"Bo ty powinnaś..." - jak nie zwariować, gdy inni wszystko wiedzą lepiej

Do szewskiej pasji doprowadza nas, gdy ludzie - niekoniecznie najbliżsi - mówią nam, co powinniśmy zrobić ze swoim życiem. Agata pisała już o zaglądaniu innym do portfela, a dziś swoim problemem dzieli się z Wami nasza Czytelniczka Marta. Jak reagować na takie wyskoki rodziny i znajomych?

Jestem w Warszawie, jak się wydaje, w totalnej mniejszości. Owszem, pracuję w korpo, i to na Manhattanie (czyli Służewcu), mam kredyt hipoteczny i męża, z którym go dzielę, ale tak się składa, że nie mam paru innych obligatoryjnych elementów wyposażenia. Nie mam dzieci - bo nie chciałam nigdy i nie chcę, podobnie jak mąż. Nie mam też kotka ani pieska - bo uważam, że zwierzę, które mnie ogląda parę godzin dziennie, nie byłoby fajne dla mnie ani ja dla niego - poza tym, mam taką alergię, że chyba musiałabym tego łysego kota, a on mi się STRASZNIE nie podoba. Ale też nie mieszkamy z mężem w kawalerce - przeciwnie, mamy dom. Z ogrodem. I białym płotkiem. I zrozumienie takiego a nie innego doboru przestrzeni życiowej przekracza możliwości wielu znajomych.

Wszyscy mają już takie śliczne dzieciaczki...

Para pierwsza, dzieciata - dwójka już jest, trzecie w drodze. W zasadzie to on jest naszym znajomym skądś tam, ona to jego żona. Wypycha swojego męża na taras, ode mnie domaga się oprowadzenia po domu. Idziemy, pokazuję. Na widok gabinetu i pokoju gościnnego rzuca „Ooooch, dwa pokoje, dla dzieciaczków w sam raz, to kiedy wy, hm, hm?” i patrzy się wymownie. Zasadniczo widzimy się drugi raz, a ja jakoś nie miałam ochoty pytać jej, czy zakłada drużynę siatkarską, czy piłkarską, ale co robić, wyjaśniam, że te pokoje mają swoje funkcje, a my nie planujemy dzieci. Zostaję uczęstowana uroczym „hihihihi, chyba że wpadniecie, my też żeśmy Adalbercika nie planowali, ani Brajanka, ale takie kochaśne są! No to teraz liczymy na niunię! A Ty co byś wolała?” Mamroczę coś pod nosem i mówię, że skoczę może do kuchni przygotować coś do zjedzenia. Inkubator biegnie za mną, tokując o radości posiadania potomstwa i o tym, że mój mąż na pewno chciałby synka, bo co to za facet, co nie ma syna. Gotowanie zaczynam od sporego kieliszka chardonnay. Wieczór kończy się na szczęście szybko, bo muszą jeszcze odebrać dzieci podrzucone jakiejś babci.

Para druga, przygodnie poznana na wakacjach. Siedzimy w kurorcie, rozmawiamy, temat schodzi na zwierzęta domowe. Opowiadam o wszystkich rybkach i kotkach, jakie miałam w dzieciństwie, tudzież o hodowli kaczek babci, żeby jakoś brać udział w dyskusji. Mąż opowiada anegdotę o żółwiach, które miał. Jest zabawnie. „No dobrze, a teraz co macie?” Mówimy, że nic, bo alergia, bo brak czasu. „W domu z ogrodem? Powinniście mieć psa. I kota. Daj spokój z alergią, na to są lekarstwa, jak można być samolubem, hahaha.” Zaczynam się zastanawiać, jak można być bucem, ale jakoś nie dzielę się tymi wątpliwościami.

A może jednak kotecka?A może jednak kotecka?

Ciotka stara jak węgiel, podczas kurtuazyjnej wizyty. Robi przemarsz po domu - sama, bez pytań o to, gdzie co jest, z grymasem przeciąga palcem po kantach blatu, myszkuje po szafkach, ostentacyjnie udaje, że ma kłopoty z rozpoznaniem, co podaliśmy do jedzenia. Po tygodniu przesyła paczkę - niemnący, plamoodporny obrus w kolorze zgniłej zieleni w szlaczek, poduszki na stołki barowe stojące w kuchni, dla odmiany w różową krateczkę, firankę do zawieszenia w oknie oraz książkę kucharską z pozaznaczanymi przepisami. W książce znajduję liścik, z którego wynika, że dom wygląda jak barak, więc ciocia przesyła coś, żeby go upiększyć, a w książce zaznaczyła, co gotować, żeby mąż lepiej wyglądał, bo tego co na stole to widać, że nie chciał.

To tylko kilka przykładów. Zaczynam się zastanawiać, czy tylko ja tak kompletnie nie trafiam z wyborami życiowymi w gust reszty ludzkości, czy każdy ma takich znajomych i takie osoby w rodzinie? Porada o nieprzejmowaniu się jest jak zwykle świetna, ale mało skuteczna, bo na końcu wychodzi na to, że każdy wie lepiej ode mnie, jak urządzić moje życie. Nie jestem święta i czasem mam różne spostrzeżenia odnośnie życia moich znajomych (tkwienie w związku z burakiem pastewnym, źle odnoszącym się do żony i wyśmiewającym ją przy znajomych zawsze wydawało mi się zarezerwowane dla telenowel, a tu proszę, trzy takie pary w towarzystwie!), ale zwykle ich nie wyrażam, jeśli nie odnoszę wrażenia, że druga strona oczekuje oceny. Jasne, mam też znajomych, z którymi chętniej spędzam czas, ba! Stare ciotki też mam fajniejsze - bardzo lubię, kiedy wpadają, bo zwykle dowiaduję się ciekawych rzeczy o rodzinie, mojej albo męża, a ciotki uwielbiają domowe konfitury, które smażę seryjnie. Ale raz na jakiś czas mój piękny jak z obrazka świat obsrywają takie brzęczymuchy, jak opisane wyżej. Cały czas nie wymyśliłam, jaka jest grzeczna metoda reagowania na uwagi o tym, co powinnam.

Więcej o: