Nie cierpię świąt, a muszę znieść je z godnością

Pięknie przystrojony stół, zastawiony przysmakami... Pachnąca, ślicznie ubrana choinka. Wielopokoleniowa rodzina w odświętnych strojach dzieli się opłatkiem i składa sobie czułe życzenia. STOP. Nie każde święta tak wyglądają. Nasza Czytelniczka przedstawia trochę inną wizję...

Święta - rodzinny czas, moc wzruszeń i wspaniała atmosfera. Wierzę, że się tak da, ale niestety to nie dotyczy mnie. Co roku moje święta są dla mnie jedną wielką frustracją. Gdyby było mnie stać na wycieczki zagraniczne w tym terminie, grzałabym tyłek na Hawajach. Nie, nieprawda. Nie wyjechałabym, nawet gdybym zarabiała miliony, bo nie mogłabym tego zrobić mojej rodzinie. Tej samej, dla której jestem obiektem tysiąca tematów przy świątecznym stole.

Temat mojego staropanieństwa jest szeroko dyskutowany, a mnie jakby przy tym nie było.

Nie wiem skąd moja rodzina wie o mnie tyle, bo sama bardzo zdawkowo przekazuję jakiekolwiek informacje o tym, co dzieje się w moim życiu. Ale pewne fakty mówią za siebie, jakkolwiek nie próbowałabym tego zakamuflować. Jestem sama od sześciu lat. Ostatni związek skończył się smutnym rozstaniem po czterech latach wspólnego życia. Ale według mojej rodziny człowiek, z którym byłam i tak był nierobem i mnie wykorzystywał (pisał doktorat, był czas, że rzeczywiście ja go wspierałam finansowo, ale jak u mnie było gorzej, on wspierał mnie - tylko po co mam to komukolwiek tłumaczyć?), więc nikt po nim nie płakał (jedynie trochę ja). Mam 34 lata, więc dramat wielki: mama, jej siostra, moja siostra i szereg kuzynek, że o pokoleniu babć i ciotek nie wspomnę, były już w tym wieku mężate, dzieciate, (ba! jedna jest nawet po dwóch rozwodach w wieku 37 lat, ale z niej się nie śmiejemy, bo ma depresję) - temat mojego staropanieństwa jest szeroko dyskutowany, a mnie jakby przy tym nie było.

Każda rodzina musi mieć chyba taką czarną owcę i temat - padło na mnie i pozostaje mi to znosić z godnością.

Pracuję w tej samej firmie od studiów, nie zarabiam kokosów, ale bardzo lubię moją pracę. Bywa, że pracuję w weekendy, nie że muszę pod groźbą zwolnienia - po prostu lubię to, co robię i nie mam problemu, by wziąć na siebie coś dodatkowego, zwłaszcza, że mam za to ekstra kasę. Ale to też jest temat do przedyskutowania. Bo przecież moja firma mnie dyma („przynajmniej firma ją dyma” - to kuzyn z offu, taki żarcik), a ja się daję. Tłumaczenie mojej sytuacji jest bezcelowe. Bo ich nie obchodzi, że może spotykam się z kimś, ale nie jest to związek. Że lubię swoją robotę i nie czuję się wykorzystywana. Każda rodzina musi mieć chyba taką czarną owcę i temat - padło na mnie i pozostaje mi to znosić z godnością. Choć nie jest łatwo. I miewam takie wizje jak w filmach - z użyciem broni (miękkiej, więcej śmiechu w duszy) lub werbalnych ataków. Ale nie robię, nie mówię nic - przez wzgląd na mamę, która raczej jest niewinna, a nawet stara się czasem mnie chronić. Efekt, jak się domyślacie - cudownie odwrotny: „nie użalaj się nad nią”, „co, sama się wypowiedzieć o sobie nie może?”, „no nie ma co ukrywać, że w jej wieku już chyba czas na męża” itp., itd...

Dalsza rodzina, którą naprawdę mogłabym widzieć tylko na zdjęciach, a tu co roku ten sam problem - co im kupić i skąd wziąć na to pieniądze.

Nie cierpię świąt. Muszę siedzieć przy stole z tymi wszystkim ludźmi, którzy są moją rodziną, ale przecież - do jasnej cholery - ja ich sobie nie wybrałam. Nie muszę ich wszystkich lubić. Ich poczucie humoru, sprowadzające się do rubasznych dowcipów mojego wujka z „delikatnymi” aluzjami, że on i ciotka wciąż kopulują. Moja siostra, która na bank pokłóci się z mężem już na wejściu i potem będą sobie słodkie przysrywki serwować nad śledziem i kutią. Dalsza rodzina, którą naprawdę mogłabym widzieć tylko na zdjęciach, a tu co roku ten sam problem - co im kupić i skąd wziąć na to pieniądze. Któreś z dzieciaków na bank walnie w twarz braciszka lub siostrzyczkę, więc będzie jeden wielki wrzask...

Powiecie, że muszę zmienić nastawienie? Że jak podejdę do tego z humorem, to jakoś zleci i przeżyję? Przeżyję, oczywiście, nie mam wyboru. Zleci jakoś, ale podejrzanie się będzie dłużyć, jak wszystkie koszmarne sytuacje z życia wzięte. A humor na nic tu się zda, bo jestem traktowana jak osoba, która żartując tylko się pogrąża, więc lepiej wychodzę na milczeniu. Nie cierpię świąt, siebie w święta i tego, że oszalała konsumpcja przypomina mi o tym „magicznym, rodzinnym czasie” już od początku listopada. Pozytywy są takie, że już 28 grudnia odetchnę z ulgą i powiem sobie, że następne dopiero za rok...

Karolina

Więcej o: