Jeśli cofać się w czasie, to tylko za karę. Nie istnieją "najlepsze lata życia"

Napisałyśmy już kilka tekstów o najfajniejszych okresach naszego życia. Czy jednak przypadkiem nie idealizujemy naszej przeszłości, jednocześnie patrząc z obawą i pesymizmem w naszą przyszłość? Tak twierdzi nasza Czytelniczka. Nam co prawda wydaje się, że pokazywałyśmy, jak cieszymy się chwilą, no ale...

Tekst Miss Olgu „Trzydzieści to nowe dwadzieścia” przypomniał mi, jak nie tylko demonizujemy naszą przyszłość, ale również idealizujemy przeszłość. Niby proste stwierdzenie, słyszy się od czasu do czasu o upiększającej mocy nostalgii, a jednak nie tak łatwo czasem samej sobie rozwiać tą iluzję, głównie dlatego, że pamięć lubi płatać nam figle. „Nie pamięta wół, jak cielęciem był” - ano faktycznie nie pamięta. Lub raczej jego wołowa mentalność nie jest w stanie przestawić się na cielęcy sposób myślenia i postrzegania świata. Czasem wspomnienia pomagają nam zweryfikować rozmowy z przyjaciółmi, innym razem pozostają już tylko pamiętniki/zapiski/dzienniki/archiwum na komunikatorach, co kto lubi, w skrócie wierne zapisy naszych rozmów i myśli z tamtych lat.

Mniej niż samo idealizowanie i selektywne wspominanie zainteresowało mnie ostatnio zestawienie dawnych oczekiwań z nowymi. A dokładnie - kiedy już i jak często słyszeliśmy, że taki a taki wiek lub etap to najlepsze lata naszego życia? Cieszcie się, mówili nauczyciele w szkole, bo później już nie będziecie mogli. Potem będzie tylko gorzej. Nie cieszycie się, bo hormony was przygnębiają? Wasza strata.

Jeśli cofać się w czasie, to tylko za karę.

Po paru latach od wtedy myślę sobie, kurczę, faktycznie. Jak miło było mieć tyle wyobraźni w dzieciństwie. I determinację, by pisać opowiadania i rysować komiksy w nastoletniości - na pewno były lepsze, niż teraz (nie były). Wszystko było jakieś intensywniejsze, tyle emocji, i takie silne więzi z przyjaciółmi. Nic, tylko usiąść i tęsknić a jeszcze później zabieram się za porządniejszą (wspartą wyżej wspomnianymi rozmowami i pamiętnikami) analizę, i dochodzę do wniosku, że jeśli cofać się w czasie, to tylko za karę. Twórczość dziecięca i nastoletnia owszem, płodna, ale nie tak wcale dobra, i na dodatek kompletnie niespójna. Dawni przyjaciele i miłostki, jak się okazuje, jednak zasłużyli na to, by pójść w zapomnienie, a wieloletnie silne relacje tak naprawdę były niewieloma spotkaniami na przestrzeni ledwie kilku lat. To nie znaczy, że nie były ważne. Po prostu to, co zdawało się wielką zdradą niemalże odwiecznej przyjaźni, było czasem tylko konsekwencją dokładniejszego poznania się, dorastania, i pójścia każda w swoją stronę.

O jakich to latach mówiono, że to najlepsze lata naszego życia, i co w nich było idealizowane, a co zgrzyta?

DZIECIŃSTWO

Powiedzmy, że do okresu dojrzewania. Piękne, bez zmartwień (chyba, że ktoś miał je faktycznie zepsute, wtedy nie sądzę, by ta osoba miała takie złudzenia, chociaż pamięć naprawdę potrafi z nas żartować). Bez odpowiedzialności i wielu oczekiwań. Sielanka!

A jednak dzieciństwo to też miejsce pełne strachu i, przede wszystkim, ogromnego niezrozumienia. Pewnych uczuć i myśli, które już wtedy się posiadało, a nie umiało się ich wyrazić. Bycia obwinianym za smutek lub nerwowość (płaczesz, bo jesteś niegrzeczna). A płakałam cały czas - dziś myślę, że była to po prostu reakcja na stresujące sytuacje. A nauczyciele oczekiwali konkretnych wyjaśnień, czemu czujesz się tak i tak, a jeśli nie umiałam ich podać - słyszałam, że płaczę, bo jestem nienormalna. Nawet, jeśli udało się jakoś podłapać coś ponad wiek - na przykład rozpoznawanie i używanie ironii - to było to uznawane za tak niedziecięce, że na pewno dziwne i zasługujące tylko na zignorowanie.

Dobrze, że dziś już nie muszę wchodzić na trzepak, by udowadniać swoją wartość.

Pamiętam, że jako dziecko i nastolatka byłam bardzo wyczulona na hipokryzję, a jednocześnie nie posiadałam na tyle empatii, by czasem zrozumieć, że niektóre pozornie dwulicowe zachowania są po prostu rodzicom potrzebne albo w wychowaniu mnie, albo w poradzeniu sobie ze światem dookoła. Dlatego tak raziło uzasadnianie czegoś „bo tak”.

A strach? Strach w zwykłych, codziennych sytuacjach. Nie byłam odważnym dzieckiem, bałam się wchodzić wysoko albo wykonywać wiele ćwiczeń na w-fie. A wśród dzieci było to hańbą, swoistym wyznacznikiem pozycji w grupie. Nikt nie doceni, że się starałaś, mięczak jesteś, i tyle. Dobrze, że dziś już nie muszę wchodzić na trzepak, by udowadniać swoją wartość.

NASTOLETNIOŚĆ

W fikcji mamy często do czynienia z idealnymi nastolatkami. To tacy mali dorośli, tylko fajniejsi - ładniejsi, ciekawsi, pełni spontaniczności i pasji.

Tymczasem w życiu jest to zwykle Czas Wielkiego Wpienienia i konsternacji. Dostajemy też po głowie oczekiwaniami rówieśników, których oni sami często nie spełniali, ale upewniali się, że my też nie: chodzenie z dziewczyną lub chłopakiem, stała i wierna grupa przyjaciół, interesująca i już bardzo skonkretyzowana osobowość i zainteresowania. Zwłaszcza to chodzenie, kiedy każdemu się wydawało, że wszyscy już, tylko on lub ona nie. A tymczasem to „już” u innych to np. dwa tygodnie chodzenia (dosłownie) dookoła osiedla, i to tak w niepewności, związek czy nie związek. A przyjaciele? Wspominam o nich, bo od małego byłam przekonana, że muszę już od dzieciństwa mieć przyjaciółkę na całe życie, najpóźniej może od wczesnej nastoletniości, bo potem to już na pewno nikogo takiego nie spotkam. Było to wywołane pewnie trochę brakiem rodzeństwa, trochę tym, co pokazują media (główny bohater ma jednego najwierniejszego przyjaciela z lat dziecięcych i tylko on jest wart zaufania), a trochę tym, że nie byłam nigdy bardzo zgrana ze grupą w żadnej szkole ani na studiach, raczej miałam znajomych poza nimi. Jako że lata Czas Wielkiego Wpienienia to również czas rozpaczy i paranoi, za co winić należy między innymi naturalnie wpieniające wówczas zmiany hormonalne, jedną z moich głównych rozpaczo-paranoi było właśnie to, że nie mam i nigdy nie będę mieć przyjaciół i zgniję sobie sama w jakimś kącie. Na przekór temu, sporą część tych najwierniejszych poznałam (albo, jeśli znałam wcześniej, doceniłam) w ostatnich klasach liceum i w wieku dwudziestu kilku lat.

Mówmy ludziom to, co pomoże im spoglądać w szerszej perspektywie, a nie to, co w danej chwili chcą usłyszeć.

Nastoletniość to ogólnie bardzo niezręczny czas. Dużo osób, które znam, wyładniała i polubiła siebie raczej już w dorosłym życiu, a nie była specjalnie piękna w tym niby magicznym i idealnym nastoletnim czasie. Dopiero niedawno też uświadomiłam sobie, jak subtelnie działa presja grupy i moda. Niedawno wyśmiałam sugestię koleżanki, że ktoś może się ciąć (co sama w Czasie Wielkiego Wpienienia robiłam), bo to modne, ale potem się zastanowiłam to raczej nie jest tak, że ktoś świadomie sobie mówi „wszyscy to robią, to ja też to zrobię!”. W końcu każdy buduje wtedy swój obraz własnej indywidualności. A jednak jeśli coś nas otacza i informacje o tym są ogólnie dostępne, to jakoś wkrada się to do naszego życia, i, jeśli trafia do naszych rówieśników, których problemy są podobne, to często przemawia i nas.

Jeszcze jedna pretensja do mediów - wiem, że np. filmy skierowane do nastolatków chcą im się przypodobać, dlatego też często to nastoletni bohaterowie, działający bez pomyślunku, okazują się mieć rację, bo podpowiada im to serce, bla bla bla. Ale pokazywanie rodziców i innych dorosłych jako tych złych, zwapniałych i nierozumiejących jest pustym potakiwaniem wkurzonemu nastolatkowi. A znacznie lepiej byłoby poruszyć w nich empatię, którą mają, tylko którą należy pobudzać. I przypominać w lubianych przez nich książkach, filmach, grach, że rodzice mają swój punkt widzenia, swoje zmartwienia, a odpowiedzialność za dzieci potrafi być dla nich niesamowicie przytłaczająca. Mówmy ludziom to, co pomoże im spoglądać w szerszej perspektywie, a nie to, co w danej chwili chcą usłyszeć. Dorośli nie tylko są dla nastolatków ważni, są też tym, kim oni sami kiedyś będą. Niech więc automatycznie nie nastawiają się, że z wiekiem wyjałowieją.

STUDIA

W moim przypadku, przyznaję, bardzo fajny czas na dalszych latach. Ale o matko, nie początek! Nastawienie dookoła - imprezujemy, poznajemy mnóstwo ludzi! A ja zdychałam ze stresu, bo sama w nowym mieście, kierunek bardziej wymagający niż by się wydawało, bo próbowałam zdefiniować siebie po nastoletniości.

Co do ogólnej fajności studiów potem, znów jest na odwrót, niż mówili w szkole. „Cieszcie się podstawówką/gimnazjum/liceum, w kolejnej szkole/na studiach już nie będzie tak łatwo! Będziecie musieli samodzielnie myśleć!” Właśnie to samodzielne myślenie, coraz większe im dalej w edukacji, i traktowanie ucznia i studenta coraz bardziej jak człowieka, było wielką zaletą. Niestety, podawanie materiału jako teoretycznie prostszego w młodszych klasach równa się zwykle okrojeniu go tak, że wydaje się być bez sensu, i dopiero dalej w edukacji zaczyna się pokazywać logiczne powiązania między dawniej suchymi faktami. Takie były moje uczucia np. co do lekcji historii: najpierw kazano wkuwać suche daty, a dopiero później je tłumaczono.

Najbardziej lubię siebie i swoje życie teraz i nie chciałabym do niczego wracać.

Podsumowując, uważam, że nie ma czegoś takiego, jak „najlepsze lata naszego życia”. Minione lata bywały lepsze i gorsze. Owszem, pewne rzeczy można przegapić, jeśli nie weźmie się za nie odpowiednio wcześnie Ale nie jest tak, że najpierw czekamy sobie niecierpliwie do kilku świetnych lat, potem desperacko się nimi nacieszYmy, a następnie już tylko więdniemy w oczekiwaniu na koniec naszych dni. Sama najbardziej lubię siebie i swoje życie teraz i nie chciałabym do niczego wracać, może poza pojedynczymi przypadkami by odpyskować komuś, komu nie odpyskowałam ;). Podobne opinie widziałam i u Was, i u moich przyjaciół, coś więc chyba w tym jest. Może jesteśmy teraz trochę mniej „w budowie” niż w poprzednich latach?

Zastanawia mnie tylko, co skłania do rzucania hasłem o „najlepszych latach”. Zgorzknienie tego, kto to mówi? Jakieś niezadowolenie z własnego życia?

Smosiek

Więcej o: