Dlaczego nigdy nie chciałam wyjść za mąż?

"Przyrzekam na kobiety stałość niewzruszoną. Nienawidzić ród męski, nigdy nie być żoną" - bohaterkom Fredry nie wyszło. A mi się udało z tym niebyciem żoną. I jestem z tego zadowolona.

Może przesadziłam z tym nigdy. Na pewno były w moim życiu chwile, gdy chciałam wyjść za mąż. Która dziewczynka nie marzy o białej sukni ślubnej? Mniejsza o konieczność znalezienia jakiegoś sensownego kandydata na męża - suknia! Z trenem! Welonem! Bukietem! Ach...

Nawet gdy wyrosłam nieco z dziewczynkowatości i marzeń o tiulach, koronkach i gipiurach, to dwa razy w życiu najwyraźniej byłam gotowa za mąż wyjść. Dwukrotnie przyjęłam bowiem oświadczyny. Pierwszy raz jako bardzo jeszcze głupiutka dwudziestolatka (uczucie ulgi, że to małżeństwo nie doszło do skutku towarzyszy mi właściwie stale), drugi - przekraczając próg trzydziestki, czyli wiedząc już mniej więcej, czego i kogo chcę od życia. Przynajmniej w teorii.

rys. Magda DanajZawsze jest jakieś wyjście... rys. Magda Danaj

A jednak za mąż nie wyszłam i nie tylko nie jest mi z tego powodu ani trochę przykro - jestem z tego stanu rzeczy szczerze zadowolona. Dlaczego? Przyczyną nie jest mój "wojujący feminizm" (nie posiadam) ani przekonanie, że małżeństwo to opresyjna instytucja - tfu, na pohybel. Daleko mi też do fredrowskiej naiwnej panny i jej deklaratywnej "nienawiści do męskiego rodu". Natomiast nie wydaje mi się, aby bycie z drugim człowiekiem w stałym i poważnym związku jeno "bez papierka" różniło się jakoś zasadniczo od związku zalegalizowanego. To właśnie przyczyna mojego oficjalnego panieństwa - nie wierzę w magię aktu ślubu. Co to znaczy?

Przede wszystkim nie wierzę, że zawarcie małżeństwa w jakiś zasadniczy sposób wpływa na trwałość czy jakość związku. To zależy od zbyt wielu rzeczy: wzajemnego dopasowania partnerów, ich umiejętności komunikowania się między sobą oraz chęci do pracy nad sobą i łączącą ich relacją. Ale też od tzw. darów losu, czyli rzeczy trudnych do przewidzenia czy uniknięcia. Czasem wredne życiowe okoliczności potrafią zniszczyć nawet całkiem dobrze rokujące stadło.

Po drugie nigdy nie miałam poczucia, że małżeństwo jako takie - a nie po prostu szczęśliwy, dobrze funkcjonujący związek - da mi jakiekolwiek spełnienie czy ochronę. To czy jestem "żoną" de iure czy de facto nie ma z mojej perspektywy żadnego znaczenia. To nie XIX wiek, małżeństwo nie zmienia mojego statusu społecznego, nie gwarantuje mi dostępu do niczego, do czego nie mam dojścia, pozostając w związku niesformalizowanym. Tak, oczywiście, słyszałam o parach, które pospiesznie brały ślub, by dostać kredyt. Jednak tak naprawdę nigdy nie był to warunek sine qua non. Zwłaszcza w szalonych czasach wciskania kredytu każdemu, kto zbłądził do banku choć na minutkę.

Fakt, że dzieci są "z nieprawego łoża" też jakoś nie spędzał mi ani przez chwilę snu z powiek. Grunt, że są kochane przez swoich rodziców, wychowywane z zaangażowaniem i staraniem. Reszta nie powinna nikogo obchodzić - i, serio, nikogo nie obchodzi. To, że noszę inne nazwisko niż córki i w dowodzie mam wpisane "panna", nigdy nie stanowiło najmniejszego problemu nigdzie. Bo i jaki miałby to być problem? Wiek XIX naprawdę się skończył.

Po trzecie nie przekonują mnie rzekome "wygody" wynikające z legalizacji związku. Wspólne rozliczanie podatków i takie tam. Za to widzę wyraźnie korzyści wynikające z niebrania ślubu: żadnego wesela, które jawiło mi się zawsze jako zbyt wyczerpujące i kosztowne - zarówno finansowo, organizacyjnie, jak i emocjonalnie - przedsięwzięcie, żadnego zmieniania nazwiska oraz męczących dywagacji na ten temat (zmieniać? nie zmieniać? a może podwójne? a może to on powinien zmienić nazwisko?), żadnego rozwodu. Rozstanie jest czymś bardzo trudnym (choć czasem wskazanym dla dobra wszystkich zaangażowanych), a konieczność przeprowadzenia w tym celu postępowania sądowego naprawdę nie ułatwia sprawy. Miałam okazję do analizy porównawczej - nie zrobiła ze mnie fanki instytucji małżeństwa. Co to, to nie.

Dlaczego więc nie wyszłam za mąż, choć mogłam i całkiem serio taką opcję rozważałam? Ze sceptycyzmu i wygodnictwa. Niewychodzenie za mąż miało, w obliczu powyżej zarysowanych poglądów, zdecydowaną przewagę. Pozwalało zjeść ciastko (dom, związek, dzieci) i mieć ciastko (żadnego pitolenia się z formalną i obyczajową stroną przedsięwzięcia).

Oczywiście, to moja osobista perspektywa, której ani myślę nikomu narzucać. Zwłaszcza że dla wielu osób małżeństwo ma jeszcze kontekst religijny. Dla mnie całkowicie pusty, ale nie zamierzam nikomu deptać jego rabatek. Wiem też, że los bywa przewrotny, a składanie ślubów panieńskich kończy się wiadomo czym. Więc na wszelki wypadek nie składam - po co kusić los?

Więcej o: