Jestem towarzyska, a mój mąż aspołeczny - to bardzo męczące

Niby problem, o którym pisze nam Czytelniczka wydaje się drobny - cóż z tego, że ktoś nie jest towarzyski? Jednak okazuje się, że nawet drobne różnice upodobań i usposobień mogą mieć dalekosiężne skutki...

Mój mąż nigdy nie był osobą zbyt towarzyską. Jak go poznałam to miał tak naprawdę trzech kolegów z którymi spotykał się od czasu do czasu. Teraz został już tylko jeden kolega... Ja byłam jego przeciwieństwem. Zawsze otaczałam się ludźmi - lubię poznawać nowe osoby, lubię spędzać czas ze znajomymi. Udawało nam się to zawsze jakoś pogodzić. To ja chodziłam na imprezy, a mąż zostawał z dziećmi w domu. Układ idealny. Prawie.

Prawie, bo na zewnątrz wyglądało to wszystko bardzo fajnie, ale takie nie było. Mój mąż nie lubił moich znajomych, swoich kolegów i koleżanek z pracy i naszych sąsiadów. Po prostu uważał, że wszyscy ludzie są nudni i mniej inteligentni od niego. Faktem jest, że ma wysoki iloraz inteligencji, ale za to bardzo szwankuje u niego strona emocjonalna. Nie ukrywałam nigdy przed nim, że jest mi przykro, że ignoruje moje przyjaciółki, a czasami bywał po prostu dla nich niegrzeczny. Doprowadziło to z czasem do sytuacji, że przestałam zapraszać znajomych do domu i spotykałam się z nimi na mieście lub u nich. Po prostu wstydziłam się za męża.

Podobna sytuacja miała miejsce z sąsiadami. Od małego jestem nauczona, żeby mówić sąsiadom dzień dobry, uśmiechnąć się do nich, a czasami poświęcić 2-3 minuty na pogawędkę nawet o pogodzie. Mój mąż jak możecie się Państwo domyślać nie robił tego. Jeszcze na początku naszego wspólnego mieszkania czasem komuś odburknął "Dzień dobry" Dokładnie - odburknął. Nigdy też sam nie wyszedł z inicjatywą przywitania się jako pierwszy. Proszę mi wierzyć, że nie raz, nie dwa rozmawiałam z nim na ten temat. Tłumaczyłam, że takie zachowanie jest po prostu niegrzeczne i chamskie. Dodatkowo irytował mnie fakt, że jeżeli dzieci widzą, że tata nie wita się z sąsiadami to one też tego nie muszą robić.

Po kilku latach przeprowadziliśmy się do domu pod miastem. Mieszkamy na małej ulicy, na której mamy jeszcze pięć innych rodzin. Jako jedyna rodzina nie jesteśmy zapraszani na wspólne grillowanie, spacery po lesie czy wspólne spędzanie czasu. Jest mi z tego powodu naprawdę przykro. Na początku sąsiedzi nas zapraszali. Czyli szłam ja i dzieci... a męża musiałam tłumaczyć. A to, że chory, a to, że ma dużo pracy itd. Oczywiście kłamałam, bo nic mu nie było. Po prostu nie chciał poznać naszych sąsiadów, bo jak twierdził do niczego nie jest mu potrzebna ta znajomość. Ludzie nie są głupi i nasi sąsiedzi domyślili się (tak mi się wydaje) dlaczego on nie przychodzi. Dodatkowo, mąż powiedział, że ja owszem mogę chodzić do nich na przyjęcia, ale on sobie nie życzy, żeby oni przychodzili do nas. Więc nie ma się co dziwić, że przestano mnie zapraszać, jeżeli nigdy nie rewanżowałam się tym samym.

Kocham mojego męża ale ta jego niechęć do ludzi i wyobcowanie jest bardzo męczące. Część moich znajomych też domyśliła się powodu nieobecności męża na imprezach. Wiem, że nie jest to miłe uczucie, jeżeli dowiadujesz się, że ktoś cię nie lubi bez powodu. Moja bliska przyjaciółka mówi wprost, że mój mąż to buc. Z jednej strony sprawia mi to przykrość, ale z drugiej wiem, że ma ona rację.

Tak naprawdę pozwoliłam sobie napisać list do redakcji Focha żeby się wygadać. Nie oczekuję jakiś wielkich rad, bo po 15 latach małżeństwa ciężko człowieka zmienić. W sumie wiedziałam od początku, że mąż jest człowiekiem delikatnie mówiąc aspołecznym...

Więcej o: