Utarło się, że to wielkie zło. Ale czy trzeba bać się rozwodów?

Na pewno macie swój pogląd na kwestię rozwodów. Ratować związek za wszelką cenę, czy nie męczyć siebie i innych? Nasza Czytelniczka szczerze pisze nam o swojej rodzinie.

Moi rodzice rozwiedli się, kiedy byłam mała. Sama byłam w pewnym momencie mojego małżeństwa bliska podjęcia decyzji o rozwodzie. Teraz na życiowym zakręcie jest moja siostra. I wiem, że się boi.

Moja mama, mimo że rozwódka - łeb by mi urwała, gdyby wiedziała, co do was piszę. Ksiądz z kościoła, do którego moja siostra lata co tydzień, jak kot z pęcherzem - chyba by mnie wyklął. Ale myślę dokładnie tak, jak napisałam.

Jakoś się u nas utarło, że rozwód to wielkie zło, większość ludzi, których znam na samo hasło dostaje piany na pysku i już nie słuchając dalej krzyczy: NIE WOLNO! RODZINA! MAŁŻEŃSTWO! DZIECI! ZOBOWIĄZANIA!

Rozwieść to się można, jak on bije, ona pije, albo się oboje jawnie puszczają.

Kiedy moi rodzice się rozwodzili - to nie było na porządku dziennym. O takich ludziach się plotkowało latami, no ogólnie - zgorszenie i trochę skandal. Teraz rozwodów jest pełno, ale mam wrażenie, że nadal uznaje się to za ZŁO i że gdzieś w ludziach pokutuje myślenie - trzeba ratować związek i w imię wyższych racji ciągnąć ten pług, nie szkodzi, że wszyscy się męczą.

Rozwieść to się można, jak on bije, ona pije, albo się oboje jawnie puszczają. Ooo, wtedy tak, wtedy jest powód, jasne, że wszyscy i tak obrobią ci tyłek (przynajmniej u nas, w małym miasteczku tak będzie), ale jest pretekst i alibi, jest co powiedzieć jednej i drugiej cioci, o księdzu nie wspominając.

A jak nikt nie pije, nie bije i nie zdradza? Jak przynosi kasę do domu i chodzicie razem na zakupy, a mimo to już nic was nie łączy, tylko wzajemne pretensje? Jeżeli jest tak, jak u mojej siostry - że się pobierają młodo i tylko z powodu dziecka, bo wpadli, a tak naprawdę są już sobie obcy kompletnie? Nie mają o czym gadać, nie mają wspólnych zainteresowań, nawet się nie lubią, o miłości czy seksie to nawet nie ma co wspominać - nawet, jeżeli kiedyś to między nimi było, to dawno się skończyło.

I teraz kłócą się jak psy, ząb za ząb, tam praktycznie co wieczór jest awantura, o wszystko. O śmieci, zmywanie, kasę, film, skarpety, zmienianie pościeli, powieszenie marynarki, centralnie o wszystko. Kiedyś przynajmniej nie kłócili się przy dziecku, ale teraz już się nie hamują. W rezultacie mój siostrzeniec płacze po nocach i sika w łóżko, co mu się nie zdarzyło od dwóch lat. A ja nie jestem ślepa i widzę, że on się aż cały trzęsie, jak tylko ktoś przy nim podniesie głos. Tak to wygląda. I czy to ma sens? Oni oboje go kochają, moja posrana siostra i mój porąbany szwagier, tego akurat jestem pewna, że by za niego życie oddali. A robią dzieciakowi piekło w odcinkach.

Kiedyś przynajmniej nie kłócili się przy dziecku, ale teraz już się nie hamują. W rezultacie mój siostrzeniec płacze po nocach i sika w łóżko, co mu się nie zdarzyło od dwóch lat.

Mnie jest łatwo mówić, bo to nie moje małżeństwo się sypie. Ale, jak napisałam, sypało się. Było naprawdę słabo i podobnie jak u nich - też się żarliśmy, nie było czułości, nie było seksu, nie było żadnej bliskości. I też po roku takiego życia zaczęłam myśleć o rozwodzie, a mam dwie córeczki i też zobowiązania. Ale jakoś to przerobiliśmy, przepracowaliśmy i teraz jest tak, jakbyśmy się znowu zakochali. Bardzo bym życzyła tego mojej siostrze, ale u nich trwa to już cztery lata, odkąd urodził się mały i widzę, że nic z tym nie robią. I wiem jedno - gdyby u mnie tak było - już dawno bym była singielką, taka prawda.

Nie myślcie sobie, że jestem taka mądra, że wyciągam wnioski z kapelusza i sobie dopowiadam. Każde z nich mówi mi po cichu to samo: "Aśka, ja bym się rozwiódł jutro, już nic z tego nie będzie, ale co, zostawię ją samą? No i dziecko jest.", a ona: "Asia, ale co ja mogę, mam się rozwieść? Ja bym chciała, patrzeć na niego nie mogę, ale kto mnie zechce potem? No i dziecko jest." A jak pytam: "Kochasz go jeszcze, kochasz ją?" to tylko cisza i latanie oczami po ścianach. Co ja mam im powiedzieć, jak mnie setny raz proszą o radę, bo jestem starsza i zawsze im doradzałam? Ja jestem pewna, że byliby szczęśliwsi bez siebie. Ale czy mam im to prawo mówić? Może powinnam czekać dwadzieścia lat, aż sami do tego dojdą i się obudzą ze zmarnowanym życiem i połamanym psychicznie synem?

Dlaczego ludzie to sobie robią? I to wtedy, kiedy są jeszcze młodzi, kiedy mogą sobie powiedzieć: "Dobra, popełniłem błąd, ale nie mam 80 lat, mogę zacząć wszystko od nowa."? Ja tego nie ogarniam, po co trwać w takim marazmie i bezsensie? Że niby dla dobra dziecka, tak? Tego dziecka, co się trzęsie jak galaretka, jak tatuś z mamusią zaczynają sobie jechać po bandzie, a w nocy sika w łóżko?

Jeżeli ludzie nie potrafią się ładnie rozstać - mimo, że oboje chcą tego rozstania - to jak mogą ze sobą normalnie żyć? I czy takie życie ma sens?

Powiem tyle, miałam pięć lat, jak się moi rodzice rozwiedli. Wiem, bo mi opowiadali, że przedtem były kłótnie, awantury, wyprowadzki, wszystko kulturalnie, bo państwo doktorostwo to nie żadne menele, ale faktem jest, że się żarli ze sobą bardzo. Ale ja tego nie pamiętam. Pamiętam, że od zawsze mieszkałyśmy tylko z mamą, ale ojciec nas często zabierał, nie tylko w weekendy, wychodziłyśmy z nim w tygodniu, wyjeżdżałyśmy na wakacje, zostawałyśmy. I tak, jak znam awantury z opowieści - tak z obserwacji znam wzajemny szacunek, współpracę, nawet przyjaźń moich rozwiedzionych rodziców. Ojca, który bez gadania i szczodrą ręką dokładał się do naszego utrzymania. Matki, która nigdy nie robiła problemów z naszych kontaktów, nawet, jak tatuś miał kolejną żonę, a potem następną (cóż, tatuś tak ma).

Wiem, że nie wszędzie tak będzie i że to może trochę wyjątkowa sytuacja. Ale jeżeli ludzie nie potrafią się ładnie rozstać - mimo, że oboje chcą tego rozstania - to jak mogą ze sobą normalnie żyć? I czy takie życie ma sens? I co będzie z tym dzieckiem, które jako wzorzec wyniesie z domu obraz awantur i niechęci? Zaryczaną, nieszczęśliwą matkę, wściekłego, sfrustrowanego ojca? Ludzi, którzy się ani nie lubią, ani nie szanują, ani nie cenią? Są ze sobą na siłę? To ma być dobro dziecka? To może od razu przyznajmy, że chodzi nam o to, co ludzie powiedzą.

Kocham moją siostrę i siostrzeńca, bardzo lubię szwagra. Oni wszyscy są świetnymi ludźmi. Ale chyba nie razem. I to jest cholernie smutne.

Więcej o: