Proces asymilacji w urzędzie, czyli jak przyrosłam do biurka - korespondencja z Wydziału Odzyskiwania Zdrowego Rozsądku

Kiedy zaczynałam pracę w urzędzie myślałam, że to będzie tylko na chwilę, że to taki przerywnik między kreatywnymi i ambitnymi, jak mi się wydawało, zajęciami. Zakładałam, że popracuję tam najwyżej trzy lata a potem znajdę coś innego w wyuczonym zawodzie, wyjadę do jakiegoś przyjemnego kraju położonego w okolicach zwrotnika koziorożca lub przynajmniej otworzę własną firmę. Po pół roku męki w absurdalnym wydziale udało mi się przenieść do nowo utworzonej komórki, gdzie wreszcie zaczęłam zajmować się naprawdę ciekawymi zagadnieniami, poznałam świetnych pełnych zapału i energii ludzi i wsiąkłam tam na amen.

Na początku przygody w urzędzie przeżyłam szok i niedowierzanie: jak można komplikować sobie życie brakiem racjonalnego podejścia do spraw tak prostych, jak sporządzanie pism? Zastanawiałam się czy przypadkiem biorę udział w jakimś projekcie na miarę Monty Pythona, w którym muszę opiniować procedurę wyjścia do kibla z przebiegiem alternatywnym w postaci braku papieru toaletowego albo przygotowywać pięć różnych papierowych wersji każdego dokumentu, bo może dyrektor o nie kiedyś poprosi - wersje elektroniczne nie wchodziły w grę. Tłumaczenie, że Word ma tryb „rejestruj zmiany”, również nie zdało egzaminu, papier to urzędowe sacrum.

Kiedy było mi naprawdę źle włączałam ten kawałek:

Nie umiem wyjaśnić dlaczego, ale zawsze poprawiał mi nastrój.

Nie rozumiałam, i w dalszym ciągu nie rozumiem, potrzeby siedzenia w biurze do godz. 20.00 tylko po to, żeby na siłę pokazać, że jest się tak bardzo zapracowanym. W rzeczywistości ci „najbardziej zarobieni” do 16. łażą po korytarzach, robią wokół siebie mnóstwo szumu i skutecznie udają ekstremalnie zapracowanych, po czym wysyłają całą masę maili w godzinach wieczornych, żeby uprawdopodobnić swoje zaangażowanie. Niestety niektórzy szefowie łapią się na tą ściemę. Zastanawia mnie czy to bardziej przejaw naiwności, braku kontroli nad podwładnymi czy po prostu olanie sprawy. Permanentnie zostawanie po godzinach świadczy raczej o braku zdolności organizacyjnych lub braku życia prywatnego a nie o pracowitości i poświęceniu.

Pojawia się pytanie co ja tu jeszcze robię? Po co dalej grzać krzesło w tak beznadziejnej instytucji?

Przerażał mnie, i nadal przeraża, brak decyzyjności niektórych osób na stanowiskach kierowniczych. To jest chyba najgorsze: patrzenie na niekompetentnych przełożonych przetrzymujących w nieskończoność pisma, raporty, czy projekty w obawie przed reakcją góry, albo podejmowanie decyzji o wysokim stopniu asekuracyjności, tak aby się nikomu nie narazić, a zwłaszcza krewnym i znajomym królika, zwanego też ministrem.

Mój poziom frustracji jest wprost proporcjonalny do stopnia zaangażowania. Oczywiście w takiej sytuacji od razu pojawia się pytanie co ja tu jeszcze robię? Po co dalej grzać krzesło w tak beznadziejnej instytucji?

Cóż, odpowiedź jest złożona. Po pierwsze, wciąż wierzę w to, że można zmienić system a jeśli nie system, to przynajmniej punkt widzenia niektórych współpracowników, na bardziej ludzki. Poza tym oprócz trzęsących gaciami kierowników, są jeszcze tacy, którzy myślą, mają jaja i odwagę żeby przeciwstawić się z góry ustalonej linii politycznej. Po drugie sama praca jest ciekawa i dająca satysfakcję. Widzę, że projekty, które realizujemy mają sens. No dobra nie wszystkie, ale wiele jest naprawdę skutecznych. Poza tym w końcu trafiłam na kilku świetnych współpracowników i przełożonych, dla których chce mi się pięć razy w tygodniu wstawać o 6.00 rano z łóżka. Wśród powierzchownych egzemplarzy funkcjonujących w oparach hipokryzji i klimatach „co ludzie powiedzą” jednak da się pracować i nadal pozostać sobą.

Mam świadomość, że duża część mojej pracy trafia do kosza, że racjonalne argumenty nie mają szans w konfrontacji z decyzjami czysto politycznymi, ale i tak mi się chce walczyć.

Jest jeszcze jeden powód - przyziemny, ale cholernie dotkliwy - kredyt mieszkaniowy na 30 lat. Po kilku latach bujania się na umowach śmieciowych lub kompletnie na czarno i wyczekiwania miesiącami na zapłatę za wykonaną pracę, świadomość, że co miesiąc mam na koncie pensję zniechęca mnie do ucieczki z urzędu.

Po siedmiu latach pracy i odczuwając pewien syndrom wypalenia zaczęłam sobie zadawać pytanie czy grozi mi choroba zawodowa - urzędnicza znieczulica? Czy skończę jak pani z trwałą, w matowych beżowych rajstopach i niemodnej spódnicy, pijącą pięć kaw dziennie i wzdychająca smętnie do komputera? Czy dotknie mnie chroniczny brak entuzjazmu?

Czasem w sytuacjach krytycznych przyjmuję strategię wyniesioną jeszcze ze studiów „nie dyskutować, uśmiechać się”. Mam świadomość, że duża część mojej pracy trafia do kosza, że racjonalne argumenty nie mają szans w konfrontacji z decyzjami czysto politycznymi, ale i tak mi się chce walczyć. Taką już mam naturę, że jak coś robię to na 100% i nie poddaję się, jedyny wyjątek stanowi parkowanie równoległe, ale to już inna historia.

Więcej o:
Skomentuj:
Proces asymilacji w urzędzie, czyli jak przyrosłam do biurka - korespondencja z Wydziału Odzyskiwania Zdrowego Rozsądku
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX