Internet bombarduje nas apelami o pomoc. Jak najlepiej (dla siebie i innych) reagować?

Facebook jest pełen nieszczęścia: chore maluchy, biedne zwierzęta, matki walczące o to, by móc dożyć dorosłości swoich dzieci. Przy dziesiątym komunikacie mówimy - pas. Dlatego warto sobie wymyślić instrukcję obsługi własnego współczucia.

Ludzie chodzą, oddychają i pomagają sobie nawzajem. To normalne.Ludzie oddychają, ludzie sobie nawzajem pomagają (fot. pexels.com CC0)

Bardzo ważną osobą w moim życiu była śp. Cecylia Kot - dawno temu pomoc domowa mojej babci, która z biegiem czasu stała się najbardziej kochanym członkiem rodziny, zapraszanym non stop i wytęsknionym. Miała ona takie ładne powiedzenie, że „wszystkim się można podzielić, nawet jagódką”.

I dzięki niej, dopóki nie było Internetu, trzymałam się zasady, że jeśli ktoś mnie o coś prosił (np. o dwa złote na ulicy), to jeśli je miałam, zawsze dawałam. Nigdy nie zastanawiałam się szczególnie, jaki był powód tego proszenia. Kiedyś usłyszałam takie fajne zdanie, że nikt nie żebrze ze szczęścia i bogactwa. I jakoś mi to, kurczę, trafia do przekonania! Niestety, Internet naruszył moją wewnętrzną równowagę w tym względzie, bo tu co pięć minut ktoś o coś prosi i nie sposób na wszystkie prośby zareagować. A przecież nigdy nie są one błahe, zwłaszcza te internetowe! Zawsze lub prawie zawsze walka toczy się o najwyższą stawkę: życie i zdrowie.

A już naprawdę fatalnie się czuję, kiedy kupię sobie w internetowym sklepie sandały albo lakier do paznokci - bo przecież czasem to robię i to z przyjemnością - a chwilę później zamykam stronę, z której patrzą na mnie przerażone oczy jakiejś matki czy jakiegoś dziecka. Wiele osób radzi sobie z tym w taki sposób, że rozpowszechnia apele o datki. Oczywiście, bardzo słusznie - im więcej osób zobaczy taki apel, tym lepiej. Wydaje mi się jednak, że można zbyt łatwo ulec w ten sposób złudzeniu, że robi się cokolwiek, podczas gdy faktycznie nie robi się prawie nic. Czasem mam takie wrażenie, że wypełnianie swoich wirtualnych ścian obrazami nieszczęścia czyni więcej szkody niż dobrego. Bo ogłusza - w najbardziej dosłowny sposób. Przestajemy słyszeć to wołanie o pomoc i reagować na nie. Tymczasem naszym ludzkim obowiązkiem jest reagować i to nie od wielkiego dzwonu, tylko z zasady.

Tylko jak tę zasadę realizować bez frustracji? Na początek warto przyjąć, że nie jesteśmy w stanie pomóc każdemu. A ponieważ nie mogę każdemu, to staram się komuś - raz w miesiącu. I to jest właśnie zasada na miarę moich możliwości. Nie obwiniam się, że łatwiej mi zrobić to coś dla osób, które znam - niż dla tych, które są mi całkiem obce. I że ludzie zawsze będą u mnie przed zwierzętami (jest wystarczająco dużo osób, które mają odwrotne podejście). Że łatwiej reaguję na to, co w jakikolwiek sposób wiąże się z doświadczeniem moim lub moich bliskich - na przykład moje szczególne poruszenie wywołują osoby chore na nowotwór albo ofiary wojny na Ukrainie. I tak dalej. Rzeczy proste są najlepsze. Raz w miesiącu coś - cokolwiek.

Często słyszy się, że warto wypuszczać w świat dobro, bo ono zawsze do człowieka wraca. Kiedyś, być może, my sami będziemy potrzebować pomocy, i, jak raz, to "powrócone" dobro się przyda. Ale, tak naprawdę, nie trzeba sobie tego tłumaczyć, bo to tłumaczenie zakłada jakąś wyjątkowość pomagania. Błąd! Wyczytałam ostatnio - i wydało mi się to naprawdę piękne - że rosnące w trudnych warunkach drzewa pomagają sobie nawzajem, przenosząc poprzez system korzeniowy składniki odżywcze do mniejszych sadzonek, które bez takiego wsparcia nie dałyby rady się rozwijać. Pomoc jest częścią instynktu życia, wspólnego dla wszystkich istot na tej planecie. Po prostu warto go słuchać. Bo skoro drzewo może, to co dopiero człowiek!

Więcej o: