Wdowieństwo to nie trąd - traktujcie mnie jak każdą inną kobietę...

Dostajemy wiele listów od Czytelniczek. Jednak są takie, przy których zatrzymujemy się na dłużej, bo targa nami wiele emocji. Tak było i tym razem, gdy znalazłyśmy w skrzynce mailowej ten list...

Trzy lata temu zostałam wdową. Miałam 29 lat. Mąż zginął w wypadku samochodowym. Moje dzieci miały wtedy 1,5 i 4 lata. Nigdy nie myślałam, że mogę się po prostu położyć i nie wstać zostawiając dzieci same. Tak właśnie się stało. Gdyby nie moi kochani rodzice nie wiem co by z nami było. Przez wiele dni zajmowali się dziećmi i mną. A ja nawet już nie biorąc leków uspakajających nie miałam siły wypić szklanki wody. Aż pewnego dnia okazało się, że nie mamy za co żyć.

Moje marzenie to utrzymać, wychować i wprowadzić w dorosłość dzieci, innych planów nie mam.

Niedługo przed śmiercią mąż założył małą firmę reklamową, a ja nie pracowałam bo siedziałam z młodszym synem. Na szczęście wiedziałam wszystko o zleceniach, które realizował, bo mu pomagałam. Z wielkim trudem ale podniosłam się z łóżka i wyprostowałam sytuację. Poddałabym się, ale przecież dzieci straciły tatę i nie mogły też stracić mamy, a ja musiałam nas sama utrzymać.

I tak dzień po dniu, noc po nocy, nie myśląc o tym co będzie dalej pracowałam i wdrażałam się w firmę, która teraz całkiem nieźle funkcjonuje. Dzieci dobrze sobie radzą, rodzice nadal mi pomagają, ale nigdy finansowo. Ja radzę sobie tak, że nie myślę o przyszłości, ani o przeszłości, tylko o następnym dniu, najwyżej tygodniu. Moje marzenie to utrzymać, wychować i wprowadzić w dorosłość dzieci, innych planów nie mam.

W ciągu dnia funkcjonuję dobrze, za to w nocy często budzę się o drugiej, trzeciej i strasznie się boję. Co będzie jak nie dam rady, co jak mi się coś stanie? Kto zajmie się moimi dziećmi, moi rodzice to niestety starsi ludzie. A jak zachoruję, skąd będę miała pieniądze na życie? Jak uchronię dzieci przed niebezpieczeństwami? Czy w ogóle uda mi się je dobrze wychować? Wtedy też zawsze myślę, że wolałabym być rozwódką, bo nawet rozwódka nie jest tak samotną matką jak wdowa. Nigdy wtedy nie płaczę, ale bardzo się boję. Kiedy zacznę już o tym myśleć, to strach tak rośnie, że czasem muszę zwymiotować.

Jako wdowa jestem całkowicie wykluczona z życia. Na początku myślałam, że coś się stało z moją głową, albo że to moja wina.

Rozpisałam się może za bardzo, ale chciałam pokazać swoją sytuację „od środka”, żebyście mnie zrozumiały. Wiem, że wiele osób ma podobne dramaty i nie chodzi mi o wywołanie litości, tylko zwrócenie uwagi na inną sprawę. A dokładnie problem traktowania młodych wdów jak osób trędowatych.

Jako wdowa jestem całkowicie wykluczona z życia. Na początku myślałam, że mi się wydaje, że coś się stało z moją głową, albo że to moja wina. Po zalewie telefonów, wiadomości i kondolencji, po pogrzebie męża na którym było tyle osób, że nie zmieściły się w kościele (mieszkam w małym mieście) zostałam całkowicie sama. Najpierw nie zauważyłam tego, że nikt nie dzwoni, nie pisze nie przychodzi. Potem tłumaczyłam sobie, że szanują mój ból i nie chcą przeszkadzać. Regularnie kontaktowała się ze mną jedynie przyjaciółka, która niestety od niedawna mieszka 300 kilometrów dalej. Tłumaczyłam to nową sytuacją i tym, że ludzie nie wiedzą jak ze mną rozmawiać.

Po pół roku zaczęłam już regularnie pracować, dużo wychodziłam z domu, wszystko załatwiałam sama, zaczęłam się czuć bardzo samotna, bo oprócz dzieci i rodziców, nie miałam się do kogo odezwać. To też mi ciągle przypominało o śmierci męża, bo wcześniej często odwiedzali nas znajomi - mamy mały domek z ogródkiem. Jeśli chodzi o mnie, to mogłam żyć w takiej izolacji dalej, ale szkoda mi było dzieci. Gdzieś po roku, może trochę dłużej postanowiłam, że czas na zmiany -zaczęłam dzwonić do przyjaciół, zapraszać. Nikt nie miał czasu. Kiedy sama wpadałam do kogoś wracając z pracy, czułam się jak niechciany gość. Też starałam się to zrozumieć - może znajomi nie chcą mnie urazić, może muszą zobaczyć, że sobie radzę z dramatem i nie będę im się wypłakiwać.

Zamiast cieszyć się, że na nikim nie wiszę, nie płaczę, nie pożyczam pieniędzy, to dowiaduję się, że jestem złą kobietą.

Dlatego starałam się rozmawiać normalnie, być twardą, uśmiechać się. Opowiadałam o pracy, o tym,że mój psycholog jest zadowolony z moich postępów. Nie chciałam nikogo obciążać moimi smutkami i lękami. Chciałam, żeby czuli się przy mnie zwyczajnie. Jednak unikali mnie dalej, jakbym roznosiła jakąś chorobę. W dodatku dotarły do mnie głosy, że za wcześnie zdjęłam żałobę. Rzeczywiście zdjęłam czerń po dziesięciu miesiącach, ale to dlatego, że schudłam 17 kg i wyglądałam jak śmiertelnie chora, musiałam przecież spotykać się z klientami i pozyskiwać nowych, żeby utrzymać rodzinę!

Kolejnym zarzutem jest to, że sobie dobrze radzę. Dobrze sobie radzę, nie leżę w depresji, to znaczy według ludzi, że nie kochałam mocno męża! Że mi „szybko przeszło”! Jak można być tak okrutnym?! Czy nie wystarczająco skrzywdził mnie los? Mam wrażenie, że żyję w starożytności i ludzie byliby zadowoleni zakopując mnie z mężem! Zamiast cieszyć się, że wyszłam na prostą, że zajmuję się dziećmi i łatam naszą rodzinkę, że na nikim nie wiszę, nie płaczę, nie pożyczam pieniędzy, to dowiaduję się, że jestem złą kobietą.

Przez pewien czas udzielałam się na forum gdzie wdowy dzielą się doświadczeniami i wspierają i na szczęście okazało się, ze wykluczenie społeczne, którego doświadczam, jest dość powszechne wśród młodych kobiet tracących partnerów, zwłaszcza w małych miastach.

Jak spotkacie w swoim życiu młodą wdowę, to proszę, traktujcie ją jak każdą inną kobietę.

Jednak już nie piszę na tym forum. Nie chcę ciągle rozdrapywać rany, która właściwie prawie się nie zarasta. Znalazłam Focha i czytam z przyjemnością, bo odrywa mnie od mojej samotnej codzienności. Zawsze czytam komentarze, bo to trochę jak rozmowa z koleżankami. To, że nie mam czasu na malowanie paznokci, czy pieniędzy na ekstra podróże, nie znaczy, że nie mam ochoty o tym pogadać. To, że nie mam i nie planuję faceta, nie znaczy, że nie pamiętam jak to było i nie chcę czasem się trochę pośmiać z tematów związków. To, że miłość mojego życia umarła i tak wcześnie mnie zostawiła, nie znaczy, że ja też umarłam.

Wiem, że temat młodych wdów nie pojawi się na Fochu i chyba nigdzie indziej też, bo jest nas dość mało, dlatego sama napisałam ten przydługi list. Dzięki za Focha dziewczyny, również te czytające i komentujące, i jak spotkacie w swoim życiu młodą wdowę, to proszę, traktujcie ją jak każdą inną kobietę.

Pozdrawiam.

Więcej o: