów przewodnich jest rodzina. Wiadomo, najlepiej na zdjęciu, ale kiedy zbliża się termin oddania pracy/zlecenia/nerki (niepotrzebne skreślić), okazuje się, że przydaje się i w innym celu. Nagle w życiu petenta pojawia się ta bliska, najbliższa, krew z krwi, "tylko ja mogę pomóc", ale też dawno niewidziany kuzyn, wujek i siostra matki, którzy właśnie teraz, natychmiast, na wczoraj, wymagają niepodzielnej uwagi. Nie można dowieźć w terminie, bo dziecko ząbkuje i "pojawiła się ropa w dziąsełku", babcia uzależniła się od "M jak Miłość", a kuzynka organizuje panieński w Barcelonie. Bo wiadomo, że pech lubi się mnożyć, więc ropa, babcia oraz panieński po prostu muszą być daleko. Tak daleko, że wrony zawracają internety.

"Terminator: Bunt Maszyn"

Smutne jest to, jak bardzo okłamują nas statystyki: według badań GUS-u, "dostęp do Internetu w 2015 r. posiadało 75,8% gospodarstw domowych, w tym 71,0% - szerokopasmowy", a "63,0% gospodarstw domowych jako główną przyczynę nieposiadania dostępu do Internetu w domu wskazało brak potrzeby korzystania z niego" (Społeczeństwo informacyjne w Polsce w 2015 r. - notatka).

Kłamstwa, kłamstwa, kłamstwa. Pracownicy, współpracownicy mają dostęp do sieci "tylko w godzinach pracy, bo wtedy [są] w pracy", na "pożyczonych pecetach", "kiedy sąsiadka [ich] wpuści". Internet jest najbardziej nieprzewidywalną zmienną naszego życia: "sama nie wiem, kiedy będę online, bo mieszkam na wsi".

Te internety to w ogóle są złe. Co gorsza, spersonifikowały się (Stephen Hawking, Elon Musk i Bill Gates ostrzegali!) i robią nam po prostu zwyczajnie, po ludzku, na złość. Internet "odrzuca wiadomości", "miesza w poczcie", "wyłączył gmaila" oraz "zjadł maila". Komputery "wysiadają", "robią dziwne rzeczy", "migają" i "działają, jak chcą".

W kategorii szwarccharakterów wygrywają jednak edytory tekstowe. Nic (a może nikt?) tak nam źle nie życzy jak Word, LibreOffice czy nawet Notatnik. Pociesza tylko to, że edytorów nie dotyczy ageism: "stary Word", "nowy Office", "poprzednia wersja", "następna wersja" - wszystkie są jednakowo wredne. Praca potrafi "zapisać się" sama w "dziwnym formacie", który działa "tylko na jednym komputerze, bo on ma Windowsa XY". A ten komputer, wiadomo, daleko.

Służba nie drużba

Globalna wioska to złudzenie. Istnieje, a i owszem, wioska, ale globalne to może być tylko ocieplenie. Powód nr 78, czyli "przepraszam za opóźnienie, ale nie było mnie w kraju" jest tak samo prawdziwy dzisiaj, jak w czasach żelaznej kurtyny. Oczywiście, nikt nigdy nie odpoczywa, bo wszyscy jesteśmy ciągle zajęci, dlatego "zagranico" bywa się tylko w celach zarobkowych. "Pracuję poza Polską i moja praca mocno ogranicza mój dostęp do komputera". "Przepraszam za poślizg, ale nie było mnie w kraju z powodów służbowych". Poza tym nic tak nie przeszkadza w pracy, jak praca. "Przepraszam, ale jestem przemęczona pracą".

I jak tu nie cieszyć się, że w naszym kraju jest całkiem nieźle? Dbałość o "work-life balance"? Jest! Dbałość o priorytety? Jest! A cała reszta po prostu jest poza nami.

Bierna strona zawalenia

Językowo ciekawe jest to, w jaki sposób wymówki (przepraszam bardzo, rzeczowe argumenty) lubią być "zewnętrzne". "Jestem zmuszony wyjechać", "byłam zmuszona nie przyjść". Nauczyciele angielskiego i polskiego byliby zachwyceni, wiedząc, że strona bierna nie wyparowuje z mózgu po maturze.

"Przepraszam za zamieszanie, ale nie mam na to wpływu". A na co w życiu mamy wpływ? Czym jest wpływ? Czym jest życie? "Nie będę dokładnie opisywać, co się wydarzyło, bo wiem, że to nie ma znaczenia". Polonistka z liceum właśnie uroniła łzę, że nawet Albert Camus przetrwał w zwojach mózgowych ("Nic nie ma znaczenia!"). Termin wykonania jest relatywny, a obowiązki umowne. "Kończenie tego nie ma moim zdaniem sensu. Nie wszystko jest całkowicie zależne ode mnie. Po prostu chciałam o tym powiedzieć".

"It's not me, it's you"

Przecież Panią przeprosiłem. Pani ustaliła taki głupi termin. Pani musiała wiedzieć, że ja nie zdążę. Przecież powiedziałem "przepraszam", co nie? I znowu wszyscy jesteśmy ofiarami systemu, wrobieni w to, by się nie sprawdzić. Praca to okrutna zabawa z wolnym czasem, ale za to jakże praktyczne ćwiczenie zachowań pasywno-agresywnych.

"Sorry seems to be the easiest word"

Mówi się, że kobiety za często przepraszają. Termin wykonania to w takim razie piękny katalizator równości ("deadline: connecting people"). Za zawalenie przepraszają mężczyźni i kobiety, niezależnie od wieku, zawodu i stanu konta. Płaczą żołnierze, klękają dresiarze, gniewnie trzaskają drzwiami panie w garsonkach. Ale nawet w tych najbardziej dramatycznych momentach polszczyzna triumfuje, bo przepraszamy za "zwłokę", "opóźnienie", "nieporadność", "poślizg", "delikatne spóźnienie", "subtelną obsuwę" czy "mikroprzekroczenie", dbając o to, by nie powtórzyć dwa razy tego samego określenia. Polonista wiwatował jak czytał.

Na koniec faworyt: "przepraszam za błędy, ale nie chciało mi się już tego sprawdzać".

***

Alicja Nelson - tłumaczy, uczy, pisze. Składa się z kawy, empatii i ironii (proporcje zależne od pory roku i widoku za oknem).

Więcej o: