Chyba już wolę być singielką - pięć moich najgorszych randek

Nasza Czytelniczka Martyna postanowiła dziś udowodnić, że czasem lepiej siedzieć w domu z pluszowym misiem, niż umawiać się na przypadkowe randki. Galeria osobowości jak z dziwnych komedii. Albo i dramatów. Jaka była Wasza najgorsza randka?

Zaletą bycia singielką jest to, że mogę robić co chcę, kiedy chcę. Wadą - to, że czasem chciałabym robić to z kimś innym. Poza tym, akurat przepchanie odpływu na szybko wolałabym móc skreślić z listy moich zajęć, ale znajomy hydraulik jest ode mnie 20 lat starszy, żonaty i nie ma zęba na przedzie. W tej sytuacji zdałam się na znajomych znajomych oraz na internet. Randek było więcej niż pięć, ale opisuję pięć najgorszych ku przestrodze - dla dziewczyn, żeby na widok pierwszych symptomów dopijały kawę i wychodziły, a facetów - żeby wyciągnęli wnioski.

Pan nr 1 - Jan Niemowa (coś jak Raj z Teorii Wielkiego Podrywu)

Znajomość z sieci, z któregoś serwisu randkowego. Przenosimy dyskusję na maile, a potem na komunikator. Pan jest dowcipny, ale nie obleśnie dowcipny. Elokwentny - akurat na tyle, żeby przyjemnie się czytało, co tam pisze, ale żeby nie wyglądało to jak wyimki z Wikipedii. OK, kawa za dwa dni. Przychodzę chwilę wcześniej, zamawiam sobie tę kawę. Po jakimś kwadransie przybywa on. Wita się ze mną jakoś półgębkiem, bardziej machając ręką niż coś mówiąc. Co prawda pora nie jest jakoś bardzo wczesna, ale diabli, może nie wypił jeszcze żadnej kawy i jest totalnie nie-do-życia? Pan udaje się po napoje, po chwili przychodzi z jakąś przedziwną oranżadą. Widząc mój zdumiony wzrok, uprzejmie wyjaśnia, że kawa śmierdzi. I to jest jedno z dwóch zdań, które wypowiada podczas randki - bo drugie jest o tym, że telefon mu się psuje i że jak to tak, czemu życie jest takie. Przez resztę czasu pije swoją oranżadę, usiłuje coś zrobić z telefonem, także przy pomocy śrubokrętu, a kiedy mówię, że muszę lecieć i wychodzę, nawet nie podnosi głowy. Ciągu dalszego nie ma, bo przez kilka kolejnych tygodni nie odzywa się do mnie, więc zapominam o nim, a kiedy wreszcie się odzywa, mówię mu, że właśnie wyjeżdżam do Indii na rok.

Pan nr 2 - Tęskniący Za Żoną

Znajomy znajomego, poznany u niego na grillu, dzwoni i zaprasza mnie na kawę. OK, świetnie. Umawiamy się w miłym miejscu, spotykamy jeszcze przed wejściem. Wspólnie wybieramy stolik i wszystko zapowiada się naprawdę OK. Omawiamy nasze zainteresowania. Dochodzimy do zainteresowań pana. On prezentuje dumnie kolejne zdjęcia w komórce - na wszystkich z żoną (już byłą, jak się dowiaduję). Po chwili rozmowa schodzi na żonę i na to, jaka była cudowna, dbająca, mądra... Siedzę jak wmurowana przez parę minut, a potem zaczynam rozklejającego się jegomościa pocieszać. Jakoś to będzie, mówię. Zamawiam sobie kieliszek wina, na co pan mówi, że żona nie piła, bo to kobiecie nie przystoi. Grzecznie odpowiadam, że ja na szczęście mam dyspensę od biskupa, dopijam wino i wychodzę. Kolega nie dopytuje, jak poszła randka, widać już się dowiedział, co ze mnie za ziółko.

Pan nr 3 - Piotruś Pan

Kolejny znajomy znajomej, i tu już się upewniam, czy nie miał żony i czy jego poglądy są nieco bardziej współczesne. Tak, świetny chłopak, spodobacie się sobie, on lubi nowoczesne kobiety - odrzeka koleżanka. Dzień później jegomość dzwoni i proponuje wyjście do kina i na kolację. OK, świetnie, myślę sobie. Wybiera film wspólnie ze mną, więc już w ogóle mi się podoba (obejrzę każdą szmirę, ale nie chce mi się oglądać tej samej szmiry dwa razy, a większość premier staram się oglądać). Przyjeżdża po mnie minivanem. Z fotelikiem z tyłu. Robię jakąś ogólną uwagę, na co dowiaduję się, że to samochód jego mamy, a fotelik jest na siostrzeńca, którego mama często odbiera z przedszkola. A wziął go, bo on swój samochód sprzedał z uwagi na chęć kupienia innego. Potem okazuje się, że dobiegający trzydziestki jegomość nadal mieszka z rzeczoną mamą, a także z tatą, babcią i dwiema młodszymi siostrami. Starsza, ta od dzieciaka, już się wyprowadziła z ich M3. Rozmowa schodzi na pracę - chłopak lubi samochody, więc ma plan, żeby zatrudnić się jako sprzedawca w jednym z salonów. Obecnie razem z kolegą rozkręca biznes. Na razie niewiele rozkręcił, więc nie opowie, co to. Bardzo dopytuje się za to, gdzie mam mieszkanie i jaki dostęp do internetu, bo u jego mamy jest szybkie łącze, żeby mu się dobrze ściągało filmy. Ten, na który idziemy, też już widział, fajna jest taka scena, kiedy... I tu wymiękam. Mówię mu, że bardzo go przepraszam, ale zapomniałam moich leków z domu, a bez nich dostanę zaraz ataku, macham na pierwszą taksówkę i odjeżdżam najszybciej, jak się da.

Pan nr 4 - Zmienny

Randka z internetu. Pan szybko pyta, czy mam ochotę się spotkać, bo co tak klepać w tę klawiaturę. Spotykamy się i wszystko pasuje - gust, poczucie humoru, wzrost. Kolejne spotkania i dalej jest świetnie. Może nie zaczynam jeszcze latać po salonach ślubnych i nie ustalam, kogo zaprosimy na wesele, ale generalnie jest mi dobrze i jestem szczęśliwa. Aż tu nagle któregoś wieczora wychodzimy sobie z teatru i słyszę „muszę Ci coś powiedzieć”. Po czym dowiaduję się, że pan próbował, tak bardzo próbował, ale nie da rady. Że jednak nie. I nie wiem, czy to on, czy to ja, czy spotkał kogoś, czy nie może o kimś zapomnieć, bo pan z wesołka zmienia się w posępny posąg i nie mówi już nic. Jadę sama do domu, robię sobie porządnego drinka i zaczynam rozważać. Po paru godzinach dochodzę do wniosku, że to jednak nie ja, to on.

Pan nr 5 - Światowiec

Kolejne podejście do randek z internetu. Pan proponuje miłe popołudnie w stolicy. Zjawiam się na miejscu, porzuciwszy samochód. Pan wręcza mi bukiet kwiatów i prowadzi do pobliskiego muzeum sztuki współczesnej, gdzie oglądamy bardzo dziwną instalację multimedialną. Następnie pyta, czy mam ochotę na kino, bo tu zaraz obok grają klasyczny film sprzed lat. Zgadzam się. „Tu zaraz” okazuje się być dobre 7 km w linii prostej, które pokonujemy na piechotę. Zaczynam sugerować jakiś przystanek na wodę, sok, kawę, cokolwiek, ale pan pogania mnie zamiast tego, bo nie zdążymy na seans. Wchodzimy do kina, pan wielkodusznie płaci za mój bilet, siadamy. Podczas seansu zaczynam odczuwać nieprzyjemny zapach - coś jakby kocie siuśki. Rozglądam się dyskretnie; rzeczywiście, kino (studyjne) wygląda nieco nieświeżo, ale że aż tak? Dociera jednak do mnie, że właśnie mija czwarta godzina tego maratonu kulturalno-oświatowego, ja jestem głodna i boli mnie głowa, także od tokowania mojego towarzysza, który podczas spaceru rzucił chyba połową nazwisk z bieżącej sceny politycznej, implikując, że to jego bliscy przyjaciele. Mogli mu pożyczyć limuzynę do tras po mieście, bo moje sandałki nie były obliczone na pielgrzymkę. Po wyjściu z kina mówię, że bardzo przepraszam, ale mam jutro spotkanie w sprawie wyjazdu do Afryki i muszę lecieć. Kolega pojmuje aluzję i życzy udanego wyjazdu. W domu okazuje się, że kocim sikiem cuchnęły kwiaty.

[OD REDAKCJI: Macie podobne historie? Gorsze? Z happy endem? Piszcie do nas, bo czujemy że to kopalnia opowieści: foch@agora.pl]

Więcej o: