Zdradzam, bo kocham. Nie umiem żyć ani bez męża, ani bez kochanka

Życie bez miłości jest puste. Tak mówią. Ale czy namiar uczuć nie jest większym problemem? Zwłaszcza wtedy, gdy miłością obdarza się dwie osoby. A jednej z nich w naszym życiu być nie powinno... Nasza Czytelniczka znalazła się w takiej sytuacji.

Przeczytałam na Fochu wasz tekst, dlaczego kobiety zdradzają. Przez kilka dni zastanawiałam się, czy napisać o swojej sytuacji, o której nikomu, nigdy nie mówiłam. Bo ja jestem właśnie tą kobietą, która zdradza. I to wielu lat.

Wyszłam za mąż z miłości. Trochę wcześnie, bo w wieku 23 lat. Mąż miał wtedy już 34 lata i chciał założyć rodzinę. Szybko urodziłam pierwsze dziecko, skończyłam studia, poszłam do pracy. W nowej firmie poznałam chłopaka, który urodził się dokładnie w tym samym roku, miesiącu i dniu co ja. Teraz myślę, że to był znak. Właściwie ostrzegawczy.

Nie zakochałam się w nim od razu. Zanim to sobie uświadomiłam minęły prawie cztery lata. Bardzo się zaprzyjaźniliśmy, bo łączyła nas nie tylko pasja w pracy, ale też zainteresowania, ulubiona muzyka, filmy, podobne charaktery, nawet doświadczenia życiowe. Jednocześnie moje małżeństwo układało się bardzo dobrze, zaszłam w drugą ciążę, urodziłam dziecko. Tyle, że z mężem, nie miałam tyle wspólnych tematów poza rodzinnymi - dzieci, dom, wczasy, zakupy, wyjścia do znajomych.

Kiedy zrozumiałam, że kocham też tego DRUGIEGO mężczyznę, nie wiedziałam co zrobić. Czekałam, aż mi przejdzie. Niestety stało się przeciwnie. Na jednym z wyjazdów firmowych ON wyznał, że jestem Jego miłością od pierwszego wejrzenia i marzy o tym, żeby spędzić ze mną życie. To było jeszcze gorsze, niż gdyby nie odwzajemniał moich uczuć.

Wcale nie byłam szczęśliwa, raczej rozbita. Ciążyła mi odpowiedzialność za małżeństwo i dzieci. Postanowiłam się poświęcić i odeszłam z pracy. Miałam wtedy 31 lat. Przeżyłam ogromną depresję. Zmieniłam trzy kolejne prace. Jednak powoli moje życie pozornie wróciło do normy. Niby byłam całkiem szczęśliwą, zwyczajną matka i żoną, ale wewnętrznie czułam się pusta.

Spotkaliśmy się przypadkowo kilka dni po „naszych” 38 urodzinach. Ja oczywiście byłam z moim kochanym mężem, On ze swoją żoną. W czasie tych siedmiu lat zerwanej znajomości, zdążył związać się z inną kobietą. Przez kilka miesięcy nie działo się nic. Aż pewnego dnia zadzwonił i powiedział, że nadal kocha tylko mnie. A ja, nie będę kłamać, pojechałam do Niego bez żadnych pytań.

I tak zostałam kochanką. To trwa już dziewięć lat. Rzadko spotykamy się na seks, ale za to utrzymujemy praktycznie codzienny kontakt przez Internet. On jest częścią mojego życia, nie jakąś przygodą.

Jednocześnie ani na chwilę nie przestałam kochać męża, który jest dobrym, zabawnym, ale niestety zupełnie innym ode mnie człowiekiem. Staram się, żeby był szczęśliwy. Ja też jestem z nim szczęśliwa. Mamy swoje wyjazdy na narty, wieczory przy filmach, wyjścia do przyjaciół, swoje powiedzonka, przyzwyczajenia, ogródek. Wiem, że gdybym zdecydowała się na rozwód, byłabym nieszczęśliwa zostając jedynie z Kochankiem.

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że zostanę zniszczona w komentarzach, pewnie pojawią się epitety i porady, że powinnam natychmiast skończyć z takim życiem, bo krzywdzę wiele osób. Wiem o tym i wierzcie, lub nie, sama dla siebie też jestem bezlitosna w ocenie.

To, że tak samo mocno kocham dwóch mężczyzn jest dla mnie prawdziwą tragedią. Ale nie jestem w stanie dobrowolnie zrezygnować z żadnego z nich. Pamiętacie „Niebezpieczne związki”? Ciągle mam w głowie cytat „To silniejsze ode mnie”. Jest o mnie. Nie, żeby mnie tłumaczył, jedynie obrazuje niemoc jaką czuję.

I taki wniosek z moich przeżyć - zdrada uczuciowa, jest znacznie gorsza niż fizyczna. O ile dałabym radę zrezygnować z seksu z Kochankiem, to nie potrafię wyobrazić sobie bez Niego życia.

Więcej o: