Już zaczęła się przedświąteczna gorączka? Zanim ruszymy w gonitwę za prezentami...

Święta się zbliżają, te kilka tygodni, które je poprzedzają nie są bynajmniej błogim okresem wyciszenia i uduchowienia, a jedną wielka gonitwą, by wszystko było na czas. Zwłaszcza prezenty... O wyzwaniach, jakie niesie Boże Narodzenie i czas je poprzedzający napisała do nas Czytelniczka.

Okres przedświąteczny we współczesnym społeczeństwie charakteryzuje się niebywałym spięciem mięśni wszelakich i ciężką nerwicą serca spowodowaną gonitwą za prezentami dla najbliższych i tych trochę dalszych. Nasza polska i nie tylko polska tradycja nakazuje, aby w ten magiczny czas obdarowywać wszystkich podarkami o rozmaitej rozpiętości cenowej, jakościowej i walorach użyteczności. Bez względu na to, czy odbiorcę darzymy sympatią, czy nie, musimy zasiąść z nim przy wigilijnym stole, wybaczyć na około 5 godzin wszystkie urazy oraz dołożyć starań, aby dobrze wypaść w towarzystwie i nie pokpić się tandetnymi drobiazgami położonymi pod choinką. Sęk jednak w tym, że w chwili obecnej trudno jest znaleźć przyzwoity i, dodajmy, atrakcyjny cenowo gadżet, który zwyczajnie nie trąci bublem. Rynek zalewają azjatyckie produkty rozmaitej maści i kalibru, które jeśli na pierwszy rzut oka i pierwsze zaciągnięcie nosem nie dają po sobie poznać skąd pochodzą, to w niedalekiej przyszłości zdradzą swoje „Mejd in ...”, zwyczajnie odmawiając posłuszeństwa. Nie zmienia to jednak faktu, że przyzwoity Polak musi zanurzyć się w morzu chińskich bibelotów i wybrać najmniejsze zło. Musi, czy chce?

CHCĘ podnieść sobie poziom adrenaliny...

Z jednej strony śmiało można stwierdzić, że większość z nas pała miłością do zakupowo-świątecznej gorączki. To coś, co dodaje naszemu życiu kolorów, podnosi adrenalinę i pozwala solidnie zdenerwować się podczas pomstowania na brak pomysłów, brak przyzwoitych towarów, kolejki przy kasach, tłok w sklepach i szereg innych przeszkód, które skutecznie spędzają sen z powiek. Kłody rzucane nam pod nogi przez komplikacje powodują, że gdy już wracamy z polowania, czujemy się dowartościowani, a nasze ego zaczyna wirować w tańcu samouwielbienia. To znak, że jeszcze do czegoś się nadajemy, że potrafimy odkopać prawdziwe skarby pod górą byle czego. Serce rośnie na myśl o zadowoleniu obdarowanego i salwach podziwu kierowanych w naszą stronę. Bo to przecież właśnie my, „och, ach, uch”, znaleźliśmy takie piękne cacko, które przez najbliższe lata będzie doskonale zasilać szafy i komody, będzie dawać domownikom „radość” z pielęgnowania go, ocierania z kurzu i dbania o to, by fajans mu z głowy nie spadł.

Korzystając z romantycznej oprawy Świąt Bożego Narodzenia dajmy wzbogacić się importerom!

Wszelkie przejawy użyteczności są raczej niemile widziane, bo trącą codziennością i powodują, że pryska bańka iluzji około świątecznej. Chociaż i w tym względzie można rzec, że sprawa nie jest tak klarowna, jak mogłoby się wydawać. Jeśli postawilibyśmy na aspekt przydatności, to znając najbardziej twórcze, a zarazem bezmyślne jednostki zwłaszcza rodzaju męskiego, po kilku latach znajdowalibyśmy pod choinką kilogram mąki pszennej, kilogram ziemniaczanej, dwie marchewki i kapustę kiszoną - tak, żeby darujący (sobie minimum wysiłku) mógł dać popis swojej kreatywności i stać się mistrzem funkcjonalnych podarunków. Zanim więc po raz kolejny zaciśniemy zęby i z napięciem w głosie podziękujemy ślicznie za prezent, który po wyłączeniu choinkowych lampek będziemy mieli ochotę przerobić na nadzienie śmietnikowego worka, pomyślmy, że bzdury też są czasem potrzebne. Korzystając z romantycznej oprawy Świąt Bożego Narodzenia, obudźmy w sobie altruistę i dajmy wzbogacić się importerom, którzy z kolei kierując się szczerymi uczuciami, ofiarują zatrudnionym w azjatyckich fabrykach miseczkę ryżu. I przestańmy w końcu marudzić, że nie chcemy wazonika, bombeczki, a skarpetki to taki komunistyczny relikt.

I MUSZĘ kupić prezent!

Po drugiej stronie barykady znajdują się z kolei osoby, skrzętnie walczące z tradycją podarunków, które na samą myśl o wyprawie do galerii handlowych popadają w letarg, zamiast odkopywać w sobie pokłady entuzjazmu. Trudno jednostki te wynosić na wyżyny asertywności, ponieważ reprezentowana przez nich postawa pachnie lenistwem, arogancją i posiadaniem w poważaniu satysfakcji sprawianej innym. Wydaje się również, że nonkonformiści nie czerpią zadowolenia ze swojej apatii. Pozwalają, aby moc doznań i wrażeń fundowały im osoby postronne i z zajadłością krytykujące rujnowanie przez nich narodowej tradycji. Zdarza się zatem, że dla świętego spokoju i poklasku rodziny, szeregi podarunkowych opozycjonistów wyruszają do najbliższego sklepu i kupują bubel, który być może nie da obdarowanym zadowolenia, ale sprawi, że przez najbliższy czas będą mieli o czym i o kim opowiadać w towarzystwie, wznosząc się przy tym na wyżyny kunsztu obrabiania pośladków drugiej osoby.

Bo DZIECI kochają podarunki...

Jeszcze inaczej wyzwanie podarunkowe wygląda z perspektywy wieku dziecięcego. Tutaj bez prezentu ani rusz, bo szkrab pozbawiony natłoku dóbr materialnych w okolicach choinkowych staje się odszczepieńcem swojej grupy rówieśników. Może oczywiście puścić wodze fantazji i roztaczać opowieści o znalezionych pod choinką skarbach. Ryzykuje tym samym, że prośba pokazania zdobyczy, sprowadzi go bardzo szybko na ziemię. Prezenty dla najmłodszych jeszcze przez długi czas będą koniecznością z tego względu, że zmiana społecznej mentalności nie odbywa się za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Jest przy tym żądna potu i łez tych, którzy podejmują się walki z tradycją. Jeśli zatem zamierzamy poddać się prądowi rzeki podarunków i dać dziecku realne obiekty przechwalania się w gronie kolegów, to może dobrym rozwiązaniem byłaby stymulacja szarych komórek i wybranie najmniejszego zła. Rzecz w tym, że oferowane przez większość sklepów produkty nadają się jedynie do tego, żeby obstawić nimi malucha, cyknąć fotografię, wrzucić ją na fejsa, a rekwizyty szybko usunąć z otoczenia, aby nie zagracały i nie drażniły bębenków usznych wygrywanymi przez siebie kurantami.

Najwięcej satysfakcji sprawia to, czego kupić się nie da.

Wystarczy w zasadzie spojrzeć w gazetkę reklamową, aby stwierdzić, że wśród hałd różowo-potworowej tandety, trudno będzie wyłuskać jakąś perłę kreatywności. Może więc błysnąć inteligencją i zakupić książkę? To w gruncie rzeczy wartościowa pamiątka, która nawet z ogłuszonego komputerowym szumem, małego maniaka multimediów, jest w stanie poczynić geniusza na miarę Einsteina. Owszem, problem tylko w tym, że współczesne propozycje dla najmłodszych nawet w tej materii trącą barachłem. Przerobione, znane bajki zostają brutalnie odarte z resztek spójności i zdrowego rozsądku, archaiczne wiersze znanych i lubianych poetów nijak mają się do dzisiejszej rzeczywistości, a serwowane w nich ilustracje przypominają nie raz, nie dwa kadry horroru klasy C. Nie pozostaje zatem nic innego jak skrupulatne przyjrzenie się wszelkim propozycjom sklepowym i wybranie, z sercem i zaangażowaniem, czegoś, co pobudzi dziecięcą wyobraźnię i wykształci zaczątki kreatywności. Konieczne jest również przybranie grubej skóry w chwili, gdy obdarowany maluch wyrzuci w kąt wybierany w pocie czoła drobiazg i z zapałem zacznie odkrywać wszelakie zalety i piękno pudełka, czy ozdobnej torebki.

Ale bardziej KOCHAJĄ tych, którzy je wręczają!

Warto przy tym pamiętać o jednej, starej jak świat prawdzie. Najwięcej satysfakcji sprawia to, czego kupić się nie da. Poświęcony czas, zrozumienie, szczery uśmiech przez cały rok i świadomość, że jesteśmy kimś ważnym, a nie tylko obiektem, któremu trzeba podsunąć figurkę aniołka, żeby zyskać aprobatę pozostałych członków familii, to warunki konieczne, aby odczarować każdą tandetę, wykrzesać z niej urok ludzkich uczuć i sprawić, by Boże Narodzenie wyzwalało radosne łaskotanie w żołądku.

Matka Szczęsna z Częstochowy

Więcej o: