Single zarzekające się, że im świetnie to bojący się zaangażowania pozerzy?

Czy człowiek, który mówi głośno i wyraźnie, że mu dobrze w jego samotni - z psem i przelotnymi przygodami - to pozer, który nocami gryzie palce i płacze w poduszkę? Nasza Czytelniczka Ola nie wierzy w historię Seby.

Przeczytałam list Seby i zadumałam się nad losem paru moich kumpli. Nie pierwszy raz zresztą, ale pierwszy raz postanowiłam głośno powiedzieć (napisać) co myślę. Z nimi też czasem próbuję rozmawiać, ale niestety na ogół rozmowa szybko schodzi na żarty, docinki i ogólną wesołość, odchodzimy od tematu, który jest smutny i przykry: samotność jest ciężka i mega wielka. Samorealizacja i przygody, choćby z najseksowniejszymi paniami tego nie zastąpią. Oczywiście są ludzie skazani na życie w pojedynkę (bo sami się skazali i tak umocnili w tym poczuciu, że kijem nie ruszysz), ale uważam, że nie jest to stan wskazany i pożądany. Zresztą w komentarzach pod listem Seby widziałam podobne do mojego podejście. Między innymi argument, że produktywność wzrasta, gdy jest się w szczęśliwym związku. Wcale nie musi być tak, że tylko będąc samym/samotnym możemy wydatkować czas na wielki rozwój siebie. Dla mnie wsparcie mojego męża jest kluczowe - dużo więcej mi się chce, mam dużo więcej siły i energii, gdy czuję jego obecność i wiarę we mnie. No i to, co mi mówi - jak mnie dopinguje, też jest nie do przecenienia.

Twierdzi, że czeka na tę jedyną, ale to nie jest prawda. On żadnej z tych kobiet nie daje szansy.

Przyjaciel męża nigdy nie był w poważnym związku. Jest przystojnym, inteligentnym, zdolnym i pracowitym facetem. Poznaje mnóstwo kobiet, które są nim zafascynowane, on nimi też - bywa. Parę tygodni. I potem szuka nowego przeżycia. Bo się nudzi. Mimo że większość jego kolejnych chwilowych partnerek to osoby, z którymi człowiek by się nie nudził przez dekadę na bezludnej wyspie. Ale on nie chce się wiązać. Twierdzi, że czeka na tę jedyną, ale w mojej (i jeszcze paru osób, które go dobrze znają) opinii to nie jest prawda. On żadnej z tych kobiet nie daje szansy. Więcej - mam wrażenie, że gdy zaczyna czuć przywiązanie - to czego ludzie szukają i czasem nie znajdują - wówczas ucieka. Nie jest w stanie podać żadnych rozsądnych argumentów po rozstaniu z kolejną „chwilówką”, dlaczego z tą nie wyszło. Dziewczyna świetna, bystra, ładna i zabawna. Seks super. Niezależna, nie wchodziła na głowę. Ale nie. Powiecie, że nie ma chemii. Jest! Czasem zawstydzająca innych, spędzających z nimi wieczór! Moim zdaniem to strach przed wejściem w następny etap.

Czasem, po wódeczce, zdarzają im się momenty, że zawisają na ramieniu mojego męża i bełkoczą coś o tym, że on to ma dobrze.

Inny trzydziestoparolatek, którego znam od kilkunastu lat, miał kilka związków w życiu, ale raczej w czasach licealno-studenckich. A teraz, od wielu już lat, wydaje się pielęgnować status kawalera. Nosi go z dumą jak frak. Wydaje się szczęśliwy. Ma też ten fart, że mnóstwo pań się nim żywo interesuje - jest bardzo interesującym i przystojnym facetem. Ale schemat dokładnie ten sam jak w przypadku wyżej opisanego. Parę tygodni i gdy tylko zaczyna się rodzić coś na kształt przywiązania - ucieczka. I potem tylko z rozbrajającym uśmiechem stwierdza, że złamał chyba kolejne niewieście serce.

Znam jeszcze kilku podobnych „typów” - wszystkich bardzo lubię i życzę im jak najlepiej. Stąd moja zaduma. Bo czasem, po wódeczce, zdarzają im się momenty, że zawisają na ramieniu mojego męża i bełkoczą coś o tym, że on to ma dobrze. Więc może jednak brak im stabilizacji?

Gdybym miała stawiać diagnozę, powiedziałabym, że jest to jakaś choroba naszych czasów. Chorują na nią mężczyźni, bo kobietom, jeśli chcą mieć dzieci jednak się włącza inne myślenie gdy dochodzą do półmetka trzydziestki. (Nie twierdzę, że wszystkim, nie mówię też, że to dobrze czy źle - nie zjedzcie mnie w komentarzach).

Jak się ma naście lat jest łatwo wejść w nowy związek. Po trzydziestce sprawa się komplikuje.

Moim zdaniem to pułapka. Oczywiście, nie mówię, że trzeba się wiązać na siłę, że życie w samotności to porażka, czy coś takiego. Nie. Ale jednak to dobre i zdrowe dzielić z kimś codzienność. A bycie samemu przez długi czas ma swoje konsekwencje - im człowiek starszy tym trudniej mu się potem z kimś związać, bo przyzwyczajenie do "swojego", do autonomii robi swoje. Trochę wiem co mówię, choć może w mikroskali - sama zanim poznałam mojego męża byłam trzy lata sama. i dobrze mi się żyło, intensywnie. I ciężko było przestawić się znów na bycie z kimś, dzielić z kimś szafę. Jak się ma naście lat jest łatwo wejść w nowy związek, zresztą on się rządzi innymi prawami. Jak się ma dwadzieścia parę już trochę trudniej. Po trzydziestce jeszcze bardziej sprawa się komplikuje.

Nie wiem jaka jest recepta, ale dla mnie takie zarzekanie się, że mi dobrze, że nie chcę - to poza.

Ola

Więcej o: