Byłam żoną, jestem konkubiną - co lepsze?

25.07.2016 17:37
Byłam mężatką, jestem konkubiną (fot. Pexels.com CC0)

Byłam mężatką, jestem konkubiną (fot. Pexels.com CC0) (Fot. Pexels.com CC0)

Byłam żoną, jestem konkubiną. Będę... a to się jeszcze okaże. Bo nie o status związku tu chodzi, a o człowieka, z którym ten związek się tworzy.

Srebrne gody - 25 lat razem - kto by pomyślał (fot. Unsplash.com CC0)Fot. Unsplash.com CC0

Nigdy nie marzyłam o ślubie. Jako mała dziewczynka wyobrażałam sobie siebie raczej w milicyjnym mundurze (wstyd, wiem) niż w białej sukni, a łapanie przestępców wydawało mi się zajęciem o wiele bardziej fascynującym niż łapanie męża. Ale jak wiadomo los bywa przewrotny. Jak to skomentowała moja przyjaciółka „Jak na osobę, która nie chce ślubu, masz bardzo dobre statystyki”. Istotnie: trzykrotna narzeczona, dwa przygotowania do ślubu, jeden ślub zrealizowany, jeden rozwód również. Obecnie - szczęśliwa konkubina. Mając więc doświadczenie z obu stron barykady, mogę opowiedzieć, jak to z tym małżeństwem i konkubinatem jest.

Małżeństwo

Sam ślub to bardzo fajne wydarzenie, choć potwornie stresujące dla osoby, która nie lubi publicznych wystąpień. Tydzień przed dręczyła mnie wizja, że na bank pomylę się w słowach przysięgi albo potknę i wywalę, łamiąc obie nogi. O wizjach śmierci narzeczonego w tragicznym wypadku tuż przed ślubem już nie wspominając. W obliczu kasandrycznych przewidywań fakt, że mój welon jest lekko podziurawiony w ogóle mnie nie ruszył.

Wesela to całkiem przyjemna impreza, o ile oczywiście robi się w klimacie, jaki się lubi, a nie pod dyktando otoczenia. Wybawiłam się do rana, jedzenie było pyszne, drinki też.

Co się zmieniło po ślubie? Właściwie to niewiele. Założyliśmy sobie wspólne konto, ale przecież i bez ślubu byłoby to możliwe. I tak od kilku miesięcy mieszkaliśmy już razem, więc w tej kwestii różnicy nie było. Pojawiła się wspólność majątkowa, jak to ładnie określają prawnicy. Przy naszych nader skromnych zarobkach nie miało to właściwie żadnego znaczenia, podobnie jak możliwość wspólnego rozliczenia podatku. Mogłam też mówić „mój mąż”, ale i tak w rozmowach ze znajomymi używałam po prostu imienia, bo gadanie o „małżonku” uważałam zawsze za pretensjonalne. Na poczcie nikt mi listów do męża nie wydawał, bo mieliśmy inne adresy zameldowania, a to było wówczas kluczowe.

Minusy? Nasi rodzice zaczęli oczekiwać, że druga strona będzie mówiła „mamo, tato”, co żadnemu z nas nie odpowiadało, bo rodziców przecież już mieliśmy. Kiedy postanowiliśmy się rozstać, trzeba było zabulić 600 zł za pozew rozwodowy i czekać kilka miesięcy na rozprawę, zamiast po prostu pomachać sobie na do widzenia i życzyć szczęścia w dalszym życiu. W dodatku, choć właściwie nie byliśmy już razem, nie mogłam podejmować samodzielnych decyzji finansowych, bo formalnie majątek był wspólny. A więc wizyta u notariusza i podpisanie rozdzielności majątkowej, bo trafiła się dobra okazja i chciałam kupić mieszkanie nie czekając na rozwód. Sama konieczność opowiadania sędzi o swoim życiu prywatnym też nie należała do przyjemności, choć rozstaliśmy się kulturalnie i szybko.

Konkubinat

Obecnie jestem szczęśliwą konkubiną współtworzącą tzw. rodzinę patchworkową. Jak na razie nie zauważam żadnych niedogodności tego stanu.

Finanse. Nie musimy biegać do notariusza, żeby rozdzielać majątek. Nie odpowiadam za zadłużenie konkubenta, a on za moje, wszelkie decyzje finansowe możemy podejmować samodzielnie. On rozlicza PIT wspólnie z dziećmi, co jest znacznie korzystniejsze, niż nasze wspólne rozliczenie. W ramach firmy jesteśmy dwiema obcymi współpracującymi ze sobą osobami, co z perspektywy ZUS jest zupełnie inną (korzystniejszą finansowo) sprawą niż współpracujący małżonkowie. A do tego moje dochody nie wliczają się do 500 plus.

Upoważnienia. Listonosz bez żadnego problemu oddaje mi listy polecone do partnera, partner odbiera listy i paczki do mnie. Na poczcie bez upoważnienia rzeczywiście nie jest to możliwe. Ale gdybyśmy byli małżeństwem to i tak musiałabym chodzić z aktem ślubu, bo przecież pani w okienku nie ma powodu, żeby wierzyć moim zapewnieniom „ależ oczywiście, że jestem żoną”. W sprawach urzędowych posługujemy się upoważnieniem. W banku wspólne konto lub pełnomocnictwo do konta, o ślub nikt nie pytał.

Lekarze. W każdej karcie jest rubryka: osoby upoważnione do otrzymywania informacji - zawsze wpisuję tam partnera, a on mnie. Mało tego - upoważnia mnie do otrzymywania informacji i dokumentacji medycznej dzieci. Bez żadnych problemów odwiedzałam córkę konkubenta w szpitalu. Czasem chadzam też z nią do lekarza - na wszelki wypadek mam zawsze upoważnienie, ale jeszcze nigdy nie zdarzyło się, żeby ktoś o cokolwiek pytał. Zresztą „żona ojca” i „partnerka ojca” to nadal nie są opiekunowie prawni dziecka, więc małżeństwo nic by nie zmieniło.

Więc małżeństwo lepsze, czy konkubinat? Zależy do konkretnej sytuacji, zawiłości rodzinnych i majątkowych. A co z uczuciami? Ano nic. Ani konkubinat ich nie psuje, ani małżeństwo nie tworzy. Zresztą jak z kimś jest dobrze w konkubinacie to i w małżeństwie będzie, a udane małżeństwo pewnie byłoby równie udanym konkubinatem.

Anna Pawłowska

Zobacz także
  • rys. Magda Danaj Dlaczego nigdy nie chciałam wyjść za mąż?
  • Rozmówki damsko-męskie odc. 1253: "Partnerstwo" Związek partnerski - dlaczego jest taki trudny?
  • rys. Magda Danaj Czy coś się zmieniło po ślubie? Odpowiedź zadowalająca wszystkich
Skomentuj:
Byłam żoną, jestem konkubiną - co lepsze?
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Kobieta ekstra: