Co dała mi emigracja? Bardzo dużo, ale równie wiele zabrała

Nikt, kto żyje w Polsce mając obywatelstwo, opiekę medyczną (nawet taką kulejącą jak NFZ), prawo jazdy, prawo pobytu w kraju, ubezpieczenie zdrowotne, prawo do głosowania, paszport, prawo do legalnej pracy bez limitów godzinowych, konto w banku, nie zrozumie, jak ciężko jest zaczynać gdzieś bez tego.

fot. Unsplash.comDała mi poczucie wolności! fot. Unsplash.com

Emigrując, ludzie myślą, że jakoś to będzie, że jakoś się ułoży. Tylko co, kiedy mija rok, a „jakoś” się nie układa, lub kiedy mija kolejny i „jakoś” już nie wystarcza? Brnie się dalej oczywiście, bo ciężko poświęcić dwa lata życia i wracać do kraju, z którego się zdecydowało wyjechać.

Przez pierwszy rok rodzina nawija w kółko jak zepsuta płyta - wracajcie, wracajcie, wracajcie.

Jest to ostatnia rzecz, jaką chcesz słyszeć. Trochę ciężko wrócić tak szybko i na dodatek wbrew sobie, po wyprowadzce 17 000 km. Melbourne to nie Manchester, gdzie za kilka funtów z Ryanairem mogę ruszyć rano, a po południu jeść z Wami obiad.

Drugi rok - pamiętajcie, że zawsze macie dokąd wrócić.

Trzeci rok - cisza w tym temacie, bo już chyba wiedzą, że po my prostu nie chcemy wracać.

Emigracja bardzo dużo mi dała, tak samo jak dużo zabrała - codziennie zabiera. Rozpieprzyła całą wyhodowaną w Polsce stabilizację (powiedzmy, że na własne życzenie) i poczucie wartości (już niekoniecznie na własne życzenie).

Oczywistość, która nadal boli - omija nas życie codzienne bliskich i ważne wydarzenia: śluby, rozwody, urodziny, narodziny, chrzciny. Urodziny naszej chrześnicy, tak samo jak i ją samą, znamy z 40-sekundowego filmiku z Facebooka lub zdjęć na Viberze. Ominęły mnie dwa pogrzeby i ponieważ nie byłam tam na miejscu, nie uczestniczyłam w ceremoniach, nie widziałam tego na własne oczy, to do tej pory ciężko mi uwierzyć, że moi dziadkowie naprawdę nie żyją. W moich snach zawsze mają się dobrze.

Tylko czemu nie chcemy wracać? Skoro emigracja to nie tylko palmy, tańczące dookoła ciebie misie koala i słońce 9 miesięcy w roku? Skoro nie jest lekko, a paszport i fura pieniędzy nie spadają z nieba od razu po wyjściu z lotniska i trzeba zacząć od harówki dużo poniżej swoich kwalifikacji? Jest wiele powodów.

Emigracja  dała mi wolność i nauczyła mnie cierpliwości, nieprzejmowania się pierdołami na zapas i niewściekania się na byle co. W końcu!

Nie ma co sobie wypruwać sobie flaków. Pieniądze znaczą tyle, co liczby. Jak liczba idzie w górę, jest okej. Jak idzie w dół, też jest okej. Przez liczbę na minusie, świat wcale się nie wali. Domy, samochody, rzeczy - nie znaczą nic, bo dzisiaj są, a jutro ich nie ma. Tak samo jak ludzie, którzy pojawiają się przelotnie w twoim życiu i znikają. Wiem, że wielu się z tym nie zgodzi i to też jest okej!

W zeszłym roku pierwszy raz w życiu nie wpuścili mnie do samolotu i przepadły mi bilety na łącznie trzy loty. Potrzebowałam wizy tranzytowej, bo przesiadka w pierwszym kraju trwała ponad osiem godzin, ale nie mogłam jej kupić na lotnisku. Samo życie! Niepierwszy raz jesteśmy jedynym wyjątkiem z krajów członkowskich UE - cokolwiek od trzech lat próbujemy załatwić to w przypadku Polski jest „gwiazdka”  - "brak podpisanych umów dyplomatycznych".

Emigracja nauczyła mnie uśmiechania się do ludzi mijanych na ulicy i tolerancji - bo czemu nie? Uśmiech nic nie kosztuje, a może zdziałać cuda.

Mieszkamy na strzeżonym osiedlu. Na 100 mieszkań jest jedna duża kuchnia i części wspóle (zielone tereny dookoła, mniejsze kuchnie są na piętrach, sala kinowa, pomieszczenia gospodarcze (pralnie, suszarnie), jadalnia z kominkiem). Brak Polaków, dzieci i zwierząt. Wygląda to trochę, jak ośrodek wczasowy i nazywa się „motel style accommodation”. Innymi słowy od roku mieszkam w motelu.

Mieszkania bez kuchni to standard w Auckland, bo ludzie i tak jedzą na mieście. Ja i część mieszkańców nie chcemy jeść na mieście trzy razy dziennie, więc często gotujemy wszyscy razem - Bamarowie, muzułmanie, Arabowie, Anglicy, Tajowie, Australijczycy, Nowozelandczycy, Ukraińcy, Chilijczycy, Indonezyjczycy, Tongijczycy, Hindusi, Filipińczycy, Chińczycy, Wenezuelczycy, Koreańczycy, Rosjanie, Wietnamczycy, Kolumbijczycy, Włosi, Fidżyjczycy, Hiszpanie, Malezyjczycy,  Peruwiańczycy, Francuzi, Japończycy, Samoańczycy... uff, ciekawe kogo pominęłam?

To jest dopiero zabawa i mieszanina zapachów, różnic kulturowych, barier językowych! Pojęcie porządku i organizacji dla każdego znaczy coś innego. Wiem, że dla wielu osób, życie tutaj to byłby koszmar. Już mnie nic nie dziwi, Hindusi jedzą i gotują 24 na dobę, jakby ich egzystencja tylko na tym polegała, a kiedy ktoś spoza Indii wchodzi do kuchni, od wejścia kicha (curry, curry, curry).

Najgorszy tłum jest w porze obiadowej 18.00-19.00. Jak zdarza nam się jeść „wcześniejszy” obiad koło 17. , Hindusi pytają zdziwieni - Jak to? Po co tak wcześnie? O 23. znowu będziecie głodni, a przecież nie można iść spać z pustym brzuchem.

Chińczycy przed jedzeniem jabłek, szorują je gąbką z dużą ilością płynu do naczyń, a potem moczą je w misce pełnej piany. Ukraińcy myją naczynia CIF-em (zaczęłam się zastanawiać, czy to normalne, ale nie, jednak nie. Cif-em myję zlew i prysznic). Filipinki pięknie śpiewają gotując. Hinduski też próbują, ale już nie wychodzi im to tak ładnie. Dużo by wymieniać!

Co jeszcze dała mi emigracja? Nie boję się odmienności, wiem i rozumiem więcej. Mam dużo wiary w ludzi i doświadczenia życiowego, którego nie miałabym dziś, zostając za biurkiem w Szczecinie. Codziennie zostawiam drzwi do mieszkania otwarte, znikam coś ugotować i nawet by mi do głowy nie przyszło, że ktoś mógłby to wykorzystać. Poznałam zbyt dużo dobrych ludzi, żeby myśleć inaczej.

Przyjechałam tu mówiąc dobrze po angielsku. Teraz mówię, myślę i śnię po angielsku, który jest bardzo różny od tego, którego nauczyłam się na studiach.

Widziałam kawał świata i to nie tylko jako turystka, ale też „od kuchni”. Teraz bardziej niż kiedykolwiek jestem pewna, że świat jest na tyle mały, że powinno mi się udać zwiedzić każdy jego kraj, bo przecież nie ma rzeczy niemożliwych. Ostatnim razem jakiegoś Polaka spotkałam w grudniu 2015 (w Auckland jest podobno duża Polonia, ale ja jej nie szukam).

Pracowałam dla przeróżnych ludzi. Dla Azerów, Izraelczyków (bardziej i mniej ortodoksyjnych), Syryjczyków, Rosjan (i te ich okropne zupy z głów ryb z pływającymi oczami). Pamiętam historie z ich przeszłości i emigracji do Australii, kiedy mnie jeszcze nie było na świecie. Opowiadali mi o wielu miesiącach koczowania w obozach dla uchodźców rozsianych po całym świecie, brania ślubów i rodzenia tam dzieci.

Dzisiaj doceniam każdą drobnostkę dnia codziennego, każdego szanuję, nikogo nie oceniam, nie zazdroszczę i nie porównuje się. Po co, skoro każdy przeszedł co innego. Paradoksalnie rozbijając mnie kiedyś na pół, ostatecznie emigracja dała mi dużo siły, wolności i spokoju. Bardzo poszerzyła moje horyzonty i postrzeganie ludzi oraz innych niż polska kultur.

Jak zawodzi plan B, czas na C, D, E, F i tak czasami do końca alfabetu, bo zgodnie z moim powiedzeniem - „if there's a will, there's a way” - wystarczy chcieć, żeby znaleźć rozwiązanie.

Pewnie emigracja gdzieś, gdzie granice są dla nas otwarte, wyglądałaby inaczej - masz prawo do pracy i prawo do pobytu w kraju. W Australii mieliśmy ograniczenia na pracę (pół etatu) i ograniczenie na pobyt (osiem miesięcy), w Nowej Zelandii mogliśmy zostać na trzy miesiące bez prawa do pracy. A jednak mija trzeci rok od wyjazdu z Polski i nie planujemy powrotu.

Natalia Jaranowska - autorka bloga "Not a boring life", na którym pierwotnie ukazał się powyższy tekst.

Więcej o: