Czy na serio staliśmy się takimi cynikami? Romantyzm umarł?

Nowe czasy, nowe obyczaje. Romantyzm podobno umarł. Panna Orzeszek postanowiła zbadać przyczyny i okoliczności jego rzekomej śmierci. Jakie są wyniki śledztwa?

Jak to jest z tą romantycznością? Z jednej strony „niepoprawni romantycy” są wśród nas - a przynajmniej tak twierdzi spora liczba profili na portalach randkowych, blogach, pseudoartystycznych stronkach z photography w tytule. Wrażliwe duszyczki, ckliwe panny, potargani chłopcy - cudnie. Z jednej strony wujek Google po wpisaniu hasła „romantyczność” uraczył mnie liczbą ok. 95 tysięcy rezultatów. Pomyślałam sobie, że to wynik całkiem niezły. Jednak po czwartej stronie streszczeń, analiz i opracowań Adasia Mickiewicza, który to wielkim poetą był, odechciało mi się współpracy z internetami. Nie tędy droga, a zatem co z tą romantycznością?

Mam dwadzieścia kilka lat. Mam mózg przeorany komediami romantycznymi, bajkami Disney'a, różowym horrorem walentynek. Jako kilkuletnia dziewczynka mocno wierzyłam, że któregoś dnia przybędzie pod mój dom królewicz na białym koniu i będziemy sobie żyć długo i szczęśliwie w jakimś Neverlandzie, czy w innej krainie mlekiem i miodem płynącej. Potem przytrafił się Hugh Grant w „Notting Hill”, ach, co to było za szaleństwo. Wstąpiła w moje jedenastoletnie serce wiara w to, że prawdziwa miłość istnieje, czeka tuż za rogiem i czasami tylko trzeba jej dopomóc oblewając kogoś sokiem pomarańczowym, oczywiście kompletnie przez przypadek. Jakie to romantyczne! Co gorsze, dekadę później wybrałam się pierwszy raz do Londynu. Co tam Pałac Buckingham, co tam London Eye, czy Trafalgar Square, niemal prosto z lotniska pognałam na Notting Hill, żeby zobaczyć TEN sklep przy Portobello Road, w którym filmowy William miał swoją księgarnię (dla niewtajemniczonych, w tej chwili znajduje się tam sklep obuwniczy). Zobaczyłam, fotkę zrobiłam, ogólnie git.

 

http://www.snotm.com/http://www.snotm.com/

 

Całkiem spora masakra jest z walentynkami. Szajs made in china zalewa półki w sklepach, ulice świecą różową poświatą, serduszka i usteczka wciskają się w każdą możliwą przestrzeń. Jeśli masz pecha i akurat w tym okresie pozostajesz w stanie singielskim możesz przypłacić to wielkim pawiem. We dwójkę zawsze raźniej przez to przejść. Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie jestem antywalentynkową ekstremistką, wręcz przeciwnie, lubię dostać z tej okazji coś miłego, ale czy musi to być od razu taki straszny kicz? Z resztą walentynki fajnie jest obchodzić nie tylko raz w roku... a przynajmniej tak słyszałam.

I chyba dotykam sedna sprawy. Wyrażanie uczuć - w tym powinna zawierać się jakaś doza romantyczności. Gesty, spojrzenia, niedopowiedzenia, codzienne drobnostki, które budują relację. I nie mówię tu o sprawozdawczych sms'ach, zaczepkach na fejsie, standardowym „co tam?”, odruchowym „kocham cię” wypowiadanym byle jak i byle gdzie. Swoją drogą, przeraża mnie jak drastycznie zdewaluowało się słowo „kocham”, jak łatwo wychodzi nam z ust. Zawsze wydawało mi się, że jest to jest TO słowo, które jest specjalne, zarezerwowane na najwyższe rejestry emocjonalnego zaangażowania, że wypowiadając „kocham cię” mamy ciary na plecach i suchoty w gardle. Jak tu odnaleźć chociaż namiastkę uniesienia w sms'owym „kc :*”? To kompletnie nie mój klimat, wybaczcie.

Na randki nie chadzamy. Trochę to obciach, a trochę głupio przyznać, że nam na kimkolwiek zależy. Wiadomo, lęk przed odrzuceniem zwala społeczeństwo z nóg, dokonuje pomoru niczym dżuma, czy inna zaraza. Ładny frazes to dobra wymówka. Po co się angażować, skoro może się okazać, za miesiąc lub dwa, że nic z tego nie wyjdzie. Lepiej po prostu spotkać się i już, problem z głowy, każdy płaci za siebie, było miło, narka, hej & stej w taczu na fejsie! Czy na serio staliśmy się takimi obliczonymi cynikami - testerami uczuć, relacji, wszystkich dostępnych opcji? Bo przecież wszystko trzeba wypróbować, od samochodów przez internet, iPady, aż do żelu pod prysznic. Czemu nie testować ludzi, zanim zdecydujemy się na jakikolwiek ruch, namiastkę namiętności, zaangażowania? Trochę poudawać, trochę się pozwodzić, kalkulując, przeliczając, interpretując. A może w międzyczasie znajdzie się ktoś lepszy, ładniejszy, bardziej intrygujący?

A gdyby tak wrócić na chwilę do Mickiewicza na Googlach? Tak, wiem, że to flaki z olejem, nuda i w ogóle fuj, ale wydaje mi się, że „Romantyczność” jest całkiem do rzeczy, still alive. Może warto trochę wyostrzyć intuicję, dać sobie przestrzeń i czas na cieszenie się obecnością drugiej osoby, puścić wodzę fantazji, poczuć COŚ, pobyć romantykiem i takie bzdety? Czy da się mówić o uczuciach tylko z poprzez przysłowiowe „szkiełko i oko”? Chyba nie bardzo, bo jeśli tak to - romantyczność is dead.

Panna Orzeszek

Więcej o: