Strach przed trzydziestką - czy tylko ja świruję przekraczając tę granicę?

Lola boi się, że gdy skończy 30 lat jej życie zmieni się na gorsze: ciało straci na atrakcyjności, metabolizm zwolni, a codzienność będzie mniej zwariowana niż w "latach dwudziestych". Słuszne te obawy, czy wydumane? Czy tak strasznie być "kobietą po trzydziestce"?

Był taki motyw w serialu "Przyjaciele", że Joey miał "umowę", że nigdy nie przekroczy 30-tki. Każdy z Przyjaciół przeżywał lekki dramat w tym szczególnie smutnym dniu...

Ja może takiej umowy nie miałam, ale jakoś nigdy nie wyobrażałam sobie tego, że znajdę się w przedziale wiekowym 30-35 lub gorzej 30-40. Co w tym fajnego?

Racjonalnie wiem, że nic, kompletnie nic się nie zmieni, poza cyferką z przodu. Ale mimo wszystko mi to przeszkadza. Myślę o tym i chciałabym wiedzieć czy tylko ja tak świruję przy przekroczeniu tego magicznego wieku.

Znam masę osób po 30tce, którzy powinni mnie wyleczyć z tych lęków, bo są tak samo zwariowani i rock'n'rollowi jak byli, poza tym wszyscy mówią, że po 30tce im lepiej.

A co jeżeli kłamią?

Mam wrażenie, że dużą część czasu w okresie 20-30 poświęciłam na pracę, naukę i ogólne ogarnięcie, że nie zdążyłam się jeszcze wyszaleć i zrobić tych wszystkich rzeczy, które myślałam, że zdążę. Nie mam na myśli nic w stylu ślub, dzieci itd. Chodzi mi o zwiedzanie świata, na które albo nie miałam czasu bo praca, albo nie miałam kasy bo brak pracy. Od 2-3 lat zaczęło mi się lepiej układać i bardziej mi się ustabilizowało (no wreszcie). Wiem wiem, że nie byłabym teraz w tym miejscu gdyby nie to co wcześniej, ale jednocześnie tyle jeszcze chcę zrobić a skoro nie udało mi się przez "młodość" to trochę mam wrażenie, że kończy mi się czas, rozumiecie? Może nie jakoś dramatycznie, ale nie mogę się tego pozbyć, czy jestem specjalistką od robienia sobie ciśnień?

Poza tym boję, się zaszufladkowania jako kobieta po 30-tce.

Boję się utraty atrakcyjności, boję się, że moje ciało się zmieni, że już nie będę mogła obżerać się i bezkarnie nic nie robić bez obaw, że utyję. Prawie dosłownie czuję jak to mija, jak metabolizm zwalnia. Boje się tego, że już nikt nie będzie na mnie zwracał uwagi. Jestem w związku, bardzo mi w nim dobrze, mam mężczyznę który mówi mi rano, że super wyglądam. W zasadzie nie powinnam mieć potrzeby aby potwierdzać swoją atrakcyjność dodatkowo a mam czasem ochotę poczuć na sobie spojrzenie innego samca, być poderwana już zupełnie nie, tylko poczuć, że wciąż to mam. Próżność? Syndrom wiecznego niezadowolenia?

Jest szansa, że osoby, które mi mówią, ze po 30-tce jest lepiej, mają rację. Na razie podchodzę do tego sceptycznie, ale liczę po cichu na to, że nie będzie tak źle. W zasadzie nawet ja się już trochę z tą myślą oswoiłam, znam masę osób po tej magicznej dacie, którzy są przykładem, że można robić 1000 razy fajniejsze rzeczy bo np. masz więcej kasy (przynajmniej tak powinno być) i stać Cię na realizowanie marzeń.

Na szczęście mam jeszcze chwilę na to, żeby to oswoić i nie przepłakać tego dnia, bo jednak jeżeli mam już mieć te trzydzieści lat to zrobię mega imprezę. I chciałabym do tego czasu ogarnąć moje emocje z tym związane. Do listopada jeszcze chwila, mogę się rozkoszować tym, że mam 29 lat i dobrze mi z tym.

Więcej o: