Też się wstydzę, ale żyję...

Czasem jedynym sposobem na osiągnięcie szczęścia jest spokojne pogodzenie się z tym, co się ma. Tylko czy nie jest to równoznaczne z zamknięciem się w kokonie nieokazywania prawdziwych pragnień i emocji? Między innymi o tym jest list od naszej Czytelniczki.

Przeczytałam poruszający list czytelniczki "Nie mam miłości i się tego wstydzę" i po raz pierwszy postanowiłam swoje emocje ukazać innym. Ja też to wszystko przeżyłam. I chęć pomocy oraz porady w stylu: "To depresja. Pomogą tylko antydepresanty" na nic się zdadzą. Mnie to nie pomogło. Też nie grzeszę urodą, w dodatku całe życie mam nadwagę. Podsumowanie mojego dotychczasowego życia to ciągłe szykany i poczucie samotności w tłumie rówieśników, od przedszkola po liceum. Na studiach ludzie inni, kulturalni, ale jeśli przez całe życie słyszy się niewybredne żarty pod własnym adresem trudno się przemóc, odezwać, zainteresować kogoś sobą.

Nie wiedzieliśmy co to znaczy z kimś być, nie mieliśmy pojęcia czego oczekiwać od tej drugiej strony.

Nie, ja nie mam depresji. Z natury jestem pogodną osobą, podobno nawet sympatyczną. Nie mam wielu znajomych, ani przyjaciół, ale miłość przeżyłam, raz. Oczywiście poznaliśmy się w internecie, bo w świecie nastawionym na "oszałamiające pierwsze wrażenie", na zwyczajną "brzydulę", nikt nie zwróci uwagi, ani w autobusie, ani na zajęciach salsy, ani nawet w bibliotece. Nie czarujmy się... Spotkały się, więc dwie samotności, ja lat 25, on 27. Nigdy nikogo nie mieliśmy, ani ja, ani on. Nie wiedzieliśmy co to znaczy z kimś być, nie mieliśmy pojęcia czego oczekiwać od tej drugiej strony. Nie udało się, bo to, co przeżyliśmy było zbyt silne i odcisnęło zbyt duży ślad na naszej psychice.

Jeśli czeka się na miłość, rok, dwa, czy pięć, jeżeli nastoletni okres dojrzewania spędza się stojąc obok zakochanych par, marząc o tej pierwszej, spełnionej fascynacji to wyobrażenia warunkują każdy kolejny krok. Ten, jeden jedyny ma być wszystkim, prawdziwym przyjacielem, kochankiem, bratnią duszą. A rzeczywistość okazuje się inna. Bo drugi człowiek też ma prawo do bycia egocentrykiem, nie musi rozumieć wszystkiego, ma prawo żyć po swojemu. A jednocześnie znowu pojawia się to ukłucie w okolicach mostka, ten strach przed odrzuceniem. Nie powiem pierwsza, że mi zależy, bo mnie wyśmieje, nie zdradzę, że kocham, bo się przestraszy...

W życiu należy pogodzić się z tym, że nie na wszystko mamy wpływ.

Trudno się otworzyć i zaufać, jeżeli przez ponad 20 lat budowało się "kokon", by ukryć emocje, by nie zdradzić w domu, że w szkole jest źle, bo przecież "w życiu trzeba sobie radzić". Teraz znowu jestem sama i próbuję to oswoić. Też się wstydzę. Nie lubię świąt, weekendów, jesiennych wieczorów, ani letnich, samotnych wyjazdów. Ale wiem też, że użalanie się nad sobą w niczym mi nie pomoże. Udaję twardą, skoro mam być sama, to muszę poukładać swoją codzienność. Mam rodzinę, jedną przyjaciółkę, znajomych w pracy. Nie jestem i nie będę duszą towarzystwa, nie zamierzam się zapisywać na zajęcia dodatkowe, bo to, że ja chcę kogoś poznać, nie oznacza, że ten ktoś chce poznać mnie. W życiu należy pogodzić się z tym, że nie na wszystko mamy wpływ. Czasami nasze marzenia spełniają się komuś innemu i zamiast zazdrościć warto w takim momencie pomyśleć, że może to, co dostaję od losu jest najlepszym, co mogło mi się przydarzyć...?

nd

Więcej o: