Dzieci jak rekwizyty - oglądane przez miliony ludzi, niewidziane przez nikogo

Specjalnie dla Focha pisze dziś Anna Golus - znana autorka tekstów o przemocy wobec dzieci, a także inicjatorka słynnej akcji "Kocham. Nie daję klapsów". To od jej artykułu rozpoczęła się afera związana z Dorotą Zawadzką i programem Superniania. Sprawdźcie, co ma do powiedzenia w sprawie awantury o okładkę Wprost i o programach telewizyjnych z udziałem dzieci.

Kasia Nowakowska pisała już na łamach serwisu Foch.pl o zapoczątkowanej przez mój artykuł „Intymność na sprzedaż” (Tygodnik Powszechny 2013, nr 25) aferze wokół Doroty Zawadzkiej, koncentrując się na okładce tygodnika Wprost, w którym opublikowano wywiad z prowadzącą program Superniania. Cała afera dotyczy zresztą głównie tej okładki. Owszem, ohydnej, paskudnej, podłej, a zarazem - o czym wspomniała Kasia - typowej dla dzisiejszej prasy. Typowej dla Wprost.

Superniania

Dorota Zawadzka ma wieloletnie doświadczenie w mediach. Wszystkich mediach. Występowała w telewizji i radio, pisała felietony i książki, prowadzi blogi, jest redaktorką naczelną serwisu internetowego. Jak sama pisze na swojej facebookowej stronie, jest również „współautorką projektu „Bezpieczne media”, który zaowocował w 2001 między innymi wprowadzeniem do TVP i innych stacji oznaczeń dotyczących ograniczeń wiekowych dla widzów programów telewizyjnych”. Doskonale zna media. Czy to możliwe, by psycholog o tak wielkim doświadczeniu medialnym nie przewidziała skutków wywiadu, jakiego udzieliła Magdalenie Rigamonti dla tygodnika Wprost (znanego z „takich” okładek i przez wiele osób uważanego za tabloid)?

„Dobra, mądra i szlachetna”

Nie wiem. Wiem jednak, że nie powinno się oceniać książki (ani wywiadu) po okładce, nawet paskudnej, i otwieram Wprost. Czytam autoryzowany wywiad z Zawadzką:

„Uważam, że kierowanie uwagi na sekundowy fragment z 43-minutowego programu jest działaniem na szkodę dziecka. Chyba nie obejrzała pani tego odcinka. Dokładnie pamiętam, jak to było. [ ] to trwa ułamek sekundy. Ale dziecko jest w wodzie. Tak naprawdę nic nie widać. [...]

Zgodzi się pani z tym, że [nagie dziecko - AG] nie powinno się pojawić w programie.

Nagość nie powinna się pojawić i bardzo tego pilnowaliśmy. Wszystkie miejsca intymne powinny być na montażu zamazane. Ale to nie jest moja odpowiedzialność.

A czyja?

Montażysty, producenta. Kiedy zobaczyłam ten odcinek, mówiłam, że tam jest błąd i trzeba pilnować, by to się nie zdarzyło. Obiecano mi, że oczywiście poprawią. Nie poprawili.

Zaraz, przecież pani mówiła, że odcinków zmontowanych nie oglądała.

Nie oglądałam w całości, fragment tego odcinka był wykorzystany w programie „I ty możesz mieć superdziecko”, stąd wiedziałam, że jest błąd. Ja nie mogłam kolaudować, bo takie były zasady. Producent kolaudował.”

Co prawda akurat w tym odcinku, o którym mowa, miejsca intymne dziecka są zamazane (w innych - nie zawsze), scena w wannie trwa ok. cztery minuty, a dziewczynka najpierw siedzi, a następnie stoi w pustej wannie, błagając matkę, Zawadzką i wszystkie osoby obserwujące jej upokorzenie, o dolanie wody i krzycząc głównie „Zimno mi!”, ale bardziej niż słowa Zawadzkiej na ten temat dziwi mnie jej brak poczucia odpowiedzialności czy choćby współodpowiedzialności. Jeśli psycholog obecna w łazience, w której sprowokowano do „niegrzecznego” zachowania (nie dolewając od razu wody do wanny, co niewątpliwie zapobiegłoby atakowi „klasycznej histerii”) prawie sześcioletnie dziecko, nie jest odpowiedzialna za jego uprzedmiotowienie i rozpowszechnienie upokarzającego wizerunku, to kto ponosi winę? Któraś z dorosłych osób obecnych wówczas w tym mieszkaniu? A może montażysta, który później zamazywał miejsca intymne dziewczynki? Producent? Właściciel stacji telewizyjnej? Wydawca DVD? Widzowie?

Rzecznik Praw Dziecka określił Dorotę Zawadzką mianem osoby „dobrej, mądrej i szlachetnej”, a zachowanie osób krytykujących ją - „podłością”, więc może rzeczywiście nie jest ona nawet współwinna. A zatem kto ponosi odpowiedzialność?

Oglądane, ale niewidziane

Amélie Nothomb, autorka powieści Kwas siarkowy, napisanej w proteście przeciw sukcesywnemu przesuwaniu granic intymności i przyzwoitości w reality show, uważa, że winni są telewidzowie, a w usta głównej bohaterki wkłada słowa: „Widzowie, wyłącznie telewizory! To wy jesteście głównymi winowajcami! Gdybyście tak masowo nie oglądali tego potwornego programu, już dawno by go nie było!?”. Temu rozpaczliwemu apelowi odpowiadają niektóre zachowania dzieci w polskich programach tego rodzaju.

Czym innym bowiem, jeśli nie takim właśnie bezsłownym sprzeciwem, jest obserwowana w jednym z odcinków Superniani scena, w której mała dziewczynka ze złością pluje na kamerę, albo inna - w której chłopiec niszczy lampę przyniesioną do jego domu przez ekipę telewizyjną? Starsze dzieci mogą powiedzieć wprost, jak jeden z uczestników tego programu: „gdyby nie ta debilna telewizja, to byłoby normalnie”. Młodsze mogą tylko pluć, niszczyć, krzyczeć, płakać i buntować się po swojemu. Pytać bez słów „jakim prawem do mojego domu, który powinien być azylem bezpieczeństwa, wtargnęli obcy ludzie, by nagrywać mnie w najtrudniejszych, najbardziej intymnych momentach, a później pokazywać mnie całemu światu?!” i wysyłać niesłyszane przez nikogo komunikaty z apelem o pomoc.

„Minimum jedno dziecko”

Dzieci w reality show... jedyne osoby, na których autentyzm, szczerość i naturalność producenci i widzowie zawsze mogą liczyć. Jedyne osoby, których nie trzeba wynagradzać, bo wystarczy obiecać ich rodzicom pomoc i/lub honorarium, na jakie nie zgodziłby się żaden zawodowy aktor. Jedyne osoby, do nagrywania których nie potrzeba nawet planu zdjęciowego ani żadnych rekwizytów, bo można je filmować w ich własnych dziecięcych pokojach, w łazienkach, toaletach i innych miejscach, które z założenia stanowią przestrzeń prywatną. Jedyne osoby, o których człowieczeństwie zapominają nawet obrońcy praw dzieci.

„Min. 1 dziecko w wieku od kilku miesięcy do kilku lat, miejsce zamieszkania dom lub szeregowiec, Warszawa i okolice” - to wymagania, jakie muszą spełniać kandydaci na uczestników programu Idealna niania. Choć program jest w całości reżyserowany, a rodziny odgrywają scenki zgodnie ze scenariuszem, osoby pragnące wziąć w tym udział nie muszą mieć nawet zdolności aktorskich. Wystarczy mieć dom w Warszawie (by producent nie musiał tracić zbyt wiele czasu i pieniędzy na dojazd w miejsce kręcenia odcinka) i dziecko. Dziecko, które - według rzecznika TVN i nadzorującej program psycholog - jest poinformowane o tym, że to tylko gra, zabawa na niby, jak przedszkolne przedstawienie. Co prawda podczas występów w przedszkolu nikt nie krzyczy na maluchy, nie wdychają one dymu papierosowego ani nie płaczą prawdziwymi łzami, ale kto by się przejmował szczegółami? Kto by się przejmował „jednym dzieckiem w wieku od kilku miesięcy do kilku lat”? Albo kilkudziesięcioma dziećmi w tym wieku? „Udział w programie będzie honorowany?” - i to się liczy.

„Nie ma dzieci, są ludzie”. Albo rekwizyty

Pannonique, główna bohaterka Kwasu siarkowego wyjaśnia, dlaczego odpowiedzialnością za cierpienie jej i innych uczestników programu, w którym biorą oni udział wbrew swojej woli, obarcza właśnie widzów: „Ich [polityków - AG] draństwo jest prawnie dopuszczalne, a to znaczy, że stoją za nim widzowie [...]. Jaka publiczność, tacy politycy. Z kolei organizatorzy to rekiny, które tylko wślizgują się, gdzie jest jakaś szczelina, czyli wszędzie tam, gdzie istnieje rynek przynoszący im zyski. Stworzenia rynku przynoszącego im zyski winni są widzowie”.

Kto jest winien: niedoskonałe polskie prawo, które w żaden sposób nie chroni prywatności i godności dzieci, rodzice, którzy zgłaszają swoje dzieci do takich programów, producenci, którzy na nich zarabiają, dostarczający zyski reklamodawcy czy oglądający to widzowie? Według mnie nie ma większego znaczenia, kto ponosi odpowiedzialność lub dzieli współodpowiedzialność, bo najważniejsze jest to „jedno dziecko” - oglądane przez miliony ludzi, a niewidziane przez nikogo.

Po raz kolejny apeluję do Rzecznika Praw Dziecka i innych osób, którym nie jest obojętny los najmłodszych, o ujrzenie w tym „jednym dziecku w wieku od kilku miesięcy do kilku lat” człowieka. Uprzedmiotowionego, potraktowanego jak rekwizyt, niejednokrotnie upokorzonego i ewidentnie skrzywdzonego CZŁOWIEKA. Proszę o postawienie się na miejscu tych dzieci i ujrzenie w nich ludzi, którzy - w odróżnieniu od Zawadzkiej - nie mogą pozwać nikogo za naruszenie ich dóbr osobistych ani w żaden inny sposób dochodzić swoich praw, brutalnie zdeptanych przez dorosłych

Więcej o: