Uwielbiam flirtować i nie zamierzam nikogo za to przepraszać

Jedna baba drugiej babie... to jest: jedna Czytelniczka, odpowiada drugiej. Jeśli ktoś jeszcze zamierza się włączyć do tej dysputy - nie będziemy oponować. Warto rozmawiać?

Kochany Fochu!

Lubię tu zaglądać i czytam prawie wszystko, co się u Was pokazuje. Mam swoje ulubione autorki i takie, które omijam z zasady, bo po co się wkurzać bez sensu? Ale listy do redakcji już nie raz podnosiły mi ciśnienie (już chciałam dodać, że widocznie pisują je wyłącznie idiotki, ale nie będę piłować gałęzi, na której siedzę - skoro też piszę...), czytam je jednak namiętnie - to chyba jak z czytaniem Pudelka, czy innych tabloidów. Trochę żena, ale korci. Jednak list Renaty "Uwodzicielko, co kompensują Ci mężczyźni" przelał czarę goryczy i uznałam, że muszę odpowiedzieć. I to nie w komentarzu, tylko pisząc kontr-list. Mam nadzieję, że opublikujecie.

Pani Renata pisze o tym, że była na firmowej imprezie w pracy swojego męża i zbulwersowało ją zachowanie jednej z pracownic, która jej zdaniem flirtował z jej mężem. Opisana pani zyskała miano "uwodzicielki", która "poluje, jak głodny krwi drapieżnik". Przyznam, że już sama ta zaczerpnięta z taniego romansu frazeologia rozśmieszyła mnie srodze, ale diagnoza, że kobiety, które lubią flirtować z mężczyznami "Działają chyba na zasadzie kompensacji. A może chodzi raczej o niechęć wobec innych kobiet? O to, aby z nimi konkurować? Przecież nie chodzi o to, aby zdobyć jednego mężczyznę." - rozłożył mnie na łopatki. No ale pozbierałam się jakoś i odpowiadam.

Jestem straszliwą "uwodzicielką". Flirtuję odruchowo i bez zastanowienia: z kolegami z pracy, z mężczyznami, z którymi łączą mnie różne zawodowe relacje, z mężami koleżanek, a czasem (o zgrozo!) z nieznajomymi. Z facetami, których lubię, chętnie skracam dystans, zdrabniam ich imiona, lubię wspólne śmichy-chichy i lubię być przez nich adorowana. Niekiedy też kładę któremuś rękę na ramieniu albo "pozwalam sobie" na inne tego typu drobne gesty. Nie, ręka mi (jak dotąd) nie odpadła. Statystyki rozwodów na szczęście też na skutek tych bestialskich działań nie poszły w górę. Wszyscy żywi, zdrowi i zadowoleni.

Po co flirtuję? Bo lubię. Krew mi żywiej krąży i cera mi się od tego poprawia, że jakiś pan Mareczek z IT się na mój widok uśmiechnie, pogawędzi, skomplementuje i odprowadzi spojrzeniem. No, niech ma. Żonie pana Mareczka też życzę jak najlepiej i zupełnie nie marzę o tym, by jej małżonka zbałamucić. Ja go oglądam z konieczności (współzależność zawodowa) i zależy mi na tym, by nasze interakcje były dla mnie jak najprzyjemniejsze. A nic tak nie ożywia nudnej służbowej korespondencji jak ledwo uchwytna nutka flirtu. I jakoś łatwiej załatwić sprawy nie do załatwienia...

Ale nie chcę sugerować, że flirt jest dla mnie jakąś strategią działania, że owijam sobie biednych samców wokół palca i żeruję na ich naiwności. Nic z tych rzeczy. To działanie bardziej instynktowne ale też w pełni dwutorowe: tu nie ma drapieżnika i bezwolnej ofiary - są ludzie, którzy wchodzą ze sobą w taki rodzaj relacji - oboje. To taki dialog na poziomie pozawerbalnym, gra sygnałów, wymiana energii. To ostatnie sformułowanie znalazłam ostatnio w wywiadzie z panią Danutą Stenką i bardzo mi przypadło do gustu: flirt to jest pozytywna wymiana energii. Mnie na pewno pozytywnie stymuluje. I nie widzę w tym doprawdy nic złego, niewłaściwego czy godnego napiętnowania. Nie będę przepraszać za swoje maniery.

Oczywiście, zdarza się, że flirty przeradzają się w romans, ale to decyzja obu flirtujących stron, które zdecydowały się taki Rubikon sobie przekroczyć. Sugerowanie, że facet jest tu bezwolną marionetką w rękach wytrawnej femme fatale jest moim zdaniem rodzajem seksizmu. Wizja świata, w której nie ma ludzi - owszem o przeciwstawnych płciach, ale może na przykład podobnych upodobaniach, zainteresowaniach, czy temperamentach - tylko jakieś osobne plemiona, które toczą wojnę i biorą jeńców w jasyr, taka wizja świata jest dla mnie nie do przyjęcia. Ale to jeszcze inny temat.

My z panem Mareczkiem z IT raczej nie przekroczymy niczego (jeśli małżonka, czytuje jego korespondencję służbową, tak jak pani Renatka, to niech odetchnie z ulgą) - co najwyżej budżet. Być może gdzieś na świecie istnieją też te mityczne drapieżne uwodzicielki, które za pomocą trzech maili doprowadzają faceta do szału namiętności (przepraszam, strasznie się śmieję pisząc to), kompensując sobie w ten sposób swoje kompleksy i dając upust niechęci do innych kobiet. Ja takich nie spotkałam. Znam za to świetne, rozkoszne flirciary - fajne babeczki, z którymi chętnie pójdę na wino. Nudzić się w ich towarzystwie nie będę, bo osoby otwarte na tyle, by flirtować z całym światem, są po prostu otwarte. I dobrze się z nimi spędza czas. Chyba że własne kompleksy i ciasnota horyzontów przeszkadzają.

Rita

Więcej o: