Sprzedawanie mieszkania to najlepsza okazja, aby poznać tych, których nie chce się znać

Na ogół obracamy się wciąż w tym samym kręgu ludzi podobnych do nas albo takich, po których wiadomo, mniej więcej, czego się spodziewać. Chyba że podejmie się decyzję o sprzedaży mieszkania. To wyjątkowa okazja, aby przyjrzeć się innym. Rzecz jasna z wzajemnością.

PICASA/Pexels.com CC0PICASA/Pexels.com CC0

Do decyzji o sprzedaży mieszkania dojrzewałam dość długo. To znaczy prawda jest taka, że jak tylko wprowadziłam się do obecnego lokum, czułam (intuicja jest dla mnie bardzo ważna), że to nie jest moje, że tak powiem, docelowe miejsce. Że to przejściówka, wyczuwałam, że kupiłam je trochę na wyrost i faktycznie przyszedł czas, kiedy frank poszybował w górę tak mocno, że potwierdził moje przypuszczenia.

W każdym razie po kolejnym skoku franka na skutek Brexitu i telefonie do banku, po którym wiedziałam, że mój kredyt po siedmiu latach spłacania się drastycznie zwiększa miast maleć, powzięłam decyzję o wystawieniu mieszkania na sprzedaż.

Skontaktowałam się najpierw z agencją, w której niby chciałam się dowiedzieć co i jak, ale agentka skumawszy, że ma na wędce rybkę, nie dała mi przerwać rozmowy. Wycisnęła kontakt za parę dni i wizytę u mnie. Trochę mnie irytowała, bo mówiła z ukraińskim akcentem i nie zabrzmi to poprawnie politycznie, ale nie miałam do niej zaufania. Niemniej jednak potem poprosiłam sama o kontakt z nią, bo jestem w końcu człowiekiem lojalnym, a przynajmniej lubię tak o sobie myśleć. Agentka, okazało się, miała na imię Lana. I to z kolei nastawiło mnie do niej pozytywnie, bo Lana to jednak ładne imię jest i niezwykłe.

Przyszła więc na umówione spotkanie Lana. Ponieważ nie była napastliwa, ale za to stanowcza, podpisałam umowę z jej agencją, acz nie na wyłączność. I kto by pomyślał. Po jednym dniu od publikacji ogłoszenia zaczęły się wizyty.

Jako pierwsze przyszły dwie pary. Pomyślałam sobie od razu, mój Boże, gdzie te czasy, kiedy wierzyłam w związki i szczęście w takim układzie. Ale jak widzę ludzi w tych parach to na swój sposób mnie to rozczula, jeszcze nie wiedzą tego, co wiem już ja, a być może ja nie wiem tego, co wiedzą oni. W każdym razie pełni ufności w to, że los jest po ich stronie (he he), przychodzą i oszacowują stopień możliwości realizacji swojego szczęścia na moim, jak dotąd, jeszcze kwadracie.

Pierwsza para? Od razu wiedziałam, że nic z tego nie będzie. Już na wstępie wyglądali tak, jakby od razu chcieli wyjść. Prezentowali się tak, jakby raczej liczyli każdą złotówkę niż generowali ich miliony. On w okularkach drucianych i krótkich spodenkach do kolan, wyglądał jak nieszkodliwy kujon z II b, a ona rozkosznie pryszczata, jakby urwała się z lekcji na chwilę. On trzymał ręce w geście pt. niee, weźcie to ode mnie, ona trzymała ręce z tyłu i patrzyła w górę. Najbardziej byli zainteresowani moim kotem rasy brytyjskiej, ale powiedziałam, że nie jest na sprzedaż. Umknęli szybko. Nie dopytywali o nic. Chociaż nie, zapytali o czynsz i się przerazili. Słusznie.

Kolejni też byli w parze. Ci trochę starsi, grubo po trzydziestce. Pani była wahająca się, a jej partner był z tych wszystkowiedzących. Och, jak on się znał, nawet wysokość mojego czynszu jej objaśnił, choć nie było w tym ani krztyny prawdy, a tylko moje sugestie. Ale miał na sobie spodnie moro. Nie wiem jaki jest związek między posiadaniem spodni moro a podatnością na sugestie, ale może jakiś istnieje. W każdym razie pan wiedział i starał się być fachowy, zapytał, czy zostawiam w mieszkaniu stałe elementy zabudowy kuchni. Serio? Tak, serio, bo niektórzy zabierają. Aha.

Wyszli. To była sobota rano. Na wieczór umówiłam się z koleżanką i miałyśmy planować wycieczkę na fiordy i pić gin w ilości dużo. Kiedy oddałyśmy się realizacji tego zamiaru zadzwonił domofon. Odezwała się babka, że ona szuka mieszkania i wyczaiła moje, i ona chce bez agencji. Po czym kilka dobrych minut mnie przepraszała, że tak nagle. Dobra babo, jak już naszłaś to właź, nie gadaj. Przyszła. Jakaś taka za bardzo. Za bardzo giętka. Bardzo wysoka. Opowiadała, jak sprawdza mieszkania w tej okolicy, rozmawia z mieszkańcami i ochroniarzami. Poczułam do niej niechęć a ona właśnie zajarała się mieszkaniem i zobaczyła w nim same zalety, ale powiedziała, że przyjdzie jeszcze z mężem, a mąż lubi jednak jej się sprzeciwiać i westchnęła, przewracając oczami. Gadała i gadała, w końcu poszła, ale po paru dniach wróciła - z mężem i synem.

Faktycznie, mąż bardzo nieprzychylny pomysłom żony, oglądał moje mieszkanie bez słowa, wydawał czasem pomruki dezaprobaty, a ona na niego krzyczała, kiedy wyszedł na balkon, bo mokro. Synek akurat był ładniutki, miał jasne blond loczki i parasolkę i chciał zobaczyć czmychające koty, oczywiście bez skutku. Ona przekonywała ich, że jest super, synek miał to w dupie, mąż był nadąsany. Wyszli. Pojechali zwiedzać garaż. Wolałabym, żeby nie zadzwonili, bo prócz syna nikt z nich mi nie podszedł.

Potem przyszła matka z córką. Starsza, na oko 60-letnia pani chciała córce i zięciowi kupić mieszkanie blisko niej i żeby balkon miał daszek. Pani szalenie sympatyczna i dobrze ubrana. Tak, że nie wyglądała jak dzidzia piernik, za to bardzo ładnie. Córka w typie artystki hipsterki, zdecydowana, trochę męska, oglądała każdą szafkę bez pardonu snując wizję, co trzeba tu wyburzyć i zmienić. Matka chciała negocjować cenę, ale byłam twarda. Zapewne nie wrócą, ale tego typu osobom chętnie bym mieszkanie sprzedała. Wolałabym przechodzić przez te niemiłe procesy z kimś, kogo instynktownie lubię.

Przyznam, że do sprzedaży mieszkania mam stosunek emocjonalny. Bardzo. Może za. Ale wiem, że finał będzie będzie chłodny, biznesowy. Jak wyłoży pieniądz niesympatyczny sfochowany mąż wysokiej babki, to sprzedam. Bo choć emocje rozpalają, to i tak kasa musi się zgadzać.

Więcej o: