Przestańmy straszyć dziewczynki, że będą grube i brzydkie!

Jest XXI wiek, a my ciągle sączymy dziewczynkom do głów toksyczny bełkot. Zabraniamy im się opychać, bo "nikt ich nie zechce" i wmawiamy, że "byłyby śliczne, gdy tylko trochę się postarały". A może by tak wykreślić te opresyjne teksty ze słownika?

instagram.com/theashleygrahaminstagram.com/theashleygraham

"Zostaw to już, bo będziesz gruba i brzydka!” - słyszę w kawiarnianym ogródku. Podnoszę wzrok. Przy stoliku obok babcia pochylona nad pierwszoklasistką wyrywa jej z rąk bezcukrowy wegański mus z nasionami chia. Dziewczynka poddaje się bez walki i natychmiast wypuszcza łyżeczkę z dłoni. Osłupiała, zawieszam wzrok na rodzicach. Czy ktoś się odezwie? Matka nie reaguje, a ojciec chwyta porzucony deser i wesoło oznajmia, że "tatuś to dokończy, bo damom nie przystoi tak się opychać!”.

Nie wierzę własnym uszom. Czy przeniosłam się w czasie i przestrzeni we wnętrza jakiejś opresyjnej, osiemnastowiecznej instytucji wyspecjalizowanej w tresurze dziewcząt? Przyglądam się babci, ewidentnie wywodzącej się z epoki, kiedy rolą kobiety było przede wszystkim wyglądać (szczupło!). Ma kaskadujące pukle jak Miss Polonia sprzed lat, wyretuszowane strzykawką czoło i beztroski uśmiech, który wskazuje na zerową świadomość, że właśnie jednym durnym komentarzem zrobiła wnuczce wodę z mózgu.

Przenoszę wzrok na zasępioną dziewczynkę i robi mi się przykro. Urodziła się w czasach, w których zaburzenia odżywiania zdarzają się równie często co trądzik, a dziewczyny, które szczerze lubią swoje ciało są jak jednorożce - wszyscy o nich słyszeli, ale nikt nigdy nie spotkał. Jeszcze parę lat i ta mała blondyneczka na dobre wpadnie w bagno ściskania skóry na udach i krzyczenia "mam cellulit!” oraz szpachlowania buzi źle dobranym podkładem. Z pewnością zapała też absurdalną, ale szczerą nienawiścią do swojego (ponoć) krzywego nosa, tłustych kostek albo tych dziwnie koślawych palców u stóp. To chyba oczywiste, że ostatnią rzecz której teraz potrzebuje są mało subtelne sugestie ze strony najbliższej rodziny, że jedzenie puddingu ze świeżych owoców grozi nieodwracalną szpetotą.

Słowa "gruba” i "brzydka” (koniecznie w rodzaju żeńskim, bo chłopców cielesnością się zazwyczaj nie straszy) skleiły się już w wyświechtaną kolokację. Na mnie w dzieciństwie też nakładano tę klątwę. Spełniła się, ale tylko połowicznie. Ku zdziwieniu wszystkich ostatecznie okazałam się gruba i niebrzydka. Chodzę po świecie z niezłą twarzą i nikt nie wie, co ze mną zrobić, bo wbrew zapowiedziom dorosłych grubość nie naruszyła moich rysów, nie zrobiła ze mnie uosobienia smutku, ani nie uczyniła mnie uniwersalnie nieatrakcyjną dla całego gatunku męskiego. To dlatego mam teraz nieodpartą ochotę potrząsnąć babcią i tatą tej dziewuszki i powiedzieć im parę słów prawdy. Po pierwsze, nie tyje się od nasion chia, tylko od tłumionych emocji, smutku i stresu. Po drugie, grubość nie jest tożsama z brzydotą. Jest najwyżej jedną z opcji.

Szok! Niebrzydka, szczęśliwa grubaska (fot. Olaszka)Szok! Niebrzydka, szczęśliwa grubaska (fot. Olaszka)

To złowrogie "gruba i brzydka” to tylko jedno z tysięcy złych zaklęć, którymi mamimy młode dziewczyny. Niby żyjemy w epoce ostentacyjnie ukierunkowanej na mądre, świadome wychowywanie dzieci, ale rodzice i dziadkowie wciąż nie potrafią ugryźć się w język. Ile jeszcze stuleci minie zanim przestaniemy mechanicznie powtarzać te wszystkie utarte zwroty? Ile jeszcze pokoleń dziewczynek skrzywimy i skrzywdzimy swoją bezmyślną paplaniną?

Lata lecą, a w komunikacji z córkami, wnuczkami, siostrami i siostrzenicami nadal polegamy na debilnych i toksycznych zwrotach. Dziewczynki, które wykażą się poczuciem humoru i błyskotliwością albo pozwolą sobie na jakąkolwiek formę ekspresji, strofujemy słowami "nie popisuj się” albo "nie dokazuj”. Jeśli wezmą się za jazdę na deskorolce/wbijanie gwoździ/łażenie po drzewach/boks/podnoszenie czegokolwiek co waży więcej niż pół kilo, natychmiast wznosimy lament, że "to nie jest zajęcie dla dziewczynki”. Od małego straszymy je, że jak nie nauczą się gotować/będą tak bałaganić/nie przestaną przeklinać to "nikt ich nie zechce”, sugerując w ten sposób, że:

a) gotowanie, sprzątanie i elegancja wypowiedzi to domena każdej kobiety

b) życie w pojedynkę to najwyższa, ostateczna kara.

Roztaczając przed nastolatkami upiorną wizję samotności, jednocześnie nie pozwalamy im zrobić nic, by się przed nią uchronić, bo przecież "kto to widział, żeby dziewczyna uganiała się za chłopakami?”. Uparcie tłumaczymy im co wypada, a czego nie wypada - nigdy istocie ludzkiej, a zawsze damie, tak jakby każda musiała koniecznie zostać hrabiną. Mnożymy i piętrzymy zasady dotyczące dziewczęcego wyglądu: "nie garb się” (bo dziewczynka musi być jak trzcina, a prostować się powinna siłą woli, bo przecież nie siłą mięśni). "nie siedź/nie chodź jak chłopak” (czyli, przepraszam, jak?), "trzymaj nogi razem” (chłopców nikt tego nie uczy, dlatego tak wielu z nich przez całe życie beztrosko rozkracza się na trzy miejsca w metrze).

Komunikat, który wysyłamy jest jasny: najważniejszą wartością i walutą w życiu młodej dziewczyny jest ciało, bo to ono decyduje o jej atrakcyjności. Rzucamy więc tekstami w rodzaju "byłabyś śliczna gdybyś trochę się postarała”, a potem, gdy dziewczyna się postara tak bardzo, że zapakuje się w mikroskopijną miniówę i nawali pięć kilo cienia na powieki, pytamy "czy zamierza w tym stroju wyjść z domu”. Gdy zdziwiona odpowiada twierdząco, tłumaczymy jej jaka nadprzyrodzona moc drzemie w dziewczęcym odzieniu. Wyjaśniamy, że duży dekolt czy kuse szorty mogą sprawdzić, że kolega z ostatniej ławki rozproszy się i obleje klasówkę, robotnicy na budowie zagwiżdżą się na śmierć albo że jakiś zboczeniec porwie je i zgwałci. Nie powinno nas dziwić, że przerażone nastolatki odziewają się od stóp do głów w żałobną czerń albo obłe portki i bluzy, ale jednak chyba dziwi, bo niezwłocznie atakujemy je pytaniem, czy nie mogłyby się przypadkiem nosić bardziej dziewczęco.

Ja nikogo nie posądzam o to, że chce swoje dziecko wyposażyć w dożywotni zapas emocjonalnego poharatania. I doskonale rozumiem, że połowę rzeczy, które mówimy, mówimy z odruchu. Nie da się przecież ważyć każdego słowa. Uważam jednak, że gdyby babcia blondyneczki i jej jowialny tatuś wyłączyli na chwilę autopilota i przez sekundę zastanowili się nad sensem i konotacją swoich słów, natychmiast poczuliby, jak wielkie sieją zniszczenie.

Bo jest pięć tysięcy rzeczy, które można powiedzieć dziecku bez opamiętania wcinającemu deser. Można zapytać, czy wciąż jest głodne i wytłumaczyć mu, że ciało nie lubi się przeżerać. Można wyjaśnić, które produkty spożywcze dają siłę i energię, a które je odbierają. Jeśli już trzeba straszyć, to może kłopotami ze zdrowiem, a jeśli nadwagą to niekoniecznie tożsamą z brzydotą? Zresztą, powiedzmy sobie szczerze: jeśli twoje dziecko naprawdę będzie grube, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby było grube i piękne, grube i szczęśliwe.

Więcej o: