"Sam sobie bądź nauczycielem swego dziecka!" [LIST]

Szkoła realizuje podstawę programową! Jeśli rodzic chce, by dziecko chciało się uczyć i miało z tego frajdę - może uczyć je sam. Smutne wnioski naszej Czytelniczki, która z żalem wyznaje, że według niej "szkoła sucks"...

Przy okazji artykułu o sześciolatkach Red. Zielińska wyraziła się w sposób następujący:(...)"Oraz po cichutku nie mogę się doczekać, kiedy szkoła zajmie się pragnieniem wiedzy moich dzieci, ja wymiękam"(...) Już od jakiegoś czasu temat mnie męczy, zbierałam się, żeby coś o tym komuś napisać, komentarz przytoczony był katalizatorem, padło na Was.

Otóż, Szanowna Pani Redaktor, spieszę poinformować Panią, że nie doczeka się Pani. Szkoła w obecnym, że tak powiem, wymiarze nie zajmuje się zaspokajaniem pragnienia wiedzy dzieci, tylko realizacją podstawy programowej. Jedno z drugim jest tak zbieżne, jak rozbieżny zez Rene z Allo, Allo.

Nauczyciel mówi tylko, co zrobić, a ja muszę w domu chłopców NAUCZYĆ.

Będąc matką 10-letnich bliźniaków w klasie 4 szkoły podstawowej śmiało mogę powiedzieć, że "szkoła sucks". Nikt w niej dzieci niczego nie uczy. Podkreślam słowa _nie_uczy_. Tam się nakazuje kupić ekstremalnie drogie książki i całe multum ćwiczeniówek (nawet do zpt jest książka i ćwiczeniówka), zadaje się mnóstwo pracy domowej i często robi sprawdziany. Ja wiem, w książkach jest wiedza, ćwiczeniówki służą do jej utrwalenia, a sprawdziany - wiadomo. Ale z całą stanowczością powtarzam: w szkole nauczyciele nie uczą. Nikogo nie interesuje, czy uczeń umie, czy zrozumiał, czy „jarzy” kolokwialnie mówiąc. „Przepiszcie treść ramki na kolorowo do zeszytu.” (jęz.polski), „Przeczytajcie lekcje 3 z rozdziału 2 i wypełnijcie ćwiczeniówkę na str 65-66.” (przyroda, historia), „Przepiszcie nuty z reklamy oleju. Nauczcie się grać melodię.” (muzyka) „Narysujcie las.” (plastyka), „Dziś gracie w nogę.” (w-f). Nikt moich dzieci nie uczy w szkole: jakie są zasady ortografii z tej ramki, jakie są składniki pogody, co to jest rada pedagogiczna i konflikt, jak zagrać na flecie, jak narysować las i jak kopać tę piłkę. Nauka angielskiego w szkole podstawowej to skandal. Całe zastępy dzieci chodzą na płatne zajęcia dodatkowe, podczas gdy anglista „uczy” już od przedszkola.

Nauczyciel mówi tylko, co zrobić, a ja muszę w domu chłopców NAUCZYĆ. Ale to, do cholery, nie są studia, oni nie chodzą na wykłady, nie są słuchaczami. Zanim się ich sprawdzi i oceni TRZEBA ICH NAUCZYĆ. A nauczyciele umywają ręce i tylko pokazują czego JA mam własne dzieci uczyć. Ok, możemy przyjąć system, że pani każe narysować las i już, ale w takim układzie ma tylko dwie opcje ocenienia dziecka: nie ma rysunku - jedynka, jest rysunek - piątka. Bez względu na jakość narysowanego lasu. Bo ona nie powiedziała ani słowa dzieciom, jak ten las narysować, jak używać kreski, plamy, perspektywy, nie wykonała z nimi ani jednego rysunku ćwiczebnego. I tak ze wszystkich przedmiotów. Bo w przeciwnym razie ocenia się nie to, co dziecko zrozumiało, czy wyniosło z lekcji, tylko jakim pedagogiem jest rodzic. A ja jestem dupa, nie taternik, tfu, pedagog. Ja jestem inżynierem i nie mam pojęcia, jak uczyć czwartoklasistów.

Wszystko (poza sprawdzeniem wypocin uczniów z kartkówek) robi dziś za nauczyciela wydawnictwo, pewnie żeby zachęcić do wyboru swojej książki.

„Jestem nauczycielem, ja oprócz tych 18 godzin w szkole mam wychowawstwo i całą masę prac pozalekcyjnych” mówią nauczyciele i żądają podwyżek. Szukając podręczników w internecie trafiłam na strony wydawnictw tychże podręczników. Z ciekawości poszperałam i znalazłam „materiały dla nauczycieli”. „Rozkład materiału” to zestawienie materiału podzielone na jednostki lekcyjne, „Plan wynikowy” lub „Kryteria oceny” wyszczególniają, co uczeń musi wiedzieć na ocenę dopuszczającą (wymagania konieczne) i wyższe, podobnie, jak „Wymagania działów” (tu z podziałem na rozdziały podręcznika). Sprawdziany dostępne są po zalogowaniu, wystarczy podać nazwisko, szkołę itp. Czyli wszystko, co nauczyciel kiedyś musiał stworzyć sam, teraz robią wydawnictwa, pewnie żeby zachęcić do wyboru swojej książki. Mit, ze nauczyciel jest przepracowany uznaję za obalony. Bo wszystko (poza sprawdzeniem wypocin uczniów z kartkówek) robi dziś za niego wydawnictwo. A moje dzieciaki mają w tygodniu 28 godzin lekcyjnych, codziennie przeznaczają minimum 2-3 godziny na prace domowe i cały weekend na powtórki i braki z tygodnia. A i tak bez aktywnego uczestnictwa rodziców guzik by umiały.

Wypowiadam się z pozycji matki uczniów z całkowicie innych „grup zdolnościowych”.

Tak się składa, że jeden z moich bliźniaków-wcześniaków cudem przeżył (dziękuję Ci, Jurku Owsiaku, za sprzęt dla noworodków!) i obserwuję rozwój odmiennych problematycznie jednostek: jeden człowiek (myślę, że dzięki intensywnej rehabilitacji) jest bardzo zdolnym dzieciakiem, ale znacząco warunkami fizycznymi odbiega od standardów, drugi natomiast „wpasowuje” się w siatki centylowe i dzięki intensywnej rehabilitacji można go zaliczyć do grupy uczniów słabo-średnich. Wypowiadam się więc z pozycji matki uczniów z całkowicie innych „grup zdolnościowych”. Obu tym grupom szkoła nie daje żadnego wsparcia - człowieka słabszego nie próbuje wyciągnąć w górę, człowieka zdolnego zrównuje do średniej (niskiej). A jakie są propozycje pedagogów dla moich dzieci? „Tego zdolnego niech pani zapisze na prywatne lekcje”. „Tego słabszego niech Pani zapisze na prywatne lekcje”. Śmieszne, nie? Za moich czasów na prywatne lekcje chodzili ludzie z dużymi problemami albo tuż przed maturą. Dziś na korepetycje trzeba chodzić ze wszystkich przedmiotów, czy słaby czy zdolny uczeń. Bo co? Czemu ja mam wyręczać szkołę w uczeniu dzieci?

Teraz rzucą się do moich tętnic wszyscy czytający nauczyciele, ale nie boje się powiedzieć głośno: to przez Was i wasze lenistwo zawodowe szkoła jest głupia. Wiem, uogólniam. Są jednostki wybitne i nietypowe, ale przy okazji rozmów z innymi rodzica okazuje się, że miernota króluje w radach pedagogicznych. Szanowna Pani Redaktor Zielińska! Złudną jest nadzieja Pani, że szkoła Panią w czymkolwiek wyręczy. Szkoła doda zajęć, ujmie kasy, podzieli i zmęczy rodzinę. I skutecznie zniechęci dzieciaki do wiedzy jako takiej.

Aga

Więcej o: