Kochajmy się, ale śpijmy z osobna - lubię sypiać z facetami, ale niekoniecznie z nimi spać

Seks i sen niekoniecznie muszą dzielić to samo łoże. Nasza Czytelniczka Panna Orzeszek wyraźnie rozgranicza te dwie intymne sprawy. Ciekawe jesteśmy czy ten temat mocno Was podzieli?

Jesienna deprecha - czas porannych samochodowych skrobanek, ciałopatulenia oraz rytualnych literackich powrotów, tak na pocieszenie i rekompensatę fujkowego zimna za oknem. Są takie książki, do których wraca się regularnie, no może przesadzam, ale kilka razy na pewno. Mam tak z „Nieznośną lekkością bytu” Milana Kundery, dlatego też siedzę kolejny wieczór opatulona w koc, z kubkiem herbaty na podorędziu i delektuję się słowem pisanym. I nagle, po raz kolejny przedzierając się przez kolejne pożółkłe strony- natrafiłam na fragment:

„Wspólny sen był czymś w rodzaju corpus delicti miłości. Z innymi kobietami nigdy nie dzielił snu. Kiedy był z wizytą u nich, sprawa była prosta - mógł odejść, kiedy chciał. Trudniej bywało, kiedy one przychodziły do niego i musiał im wyjaśniać, że po północy odwiezie je do domu, ponieważ ma problemy z bezsennością i nie jest w stanie usnąć w bezpośredniej bliskości innego człowieka. Nie było to dalekie od prawdy, ale główny powód był gorszy i nie miał odwagi nikomu się z niego zwierzyć: po stosunku miłosnym odczuwał nieprzezwyciężalne pragnienie samotności; nie znosił budzić się w środku nocy przy boku obcej istoty; czuł wstręt do wspólnego wstawania rano; nie życzył sobie, by ktoś słyszał jak myje zęby w łazience; rytuał śniadania we dwoje go nie pociągał.”

CYK! W tym momencie poczułam falę estymy, stu procentową empatyzację, tak, tak, tak - mam tak samo! Uff... co za ulga, Tomaszu jesteś moim bohaterem literackim numer jeden, taką męską wersją mnie. Cudownie, znalazłam sprzymierzeńca, aczkolwiek w dalszym ciągu pozostaję w lekkim dysonansie z moim najbliższym otoczeniem reprezentującym uwielbienie dla wycackanej wizji wspólnych śniadań, kawek, croissantów i czego tam sobie jeszcze życzycie. Bo to taki trochę kulturowy high level romantyzmu - śniadanie do łóżka. Symbol opieki i troski „kochanie, zrobiłem dla Ciebie śniadanie” lub w wersji bardziej demokratycznej okazja do współpracy, podziału obowiązków i zaznaczenia swojego terytorium „ja parzę kawę, ty lecisz do sklepu po bułeczki”. A propos bułeczek, te kruszynki wbijające się później w najróżniejsze części ciała, te plamy na pościeli od kawy i dżemu, tak, to jest bardzo romantyczne...

Poranki od kiedy pamiętam były dla mnie ciężkie i nieprzystępne. Poczucie, że oto zaczynam nowy dzień, było dość dojmujące, dlatego na przestrzeni lat obwarowałam się rytuałami, sensualnymi doświadczeniami pomagającymi delikatnie przebrnąć przez najgorszą część dnia. MOJA ulubiona kawa, MOJA łazienka, MÓJ szampon do włosów, MOJE porozrzucane ubrania... strefa poranka zarezerwowana jest wyłącznie dla mnie. Poranny seks? Nie, dziękuję.

Frustracja, to pierwsze spojrzenie tuż po przebudzeniu lekko podpuchniętym okiem połączone z potrzebą umycia zębów. Ten stan zwyczajowego porannego focha, kiedy warczę sobie pod nosem, przeklinam na to i tamto. Uwierzcie, nie ma nic bardziej ożywczego i dającego kopa energii do działania niż zarzucenie porządną „kurwą” albo dwoma - bo tak, bo przyszłam na świat w pewną zimową niedzielę o 5:27 rano i wtedy też miałam porannego focha, to graniczy z absolutną pewnością. Och proszę, nie mówcie do mnie z rana! Miziania nie będzie!

Ba, co tam poranek, zawsze pozostaje wymówka, że jestem już spóźniona, muszę lecieć zbawiać świat, nakarmić kota, cokolwiek. Raz, dwa, trzy wystarczy pozbierać swoje rzeczy, szybki cmok w policzek i już mnie nie ma. Wspólny sen to dopiero zgroza! Za gorąco, za duszno, raz po raz obrywam w głowę nisko latającą ręką, moje biodro raz oo raz otacza podstępna owłosiona noga, toczę wojny podjazdowe o kawałek kołdry i cr?me de la cr?me- chrapanie leżącego obok troglodyty. Wyobraźcie sobie ten magiczny moment, kiedy już zasypiacie, już się śni, tak nieśmiało, lekko i... trrach, chhrrr... ratunku! Następuje przerwa techniczna, tu obrócić, tu przytrzymać rękę, pociągnąć za bark, sprawdzić, czy aby na pewno leży na boku. I za pół godziny powtórka z rozrywki. Jedynym rozwiązaniem jest inwestycja w dobry korektor pod oczy, niestety, parę takich nocy z rzędu i rozklapiocha pod okiem gwarantowana. Ech, a miało być tak pięknie.

Proszę Państwa, ja spaniu w jednym łóżku mówię zdecydowane nie. Nie lubię, nie wygodnie mi, uwiera mnie. Ja jestem z tych, co potrzebują chwili spokoju, kontemplacji, skomunikowania się z własną samotnością. Co wcale nie jest równoznaczne z tym, że nie lubię mojego partnera, wręcz przeciwnie. Chodzi w tym wszystkim o poczucie dyskomfortu związanego ze spędzaniem nocy w jednym łóżku. Ja chcę dla niego jak najlepiej, chcę mu oszczędzić wchodzenia z konflikty z poranną wersją mnie. Ale on wie, on rozumie i przez to jest najcudowniejszy na świecie. Czasem tylko spojrzy na mnie zaspanym, pytającym wzrokiem mając nadzieję, że może tym razem zostanę na dłużej. A ja w tym czasie jestem już za drzwiami.

I w taki sposób stałam się mistrzynią ucieczek nad ranem, superbohaterką, która na palcach, bezszelestnie wymyka się, by z poczuciem spełnienia zasnąć we własnym łóżku śniąc piękne sny. Na drogę powrotną dobrze robi mi Fever Ray „Morning keeps the street empty for me”. Dusza ukojona, ciało zaspokojone, a zatem można spokojnie spierdalać w sen. Amen.

Dlatego kochajmy się, kochajmy się ze sobą, sypiajmy, ale śpijmy z osobna. Dla wygody, dla komfortu, dla higieny psychicznej. Przynajmniej ja tak mam. No i Tomasz z „Nieznośnej lekkości bytu” też.

Panna Orzeszek

Więcej o: