Czy kobiety potrafią rozmawiać o seksie?

Jak wiadomo - mężczyźni nie czytają w myślach. Bardzo nam z tego powodu przykro, ale staramy się o tym pamiętać. Dlaczego zatem większość kobiet nadal liczy na telepatię i przedkłada ten pomysł nad zwyczajną rozmowę?

Kilka dni temu zupełnie przypadkowo wdałam się w interesującą dyskusję z moim znajomym na temat seksu. Zaczęło się od tego, że ów kolega stwierdził, iż wszystkie problemy w relacjach męsko-damskich biorą się z tego, że kobiety nie lubią seksu. Byłam tak zaskoczona tym co powiedział, że w pierwszej kolejności oberwało mu się za to, że ukazuje kobietę jako jedyną stronę konfliktu, winną całemu nieszczęściu. Dalsza rozmowa była walką na argumenty, gdzie od początku było wiadomo, że nikt nie wygra i nikt nie zdoła przekonać drugiej strony.

Czy potrafimy szczerze rozmawiać o naszych seksualnych potrzebach z partnerem, czy tylko z przyjaciółką?

Późnym wieczorem tego dnia zaczęłam się nad tym (problemem) zastanawiać. Dlaczego mężczyźni tak nas odbierają? Czy faktycznie nie lubimy seksu? Czy to, że nie myślimy o seksie tak często jak mężczyźni znaczy, że mniej go potrzebujemy, (słabiej) doceniamy? A może myślimy o nim jednakowo często, tylko nie potrafimy o tym mówić? No właśnie, czy kobiety potrafią rozmawiać o seksie? Czy potrafimy szczerze rozmawiać o naszych seksualnych potrzebach z partnerem, czy tylko z przyjaciółką po kilku likierkach (zwłaszcza )? I przede wszystkim, czy o seksie w ogóle powinno się rozmawiać? Czy nie jest (przypadkiem) tak, że jeśli między dwojgiem ludzi iskrzy, to powinno się to dziać naturalnie, intuicyjnie?

Zrobiłam wywiad wśród znajomych kobiet i prawie każda odpowiedziała identycznie. Kobiety lubią seks. Ba, kobiety uwielbiają seks! Ale niestety, większość mężczyzn nie ma zielonego pojęcia, czego pragną kobiety. Czyli jak zwykle wszystko sprowadza się do tego, że kobiety i mężczyźni są po prostu z dwóch innych planet. Ale kto w tej sytuacji jest winny?

Czy zamiast narzekać, nie lepiej jest po prostu powiedzieć?

Zacznijmy może od tego, że kiedyś kobietom nie wypadało nawet myśleć o seksie, a co dopiero o nim mówić. I myślę, że część z nas dalej tak uważa, bo tak po prostu zostałyśmy wychowane. I absolutnie nie ma w tym nic złego, pod warunkiem, że jesteśmy zadowolone z tego, co dostajemy lub nie dostajemy od naszych partnerów. Ale co z resztą kobiet, które ciągle narzekają, że ich życie seksualne jest dalekie od tego, jakie chciałyby mieć? Czy zamiast narzekać, nie lepiej jest po prostu powiedzieć?

Facet ma prawo nie wiedzieć, bo po pierwsze: nie ma zdolności czytania w myślach, po drugie: każda kobieta ma inne potrzeby, a po trzecie: my naprawdę jesteśmy mistrzyniami wysyłania sprzecznych sygnałów i mężczyźni nie zawsze potrafią je właściwie odczytać. Oczywiście pomijam mężczyzn, którzy idą do łóżka jedynie po to, żeby sprawić przyjemność sobie, bo tacy już są w ogóle (kompletnie) niereformowalni i nawet jeśli napiszesz mu markerem na ścianie, czego oczekujesz, on i tak nie zrozumie.

Jakkolwiek partner by się nie starał, czasem po prostu nie trafi. Łatwiej jest mu powiedzieć.

Ale większość mężczyzn zdaje sobie sprawę z tego, ze jeśli partnerka czuje się usatysfakcjonowana, to będzie miała ochotę się zrewanżować. Fuj, brzydkie słowo w tym kontekście, ale wiadomo o co chodzi. Jakkolwiek jednak partner by się nie starał, czasem po prostu nie trafi (trafia). Więc, czy nie łatwiej jest po prostu powiedzieć ? Nawet jeśli jest to dla nas krępujące, to może jednak lepiej jest chlapnąć sobie setę na odwagę tuż przed randką, niż przez następne lata udawać orgazm. Przecież potrafimy to doskonale (jesteśmy w tym doskonałe), tylko po co? Partner jest w siódmym niebie, spełniony podwójnie, bo wydaje mu się, że właśnie wysłał (siebie?) na orbitę, a my leżymy i myślimy sobie o hydrauliku bez głowy (o prostym hydrauliku) i o tym, co by z nami (fantastycznego) zrobił. Prawda?

Kiedyś, podczas którejś z kolei babskiej imprezy, mocno polewanej, bawiłyśmy się w kalambury. Musiałyśmy przedstawić za pomocą gestów swoje seksualne , najskrytsze pragnienia. Gdyby jakiś mężczyzna mógł to zobaczyć, pewnie by się totalnie poddał. Każda z kobiet przedstawiła inny, skrajnie różny obraz. Od seksu pod palmą na gorącym piasku, z wydepilowanym, pokrytym olejkiem mięśniakiem (wersja romantic) po nieogolonego, spoconego tyrana, ciągnącego za włosy i chlastającego po pupie (wersja perwerso). I bądź tu człowieku mądry. Z reguły mężczyzna stara się być powściągliwy, delikatny, czuły, potem okazuje się, że partnerka narzeka, że on jest dupą nie facetem. A jeśli któryś leje i tarmosi, a trafi akurat na pannę (typu) romantic, to mu się oberwie za to, że jest perwersyjny i nie szanuje kobiet.

Kobiety wolą czytać  o ludziach, którzy mają bogate życie seksualne, niż sprawić, że ich własne będzie równie dobre.

Oczywiście nie mówię o wspólnym pierwszym razie, gdzie zazwyczaj jest ogólna porażka. Ale z czasem, kiedy poznajmy się coraz lepiej, potrafimy mówić o wszystkim, dlaczego ignorujemy coś, co umówmy się, jest bardzo istotne w związku. Jakiś czas temu przeczytałam całą trylogię o Panu Grey'u. Pomijam, że książka jest przereklamowana, stylistycznie straszna, w pewnym momencie nawet nudna. I nie historia bohaterów jest nudna, ale opis scen łóżkowych. Na początku jest ostro, a potem nuda i powtórzenia. Ale nie w tym rzecz. Książka odniosła sukces. Dlaczego? Bo miliony kobiet na świecie woli czytać z wypiekami na twarzy o ludziach, którzy mają bogate życie seksualne, niż sprawić, że ich własne będzie równie dobre.

Myślę, że autorka książki doskonale wiedziała co robi, książka nie jest ostra, jak ja reklamowano, ale dla większości kobiet (i) takie doświadczenia są nieosiągalne. Przeczytałam niedawno, że po publikacji trylogii o Grey'u, liczba kobiet odwiedzających sex shopy wzrosła. Zadzwoniłam do jednego ze sprzedawców sklepu z "gadżetami”, żeby zapytać, co najchętniej kupują dzisiejsze (współczesne) kobiety. Okazuje się, że wszystko, co ma sprawić mężczyźnie radość i uczynić je najlepszymi na świecie kochankami. Świetnie, to dobry krok. Ale może by tak zacząć od siebie, od tego, co nam sprawia przyjemność? Ja po przeczytaniu książki czułam lekki niedosyt, ale kulki Gejszy zdobyły moje serce. I cieszę się, że takie książki powstają, bo może to otworzy nas - kobiety i sprawi, że będziemy potrafiły mówić o naszych pragnieniach, a tym samym mniej narzekać. I życzę panom, żeby mieli na tyle pokory, żeby sięgnąć po poradniki inne niż rubryki w CKM, może wtedy lepiej nas zrozumiecie. Pewnych rzeczy nie da się zignorować, oszukać. Kobieca seksualność rodzi się w mózgu, męska - w członku i jeśli będziemy o tym pamiętać, to już wystarczy.

Więcej o: