Szukasz pracy w korporacji? Przemyśl to dokładnie, a potem dobrze się przygotuj

Jeden z naszych stałych Czytelników i komentatorów Nikodem_73 postanowił podzielić się swoim doświadczeniem z pracy w korporacji. W poniższym tekście przekazuje kilka dobrych rad dla tych, które marzą o wejściu w bezlitosne trybiki korpo. Będzie bezlitośnie, szczerze i... w punkt!

Praca dla korporacji budzi ambiwalentne uczucia - z jednej strony jest pożądana, z drugiej głośno wyrażana jest pogarda dla korpo-szczurów.

Sam jestem korpo-szczurem od paru ładnych lat. W procesie rekrutacji uczestniczę niekiedy jako "niestety niezbędna wkładka merytoryczna". Mam ocenić, czy kandydat dysponuje substancją szarą, czy wyłącznie rozbudowanym dystansownikiem międzyusznym. Z racji złotego (czyli dość ciężkiego) charakteru jestem raczej mało popularny w kręgach gdzie preferowane są "miękkie umiejętności". Zapewne dlatego, że nie kryję zbyt dokładnie swej pełnej pogardy dla tych wszystkich wytapetowanych p...ań, które sądzą, że "psychologia jest za trudna dla inżyniera".

Nie ma co owijać w bawełnę - praca dla korporacji to często udręka. Tyle tylko, że udręka zwykle dobrze (a niekiedy i bardzo dobrze) opłacana. To rodzaj czegoś pośredniego pomiędzy BDSM a niewolnictwem, z tą jednak różnicą, że w czasie gdy pracujesz dla firmy jesteś "częścią wielkiej rodziny" (czy jakkolwiek to wymyślą "specjalysty od HR") - innymi słowy - pełna perwersja.

Podejmij mądrą decyzję

Tyle tylko, że to wszystko ma i plusy. I to potężne. Wystarczy wspomnieć, że stając się trybikiem w machinie możesz liczyć na:

- stałą, nie najgorszą i regularnie wypłacaną pensję.

- względne przestrzeganie kodeksu pracy - och, praca po 12/16h to nic nadzwyczajnego, w korporacji TEŻ. Natomiast działają plany urlopowe, czy odbieranie wolnych dni za przepracowane weekendy (bierz wszystko na piśmie!).

- permanentną socjalizację... No niektórzy lubią takie "a teraz idziemy do kuchni zjeść tort z okazji sześćsetnego zadowolonego klienta Tomka - BRAWA". Co prawda najczęściej Tomek ma minę jakby naprawdę obsłużył sześciuset klientów i to właśnie tego dnia, ale tort jest tort, nie? A czasem się trafi szampanskoje i kawior. Ma to podobno coś wspólnego z rozmiarami owych klientów.

- możliwość pozwiedzania świata za pieniądze klientów (no nie od razu i nie każdy, ale...)

- pomoc prawną w wypadku jakichś problemów. Serio-serio. Pewnie - jeżeli jesteś drugim pomocnikiem trzeciego asystenta młodszego konsultanta i wpadłaś na kradzieży batonika w Biedronce... Hm... Na firmę bym nie liczył. Jeżeli jednak sprawa W JAKIKOLWIEK sposób może dotknąć firmy, lub choćby tylko jej wizerunku, to możesz liczyć, że w 15 minut do drzwi zadzwoni Mr Wolf i spyta się czy masz jakieś ciemne kapy.

- "darmówę" - "darmówa" zależy od wielu czynników, od stażu w korpo, przydatności, ilości przynoszonej kasy. "Darmówa" to np. służbowy samochód (w opcji z paliwem), laptop, czy służbofon.

- wywczasy bezrodzinne. Wiele korporacji organizuje corocznie jakieś fajne wyjazdy integracyjne, gdzie zabieranie rodziny NIE jest mile widziane. Wyjazd trwa z reguły około tygodnia, w jakimś fajnym hotelu, w fajnym i ciepłym (ale nie ZBYT ciepłym) miejscu i we wszystkich papierach figuruje jako "szkolenie". I pewnie nawet można by to uznać za szkolenie gdyby ktokolwiek sprawdzał listę obecności... Jeżeli jesteś singlem i lubisz przygodny seks - spodoba Ci się. W innym wypadku, zaraz po przyjeździe, wyrwij najbliższemu sprzątaczowi mopa i kręcąc dzikie młynki zabarykaduj się w pokoju.

Załóżmy zatem, że podjęłaś (albowiem tekst jest przeznaczony dla żeńskiej części populacji tego globu) jedynie słuszną decyzję o sprzedaniu się w niewolę na lat X... Znalazłaś oto ogłoszenie CorpoNation Ltd. S.A. Gmbh. HGW. Gdzie szukają osoby na stanowisko "PRACA TWOICH MARZEŃ".

Zdecydowana? Wyślij CV!

Zanim jednak dotrzesz do swego Pierwszego Korpobiurka musisz przejść przez kilka etapów rekrutacji. Pierwszym z nich jest "konkurs piękności CV" organizowany przez Hieny Rekrutacyjne. Zatem...

Po pierwsze - zapoznaj się dokładnie z możliwie dużą ilością poradników na temat pisania CV. Są one pisane przez ludzi z HR dla ludzi z HR. To wyłącznie dzięki nim ludzie z HR wiedzą jak wygląda "dobre CV". Nie spełnisz kryteriów? Nawet nie będziemy mieli szansy się spotkać na późniejszym etapie.

Po drugie - dowiedz się na jakie w zasadzie stanowisko aplikujesz i DOPASUJ SWOJE CV. Codziennie tony papieru ląduje w niszczarkach, bo ludzie seryjnie lecą swoimi CV WSZĘDZIE. A naprawdę nikogo nie zainteresuje, że jesteś certyfikowaną instruktorką tańca mongolskiego.

Po trzecie - KŁAM. Kłam ile wlezie. Naginaj fakty, interpretuj rzeczywistość i przeinaczaj rozumienia słów. Albo inaczej - nie kłam - SUGERUJ. Przykładowo - firma wymaga wyższego wykształcenia, a Ty takowego nie posiadasz - z dowolnej przyczyny. Nie wpisuj w CV, że masz magistra. To się wyda, a uchodzi na sucho tylko byłym prezydentom. Byłaś prezydentem? Nie? No to napisz prawdę - "Studia na Uniwersytecie Jagiellońskim 1995-2000". No to, że doszłaś raptem do trzeciego roku? No przecież nie skłamałaś. Czy to naprawdę istotne, że w 2000 wykreślili Cię z listy studentów?

Inna rzecz - "wymagane 6000 lat doświadczenia na podobnym stanowisku". To się wstawia co by dyplomowane głąby po Wyższej Szkole Gotowania Na Gazie Ziemnym dały nam spokój. Zobaczą taki tekst i stwierdzą "No to nie dla mnie". I O TO CHODZI!

Rozumiem, że dzierżąc dyplom ukończenia szkoł... wróć! Po studiach na uniwersytecie masz wrażenie jako byś tego Boga za pięty chwyciła. Świat stoi przed Tobą otworem! Po prostu jeszcze nie wiesz, w czym jest ów otwór. Lecz uwierz mi - szybko się dowiesz, bo się tam znajdziesz.

Ale co zrobić z owym doświadczeniem godnym JHWH? No cóż... Naginaj fakty. W Polsce system rekomendacji (jeszcze?) się nie przyjął. Większość informacji zawartych w CV jest NIEWERYFIKOWALNA. I to na mocy prawa (ochrona danych osobowych). Masz świadectwa pracy na około 6000 lat, na których to świadectwach nie ma wpisanego (chyba - bo na moich nie ma) zakresu obowiązków? Nooo... To w sumie... prawie jakby pasowało...

Po czwarte - nawet nie wysyłaj CV jeżeli gdzieś w wymaganiach jest napisane "wymagany biegły pasztuński" czy coś równie "głupiego". To prawo w Polsce mamy głupie, więc korpo dopasowują się poziomem. Jeżeli widzisz taki zapis, to znaczy to tylko tyle, że MY JUŻ MAMY tak naprawdę pracownika na to miejsce. No jakiś Afgańczyk zgodził się robić za miskę prosa dziennie i dostęp do bieżącej wody (a złośliwi dodają "i kozy"). Jednakże polskie prawo WYMAGA abyśmy UDOWODNILI, że nie ma szans aby zatrudnić na tym stanowisku Polaka. Zatem jeżeli nie przebijesz płacowo Afgańczyka (pół miski prosa, woda we własnym zakresie i chomik?) to daruj sobie - i sobie i nam zaoszczędzisz kłopotu.

Po piąte - zdjęcie. W Polsce nie wolno wymagać zdjęcia do CV/LM. Jeżeli któraś z firm tego wymaga, to łamie prawo. Moja rada brzmi - załączaj je nawet jeżeli nie jest ono wymagane. I to załączaj możliwie MAŁO atrakcyjne. Naturalnie żadne z tych, które mogłabyś pokazać na Facebooku. Jak do legitymacji szkolnej. I powtarzam - MAŁO atrakcyjne. Masz na nim wyglądać jakbyś właśnie została wyleczona z zaawansowanego stadium trądu, miała zgryz królika Bugsa, zeza i odstające uszy. Chodzi o to, że wśród Hien Rechoczących większość stanowią KOBIETY. Przynajmniej część z nich jest względnie młoda i "samotna z wyboru (innych ludzi, którzy stwierdzili, że z taką zołzą nie da się wytrzymać)". Jeżeli jesteś zatem sympatyczną i atrakcyjną blondynką z biustem DD, a do tego załączyłaś fotkę topless, to Twoje CV wyląduje przypadkowo w niszczarce. Zapewniam.

A po co to wszystko robić? To elementarne, mój drogi Watsonie - aby wyprowadzić w pole gangrenę i raka współczesnych korporacji - kadry. Wróć! Nie kadry! Jakie kadry? "Działy zarządzania zasobami ludzkimi".

W tym momencie czuję oddech pań z HR na karku... Sorry - face the facts - działy HR nie dokonują selekcji - odrzucają jedynie niekwestionowanych idiotów, a później zdają się na własną intuicję. Podręczniki HR powinny być na indeksie (może być i kościelny), a zadawanie pytań w nich zawartych jako PRZYKŁADOWE powinno być karane batożeniem w miejscu publicznym.

Załóżmy jednak optymistycznie, żeś, Droga Czytelniczko, przedarła się przez pierwsze zasieki i ochronę cerberów i zostajesz zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną...

[OD REDAKCJI: Hahahaha. I tu sadystycznie przerwiemy ten tekst, ale nie martwcie się. O przygotowaniu się do rozmowy kwalifikacyjnej dowiecie się już wkrótce.]

Więcej o: