Ta trzecia: Ambicja

Która z nas nie marzy o ambitnym facecie, któremu nie trzeba kontrolnie podgrzewać motywacji do działania co kwartał, w obawie, że zalegnie przed telewizorem, komputerem, konsolą... Ale co wtedy, gdy zaczynamy się czuć jak zdradzana żona, a kochanka o imieniu Ambicja zabiera nam partnera? Napisała do nas Ola, która walczy z taką podstępną rywalką.

Zawsze chciałam, żeby facet imponował mi zaradnością i chęcią działania. Pewnie przyczyniły się do tego obserwacje różnych mężczyzn w moim życiu: ojca, dwóch braci, męża przyjaciółki, kolegów ze szkoły czy ze studiów. Wszystko w ich życiu odbywało się pod hasłem "jak robić, by się nie narobić", zero inicjatywy własnej. A najpiękniejszy czas to ten spędzony z piwem na kanapie.

To był zatem klucz wyboru partnera: musi być prawdziwie ambitny. Spotykałam się z paroma sprawiającymi takie wrażenie, ale szybko okazywało się, że to powierzchowne ambicyjki, a potencjał kanapowca ogromny.

Do naszej znajomości też podszedł ambitnie. Pierwsze miesiące to była jazda bez trzymanki, ciągłe niespodzianki, wyjazdy, zero nudy.

Gdy poznałam P., byłam onieśmielona - jak można robić tyle rzeczy na raz i we wszystkim być świetnym? To jedna z tych osób, które nie doświadczają zmęczenia, a doba trwa dla nich przynajmniej 8 godzin dłużej. Praca (w której oczywiście się spełniał, realizował swój cel awansów i szkoleń), sporty, podróże, książki, filmy... Zawsze wiedział, co się dzieje na świecie - chłonął wszystko jak gąbka. Angażował się w różne projekty, bo ciągle był czegoś ciekaw albo chciał komuś pomóc. Kipiały mu w głowie pomysły, spełniał się wymyślając małe biznesy dla znajomych, potem siedział z nimi godzinami, pomagając im je wprowadzić w życie.

Do naszej znajomości też podszedł ambitnie. Pierwsze miesiące to była jazda bez trzymanki, ciągłe niespodzianki, wyjazdy, zero nudy. Zaręczyny wykraczjące o lata świetlne poza kolację przy świecach i bukiet róż. Niebanalny ślub wedle jego pomysłu - przygoda dla nas i naszych przyjaciół.

Raz na pół roku spędzamy ze sobą dwa tygodnie intensywnych wakacji, ale w międzyczasie nie mamy chwili dla siebie.

I pewnie czekacie na zdanie "po ślubie wszystko się zmieniło, zaległ na kanapie i kijem go nie ruszysz"? Nic z tych rzeczy. Wciąż był pełen działania, nowych pomysłów. Byłam taka szczęśliwa! Zwłaszcza, że energia się udziela. Nigdy nie narzekałam na swoją pasywność, a przy P. chciało mi jeszcze bardziej i więcej. Wytyczaliśmy sobie cele, a potem je realizowaliśmy. Przez pierwsze dwa lata małżeństwa zwiedziliśmy kawał świata. Pomógł mi przy zmianie pracy na dużo ciekawszą i lepiej płatną.

Ale i sobie stawia poprzeczkę coraz wyżej. Coraz częściej wymyśla trudne do zrealizowania misje, coraz mniej jest wspólnej codzienności. Raz na pół roku spędzamy ze sobą dwa tygodnie intensywnych wakacji, ale w międzyczasie nie mamy chwili dla siebie. Oczywiście: związek się zmienia, po kilku latach trudno oczekiwać, by łączyła nas namiętność jak z pierwszych paru miesięcy. Ale przeraziło mnie to, że jedyne momenty, gdy mogę liczyć na wytężoną uwagę P., to te, gdy mam jakiś problem do rozwiązania i zwracam się do niego o radę.

Chcę mieć rodzinę, chcę mieć wspólnie spędzany czas, a nie czekanie byle do soboty.

Niestety apetyt rośnie w miarę jedzenia. Awanse to już za mało (dotarł do punktu, którego z racji dość młodego wieku raczej nie przeskoczy), zaczęły go interesować szkolenia po drugiej stronie globu, a ostatnio wymyślił zmianę pracy - wyjedzie na kilka lat, będziemy się widywać w weekendy. Świetne perspektywy, rozwój zawodowy, dużo więcej pieniędzy, dodatek za rozłąkę. Tyle że dużo mniej nas...

Po raz pierwszy powiedziałam "nie" jego ambicjom. Nie zależy mi na dodatkowych pieniądzach, żyje się nam całkiem nieźle. Chcę mieć rodzinę, chcę mieć wspólnie spędzany czas, a nie czekanie byle do soboty.

To, co usłyszałam w odpowiedzi, hmmm, dość mnie zaskoczyło... ON ciężko pracuje na swój sukces. Wszystko, do czego w życiu doszedł, zawdzięcza sobie. ON ma plany i moją rolą jest wspierać go w nich. ON zawsze marzył, by być w pełni mobilnym, pracować na całym świecie, nie ograniczać swoich perspektyw. ON agrumentuje: to moje życie i mogę robić, co chcę.

Wiem, że przegram to małżeństwo, jeśli nie pozwolę mu wyjechać. Ale przegram też samą siebie, jeśli się na to zgodzę.

I tu oczywiście pękłam: gdzie w tym wszystkim zgubiłam się ja? I dlaczego nie przechodzi mu przez usta "nasze życie"?

Wiem, co usłyszę: sama chciałaś, widziały gały, co brały. Pewnie jest w tym sporo racji. Nie powinnam się złościć - pokochałam go za te ambicje, nie mogę mu ich teraz wyrzucać.

Czuję, że nie mam argumentów. Nie wiem, co robić.

Wiem, że przegram to małżeństwo, jeśli nie pozwolę mu wyjechać. Ale przegram też samą siebie, jeśli się na to zgodzę - zaraz będzie za późno na dzieci, a nie wyobrażam sobie korespondencyjnego ojca, zwłaszcza przez pierwszych parę lat życia dziecka. Poza tym, nie jestem pewna, co przyjdzie następne - może kolejny projekt na kilka lat, tym razem na księżycu...?

Czasem myślę, że byłoby mi łatwiej, gdybym miała mierzyć się z inną kobietą. Ambicja jako rywalka jest chyba nie do pokonania...

Wiem, że nie ma sprawdzonych recept. Ale pomyślałam, że napiszę do Was, bo może ktoś był w podobnej sytuacji i może mi podpowiedzieć, gdzie szukać rozwiązania.

Ola

Więcej o: