"Szukasz miłości? Błagam! Nie bądź idiotką!" [LIST]

Czy marzenie o pięknej miłości jest dziś przejawem żenady? Godzimy się na bylejakość ze strachu przed samotnością? Naszą Czytelniczkę Zośkę bardziej od asekuranckich facetów wkurzają kobiety, które nie czytają jasnych komunikatów w związku...

Romans, friends with benefits, przypadkowy seks (czy jak tutaj czasem piszecie ruchanie) to wszystko jest należycie nowoczesne, modnie cyniczne. Nawet zdrada nie jest już tak społecznie piętnowana jak niegdyś. Określa się ją mianem „to skomplikowane”. Świat nie jest już czarno-biały. Relatywizm i hedonizm mają się świetnie. Wstydem coraz większym staje się za to pożądanie zwykłej, staroświeckiej miłości. Szukanie jej, pytanie o nią, czekanie na tego jedynego - żenujące. Tak przynajmniej wynika z moich doświadczeń.

Wśród moich koleżanek prym wiodą związki niedookreślone. Układ, w którym to ona domyśla się, dlaczego on proponuje jej kolejne spotkania.

„Chcę, żeby ktoś mnie pokochał. Niech się ktoś mną zaopiekuje” - takie rzeczy mówi się tylko szeptem, po pijaku albo niby żartem. Ewentualnie w chwili słabości. Wkrótce po tym maska wraca na swoje miejsce. I okazuje się, że to, że ktoś zrobi ci dobrze, z impetem wkroczy do twojej sypialni, też jest w sumie ok. Bo nie można oczekiwać od życia zbyt wiele. Tak czy nie? O dobrą pracę, awans, podwyżkę - jakoś prościej walczyć niż o miłość. Łatwiej jest powiedzieć: to, co mi proponujecie jest poniżej moich kompetencji. A co zrobić, jeśli facet proponuje ci układ, mówiąc oględnie, nieidealny?

Wśród moich koleżanek prym wiodą związki niedookreślone. I nie mam tutaj na myśli konkubinatu, tylko układ, w którym to ona domyśla się, dlaczego on proponuje jej kolejne spotkania. Czyta jego zamiary z półsłówek. Nie ma żadnych deklaracji, nie ma żadnych obietnic. Roi więc sobie w głowie, że jeśli będzie dla niego wystarczająco dobra, to on pewnego dnia ją pokocha. Kreuje związek w swojej głowie, ale nie buduje go w rzeczywistości. Bo on zazwyczaj od razu się asekuruje. Mówi: Nie jestem teraz gotów, aby się w cokolwiek zaangażować. Wybacz, ale dzieci śmierdzą, a ja nie wierzę w miłość na całe życie. Nie angażujmy się w to.

Gdy jest już związany z kimś innym, także odkrywa karty: Mam żonę i nie mogę jej na razie zostawić. Jednocześnie jest przy tym ujmująco zakłopotany, patrzy na ciebie oczami psa ze schroniska i niby mimochodem gładzi po dłoni albo sugestywnie przytula. Uwodzi, czaruje, mami. Co odpowiadasz ty? A dodajmy, że zazwyczaj jesteś dorosłą kobietą, więc jako taką świadomość i intelekt masz. No właśnie... Ja na deklarację pewnego mężczyzny, że nie jest tym właściwym w moim życiu, odpowiedziałam, że chyba nie myślał, że traktuję go aż tak poważnie. Poniosła mnie duma. W efekcie straciłam tylko czas, dużo czasu. Bo prawda była taka, że ja szukałam miłości, a nie kolejnego romansu. On nie chciał/nie mógł mi jej dać. Był szczery, a ja nie. Co gorsza, nie byłam szczera wobec siebie. Ile takich kobiet znam? Stanowczo za dużo.

Kobiet zdziwionych tym, że facet, który od razu im mówił, że nic z tego nie będzie - był konsekwentny. Zaskoczonych tym, że on jednak się w nich nie zakochał. A przecież wyglądał na zadowolonego. Przytulał, całował, za rękę trzymał, w łóżku pieszczot nie szczędził. Tylko o miłości nic nie mówił. Ale za to pomagał od czasu do czasu. Był obok. Wyglądał na sytego, szczęśliwego, wypoczętego. Czasem tylko humor mu znikał, gdy zaczynałaś dopytywać o przyszłość. Waszą wspólną przyszłość. A Tobie brakowało odwagi, żeby zadać to jedno pytanie: Czy ty mnie kochasz? Bo to przecież wstyd.

Podnosi mi ciśnienie niekonsekwencja kobiet, którym wyraźnie się mówi, że nie traktuje się ich poważnie - a do nich to nie dociera.

Nie wiem co irytuje mnie bardziej. Czy takie podprogowe zagrywki facetów, którzy doskonale przecież wiedzą, że łamią serca, uwodzą, robią nadzieję? Czy bardziej podnosi mi ciśnienie niekonsekwencja kobiet, którym wyraźnie się mówi, że nie traktuje się ich poważnie - a do nich to nie dociera. Roją sobie, że są w stanie to zmienić.

Potrzebowałam aż kilku lat, aby zrozumieć, że mężczyzna, który mi powiedział, że nie jest tym właściwym, mówił szczerze i poważnie. Kilka lat zastanawiałam się nad tym, co mogę jeszcze zrobić, żeby zobaczył jak jestem wspaniała. Jak bardzo się dla niego poświęcam. Ile mam do zaoferowania jako kobieta. Komuś, kto mnie nie chciał. Komuś, kto niczego mi nie obiecywał. Nie mogę mieć nawet do niego zbyt wielkiego żalu. Koniec końców - to ja siebie oszukiwałam.

Teraz słucham opowieści koleżanek, które szukają prawdziwej miłości, a mimo to schylają się po odpadki. Są w związkach z facetami, którzy je wykorzystują. Trwają w tym, bo boją się samotności. I nie wiem, czy je pocieszać. Powinnam je zrozumieć (bo sama nie byłam lepsza), ale nie lubię kłamać. Czy może powinnam udawać, że przecież tak też jest dobrze, bo w pojedynkę jest ciężej. Akceptować strach, brak odwagi, a potem słuchać jak jest jej źle? Coraz trudniej mi utrzymać język za zębami. Bo jak długo możesz się oszukiwać? Kiedy wreszcie zdobędziesz się na odwagę, aby powiedzieć, że szukasz miłości, a nie jej żenującej namiastki? Dlaczego to teraz taki ogromny wstyd? Łatwiej pójść z kimś do łóżka (wersja ekskluzywna), albo zdecydować się na numerek w toalecie (wersja mniej luksusowa). To jest ok. A co z miłością, do jasnej cholery?

Zośka

Więcej o: