Co się stało ze świętami Bożego Narodzenia? Zepsuli je ateiści!

Komercjalizacja? A może wszystkiemu winni są ateiści? Nasza czytelniczka stanęła w obronie tradycyjnych, rodzinnych świąt Bożego Narodzenia. Atakuje ateistów, ale i media. Nie chcemy obsadzać siebie w roli sędziów. Może Wy będziecie bardziej bezstronne. Czy rzeczywiście "Opowieść wigilijna" Dickensa jest o ateistach?

Święta Bożego Narodzenia to dla mnie wyjątkowy czas. Spędzam je w rodzinnym gronie. Kolędujemy, spieramy się czasem o politykę i to czyj barszcz jest lepszy. Dzieciaki wariują rozpakowując prezenty, a my dorośli żartujemy, wspominamy tych, których między nami już nie ma, albo rozmawiamy o tym, co tam komu ślina na język przyniesie. Nim siądziemy do wigilijnego stołu, staram się pogodzić ze wszystkimi, którzy zaszli mi za skórę. Złość czy żal nigdy nie pojawiają się przy naszym stole. Naszą tradycją są też dobre uczynki przed. Czy to będzie wsparcie finansowe dla biedniejszych od nas, czy to będzie drobny datek na schronisko dla zwierząt, czy bezinteresowna pomoc potrzebującej osobie - nie ma znaczenia, co to będzie. Trzeba spełnić jeden przynajmniej dobry uczynek. Może nie zawsze mamy dwanaście różnych potraw na stole, ale tej tradycji przestrzegamy zawsze. Zapoczątkował ją mój nieżyjący dziadek. Nie chcę zdradzać rodzinnych tajemnic, ale wzięło się to stąd, że kiedyś podczas wojny, pewien obcy człowiek uratował mu życie i było to właśnie przed świętami.

Dla mnie święta to magia, moment wybaczania i kochania bliźnich. Kiedy dzielę się opłatkiem z bliskimi mam łzy w oczach. Wzruszam się, dziękuję Bogu za wszystko, co mam. Tak, jestem wierząca. Nie, nie słucham radia Maryja, nie noszę moherowego beretu. No i czytam Focha a nie Frondę, co chyba jest najlepszym dowodem na to, że nie jestem zgrzybiałą dewotką. Wydaje mi się, że jestem przeciętną (a może lepiej statystyczną) trzydziestokilkulatką. Mam męża, dwójkę dzieci i kredyt. Takich kobiet jak ja jest wiele, mam podobne koleżanki. A przynajmniej do niedawna tak sądziłam. Rozmawiałam z dziewczynami z pracy ostatnio o świętach, o przepisach na makowca i śledzie pod pierzynką. Niektóre zaczęły lekko z tego, a właściwie ze mnie kpić. Zarzucały mi, że jestem mała stareńka, zacofana itd. Oberwało mi się też, ponieważ nie ukrywam, że jestem praktykującą katoliczką. W ich ustach słowo - wierząca - brzmiało jak synonim głupiej baby.

Cynicznym uwagom o tym, jak koszmarnie jest spotkać się z bliskimi przy jednym stole, nie ma końca.

Nie mam nic przeciwko ateistom. Nie oceniam, a jeśli się zapędzę to przepraszam. Niech żyją tak, jak chcą. Zastanawiam się jednak, czy to nie przez nich umarł duch tradycyjnych świąt? A jeśli nie przez nich, to winne są chyba media? Kolorowe tygodniki prześcigają się w artykułach o tym, jak PRZEŻYĆ święta. Tak, jakby była to kara. Cynicznym uwagom o tym, jak koszmarnie jest spotkać się z bliskimi przy jednym stole, nie ma końca. Im jestem starsza, tym bardziej mnie to boli. Cynizm, dowcip i wyszukany sarkazm królują, a te tradycyjne wartości chyba odchodzą do lamusa. To czynienie dobra jest chyba takie mało medialne. Bo lepiej pisać o kupowaniu prezentów? O, albo o tym, gdzie te nietrafione potem upchać. Poza tym coraz więcej osób od wspólnego biesiadowania woli gdzieś daleko wyjechać. Najlepiej możliwie jak najdalej od swojej rodziny. Nudnej ciotki, przygłuchego wujka, przygłupiej teściowej i nie wiem kogo tam jeszcze. Co się z nami stało? Ja wiem, że zima w Polsce nie jest może najwspanialszą porą roku na świecie, ale chyba nie o to chodzi podczas świąt?

Święta to czas męczących przygotowań, które owocują jedynie zgagą, przejedzeniem, bólem żołądka i koszmarnymi prezentami?

Nie chcę uciekać od rodziny, tylko postarać się jej wybaczyć (jeśli jest co) i rozmawiać z nią. Starać się zrozumieć. Tak po prostu. Świętować bliskość. Może dla niektórych bredzę jak potłuczona, i może rzeczywiście tak jest, ale zaczynam się bać o to, co dzieje się z nami, ludźmi. Czy stare wartości są aktualne? Czy bycie dobrym człowiekiem nie przegrało z byciem na przykład błyskotliwym złośliwcem, który wygłasza sarkastyczne uwagi o marności rodzaju ludzkiego? To, co mnie martwi najbardziej, to myśl, że właśnie ci sarkastyczni złośliwcy mają rację? Może rzeczywiście jest tak, że święta to czas męczących przygotowań, które owocują jedynie zgagą, przejedzeniem, bólem żołądka i koszmarnymi prezentami? Dla osób, które są wierzące to oczywiście nie jest prawdziwe w żaden sposób. Tyle że wierzyć jest coraz trudniej. Nie tylko w drugiego człowieka. Wyznanie, że się chodzi do kościoła nie jest przez wszystkich przyjmowane neutralnie. Aprobata występuje jeszcze rzadziej.

A Boże Narodzenie to przecież chrześcijańskie święto. Może zatem ci, którzy tak ironizują z bożonarodzeniowej tradycji, nie powinni ich obchodzić? O, albo może powinni obchodzić je z daleka i najlepiej samotnie? „Opowieść wigilijna” Dickensa niestety nic nie traci ze swojej aktualności.

Małgorzata

Więcej o: