Moda na szok. Dlaczego każda kampania społeczna musi epatować cierpieniem?

O tym, dlaczego dajemy łapać się we wredną marketingową pułapkę, pisze dla nas dziś Zuzanna. Czy Wy też odbieracie większość kampanii społecznych jako nadmiernie (i niepotrzebnie) szokujące?

Podobno istnieje jakaś etyka marketingowa. Podobno, bo ja nie znając się tym całkowicie wątpię, aby w dzisiejszym świecie były jakieś granice dobrego smaku. I nie chcę tutaj pisać o tym, czy ogólnie reklamy są dobre i dlaczego często są takie stereotypowe. Chcę spróbować zrozumieć, dlaczego kampanie organizacji non-profit, emanują bez opamiętania ludzkim cierpieniem? Czemu „reklamując” pomoc, niektórzy pozwalają sobie na sterowanie naszymi wyrzutami sumienia?

kampania społeczna - hospicjum

Są takie okresy w ciągu roku, że jeśli należymy do osób dbających o zdrowie psychiczne, to powinniśmy zrezygnować z korzystania z mediów. Bo marketing wtedy pracuje na rzecz społecznej pomocy i pokazuje nam coraz to nowsze kampanie namawiające do pomocy tym słabszym. Co najlepiej pokazać, aby trafić do odbiorcy? Odpowiedź już znamy. Cierpienie, smutek, chorobę, a nawet płacz i bezsilność. Najlepiej, żeby wszystko było tak dobijające, że po 30 sekundach reklamy płaczemy, robiąc przelew czy wysyłając sms. A po kolejnej minucie zapominamy o całej sprawie.

Tak, oglądam czasem tę okrutną i smutną sprzedawaną rzeczywistość. Z każdą minutą robi mi się gorzej. Nie od tych smutnych twarzy, tylko od tego, jak jesteśmy w stanie cynicznie handlować ludzkim cierpieniem. Im bardziej rzewna historia, tym lepsza będzie oglądalność.

Idę na oddział szpitalny dla małych dzieci. I wiecie co? Nie widzę tych smutnych twarzy i nie wiem gdzie są te wszystkie dzieci, które mówią o śmierci. Chociaż mają do tego pełne prawo, bo walczą w tym momencie o swoje życie. A one chcą się bawić, malować rysować, marzyć, śmiać się. Oczywiście są dni, w których każde z nich czuje się gorzej i nie opuszcza łóżka. Czasem tęsknią za domem, bo ile można „mieszkać” w szpitalu. Ale na co dzień same dostosowują się do tych warunków jakie są i radzą sobie lepiej od dorosłych. Więc nie wiem czemu musimy handlować biednym lub schorowanym dzieckiem, żeby wywołać jakieś emocje? Dlaczego tak łatwo przychodzi niektórym zrobienie kampanii z łysym dzieckiem, mówiącym o umieraniu? Czy naprawdę radość chorego dziecka, nie może nas wzruszyć bardziej?

Inną sprawą jest zakłamanie tych reklam. Patrzę na podawane w reklamach liczby, mówiące o tym, ile dzieci choruje na jakiś rodzaj choroby nowotworowej. I łapię się za głowę myśląc, jaką wyobraźnię miał tej reklamy twórca. Liczba jest dziesięć razy większa od prawdziwej, a taką może w internecie znaleźć każdy. Ale nikt nie szuka. Bo łatwiej dać się zahipnotyzować i uwierzyć. I kółko głupoty się zamyka. Karuzela się rozkręca, bo skoro już skłamali tu, to czemu dalej nie kłamać. Nikt tego nie sprawdza, a oni przecież pomagają. I to czy pomagają setce czy tysiącowi dzieci to naprawdę nieistotne. Naprawdę? Przecież nie ufacie tak bardzo małej organizacji z niewielkiego miasteczka, działającej na rzecz lokalnej społeczności, jak tej znanej, która Was okłamuje w kwestii swojego obszaru działań.

Drodzy Odbiorcy, myślcie i sprawdzajcie. Określmy jakieś granice dobrego smaku. Czemu pokazanie chorego, małego i bezbronnego człowieka, zaczyna być tak popularne? Czemu godzimy się na to, aby ktoś wciskał nam totalne kłamstwa? Czemu pozwalamy się oszukać marketingowi w tak prosty sposób? Słuchajmy, ale sprawdzajmy. I to tylko po to, aby nasze pomaganie miało zawsze sens.

Więcej o: