Chcesz zobaczyć moje zdjęcia z wakacji? A masz tydzień wolnego?

Samojebka? Słitfocia dzidziusia? 300 fotek pod palmą? Jeśli jesteście fejsbukowiczami, wiecie czym to pachnie. A niektórym, jak naszej Czytelniczce, już trochę to przeszkadza i mdli...

Wy też macie takich znajomych na Facebooku? Byli na egzotycznych wakacjach - obowiązkowo album 120 zdjęć, pojechali na „skromny” wypad nad morze - jedyne 60 zdjęć, wyjście ze znajomymi - 30 zdjęć, Sylwester - kolejne 100 zdjęć - oczywiście wszystkie starannie oznaczone, kto z kim i w jakim miejscu. Ostatnio pojechali na Mauritius, ledwie wczoraj wrócili („meldowali” się już na lotnisku), a dzisiaj dodali już kolejne 150 zdjęć. CYK! Oni na tle palm CYK! Ona wchodzi do wody CYK! On jest smarowany kremem CYK! Piją drinka CYK! Tęsknie spoglądają w morze CYK! Widoczek CYK! Ten sam widoczek 2 minuty później, bo akurat ktoś przelatuje na paralotni.

Cud, że nie ma zdjęć z sypialni, ale to pewnie dlatego że Facebook i tak by je ocenzurował.

Oglądam to i zastanawiam się - ile można? Gdzie są granice? Niedługo dojdzie do tego że każdy na wakacje będzie jeździł z kamerą i kręcił transmisje - ciągle online - żeby facebookowym znajomym nie umknął żaden istotny szczegół ich wyjazdu. Oczywiście, pochwalić się można - sama też dodaję zdjęcia ze swoich wyjazdów, ale zawsze staram się wybrać tak 10, no już maksymalnie 20 zdjęć - żeby pokazać gdzie byłam, ale też pozostawić cokolwiek dla siebie.

A tu, wśród tych 120 zdjęć mamy i ją w bikini (w co najmniej 20 pozach: przodem, tyłem i bokiem) i jego z gołym torsem i fotografie wydaje się każdego budynku, który minęli i każdego zwierzęcia, które głaskali. I ją jak strzela focha (podpisane: "sfochowana Gosia"), i jego trochę podchmielonego. Cud, że nie ma zdjęć z sypialni, ale to pewnie dlatego że Facebook i tak by je ocenzurował. Zastanawia mnie: co zostawili dla siebie? Nie mówię o zdjęciach - bo tu pewnie odrzucili te „poruszone” albo „takie same”, ale o jakimś kawałeczku prywatności i tajemnicy. Przecież normalnie nie każdy z tych 200 czy 300 znajomych, których mają na Fejsiku, zobaczyłby ich półnagich czy w innych wymienionych sytuacjach.

A wiecie co jest najgorsze? Że w chwili nudy OBEJRZAŁAM te 120 zdjęć.

Poza tym: jak oni to robią? Chodzą z aparatem przyrośniętym do twarzy? Kiedy mieli czas rozkoszować się widokami czy opalaniem, skoro cały czas zajęci byli dokumentowaniem? Czy w ogóle naprawdę WIDZIELI tam cokolwiek, czy zobaczyli dopiero na zdjęciach po przyjeździe? I w imię czego? Bo właściwie dlaczego pokazywać aż tyle? Żeby się pochwalić egzotycznym miejscem? Do tego wystarczy kilka ujęć i podpis "Mauritius". Żeby "pokazać" znajomym jak tam jest? Ci co sa zainteresowani obejrzą sobie film na kanale podróżniczym, na zdjęciach i tak niewiele widać - bo profesjonalnymi fotografami to niestety moi znajomi nie są.

A wiecie co jest najgorsze? Że w chwili nudy OBEJRZAŁAM te 120 zdjęć. Czyli jednak to działa, to znaczy ktoś to naprawdę obejrzy i nawet skomentuje! I w sumie byłam ciekawa jak ona wygląda w bikini i jak wyglądają plaże na Mauritiusie, a przy okazji zobaczyłam też całą resztę... Ale w kwestii własnych zdjęć zdania nie zmieniam. W bikini zobaczy mnie ten, kto ze mną pojedzie na wakacje, przy okazji zobaczy też nagi tors mojego Męża i inne atrakcje. Zapraszam!

K.

Więcej o: