Zapraszamy na wybieg egoistów. Ty też już ich znasz

Jeden z naszych najwierniejszych Czytelników, Mężczyzna Inaczej, zaprasza do cyrku osobliwości. A prawdę mówiąc, to niestety wszyscy takich egoistów znamy. I występują oni w przyrodzie dość często...

Tematem grudnia jest egoizm, czytając jednak traktujące o nim artykuły, odnoszę wrażenie, że Panie Redaktorki podchodzą do niego bardzo asekuracyjnie. Tu aż się prosi, by rozejrzeć się dookoła i wyłowić z otaczającego tłumu co ciekawsze przypadki egoizmu. W końcu Święta tuż, tuż, pora uważnie przyjrzeć się bliźnim. Zapraszam zatem na wybieg egoistów.

Zanim jednak rozpocznę pokaz, wypada określić czym właściwie jest egoizm. A jest nim postawa, w której wszelkie podejmowane działania są podyktowane osobistym interesem. Rzeczoną postawę można rozpatrywać z punktu widzenia etycznego. I tu niespodzianka - dbanie o własny interes może być uznawane za etyczne, albo za nie zawsze etyczne, niemniej - racjonalne. Kolejną niespodzianką będzie zapewne fakt, że skutki egoistycznego postępowania mogą być dla otoczenia pozytywne (bądź neutralne). Zazwyczaj jednak są one negatywne. Warto zwrócić uwagę, że większość egoistów to egoiści nieświadomi. Za nic by im przez myśl nie przeszło, że ich zachowanie to przejaw egoizmu. I w tym właśnie tkwi sedno - ich egoizm wynika ... z braku myślenia (o jakże pospolita to przypadłość), w tym - jak zwykłem je sobie określać - myślenia systemowego, czyli rozpatrywania swoich działań w kontekście systemu, w jakim funkcjonują (społeczeństwa, miejsca pracy, osób w otoczeniu, itd.). Ale dosyć już tej suchej teorii, nie zwlekajmy dłużej, czas zacząć pokaz.

Jako pierwszy zaprezentuje się Akustyk - podejrzewam, że każdy o nim słyszał, a właściwie to "go słyszał". Akustyka przeraża cisza, w szczególności ta sformalizowana "nocna", ale wystarczy właściwie każdy deficyt dźwięków. Opisywany osobnik osamotniony wśród akustycznej pustki odczuwa nieodpartą i paniczną potrzebę wypełnienia jej dźwiękami. Tu należy nadmienić, że Akustyków można podzielić na kilka podtypów.

Meloman - ten, po ostatni decybel, wypełni ciszę muzyką, Wirtuoz - będzie katował na ulubionym instrumencie (zazwyczaj gitara) przerastający jego umiejętności ambitny utwór, myląc się co drugi, trzeci dźwięk i zaczynając go od początku, i od początku, i... Majsterkowicz - brak doznań akustycznych zmotywuje go do podjęcia działań naprawczych na terenie swojego mieszkania, w których niezbędnym narzędziem będzie przynajmniej młotek, a optymalnym - wiertarka udarowa. Higienista - tego uspokoi dopiero wycie odkurzacza.

Są też Akustycy Incydentalni, zazwyczaj występujący w okresie letnim, kiedy mieszkania, wskutek otwartych okien, tak wspaniale rezonują. To Gawędziarze prowadzący, przeplatane "łaciną" zajadłe dysputy w pudle rezonansowym podwórek. Ze względu na specyfikę tematyki, bezwzględnie rozpoczną ją nie wcześniej niż po 23:59, kiedy milusińscy już śpią. To także Heroldowie, którzy bladym świtem swój radosny powrót na domowe pielesze obwieszczają donośnym wołaniem. I na koniec - najbardziej lubiani - Solenizanci, którzy wejście w kolejny cykl życia sygnalizują - koniecznie całą noc - bezmiarem głośnej muzyki, wrzawą i okrzykami oraz tłuczeniem szkła.

Wśród Akustyków są jeszcze Didżeje. Ci w każdej chwili gotowi są zaprezentować swoje ulubione utwory ("Jesteś szalona móóówięęę ciii...", "Ja uwielbiam ją, ona tu jest ...") przypadkowemu audytorium, czy to w środkach komunikacji publicznej, korzystając z możliwości telefonu, czy w parkach, na plażach, ulicach, gdzie użyją bardziej wyrafinowanego sprzętu. Tę grupę wspiera jeszcze inna - Wykonawcy, dzięki którym dane nam będzie wysłuchać (tak w środkach komunikacji publicznej, jak i innych publicznych przestrzeniach) nieśmiertelnych szlagierów w niezapomnianym wykonaniu (instrumentalnym lub instrumentalno-wokalnym). Trzeba przyznać, że ci ostatni dbanie o własny interes zasygnalizują w sposób nie budzący wątpliwości, tuż po swoim (nomen omen) wątpliwym recitalu.

Skoro zafundowano nam ból uszu, niewyspanie i dreszcz żenady, co powiecie na brak oddechu i ból głowy? Pora bowiem ulec wpływowi Kurzydyma. W tym celu stańmy sobie, na przykład, na przystanku. W tym bowiem miejscu (choć prawo stanowi inaczej) w przeciągu paru chwil z pewnością pojawi się Kurzydym i zacznie dymić. W przypadku tego osobnika także można wyróżnić podtypy. Podtyp nieuświadomiony (i to od dwóch lat - tyle liczy ustawa) będzie dymić, jak gdyby nigdy nic, centralnie, na przystanku (jeśli pada - pod wiatą), wśród pozostałych oczekujących. Podtyp uświadomiony jako tako (ewentualnie umiejący czytać ze zrozumieniem ogłoszenia), stanie sobie tuż obok wiaty (bo wg niego to wiata jest przystankiem) i będzie dymić stamtąd, bo przecież jest poza przystankiem. Podtyp uświadomiony odejdzie odrobinę dalej, co i tak niczego praktycznie nie zmieni, bo musiałby odejść na odległość co najmniej 50 metrów, aby dym się rozproszył. Często w przypadku tego ostatniego podtypu jest tak, że odrobinę dalej oznacza ustawienie się na ścieżce rowerowej, która zwykle przebiega w okolicach przystanku. Bycie Zawalidrogą mało go jednak obejdzie - przecież widać, że stoi, więc nie problem ominąć.

Kurzydym jest do emitera dymu niezwykle przywiązany. Ekstremiści są gotowi porzucić peta (który smętnie opadnie na ulicę lub chodnik, by nostalgicznie dogorywać) dopiero na schodach pojazdu i ostatni sztach rozpropagować w jego wnętrzu. Następnie będą dyszeć, chuchać, dmuchać dostarczając zgromadzonym wokół podróżnym wstrząsających doznań.

Oprócz przystanków, Kurzydymów spotkać można praktycznie wszędzie. Będą przed wami maszerować, staną tuż obok na przejściu dla pieszych, trzeba się będzie - w drodze do wejścia do galerii handlowej - przebijać przez wydmuchaną przez nich zasłonę dymną, a ich samych mijać slalomem. Kurzydymów - w przeważającej większości - charakteryzuje jeszcze jedna wspólna cecha: dywany petów ścielą się w miejscach, w których przebywali.

Kurzydym zaznacza swoje terytorium...Kurzydym zaznacza swoje terytorium...

Czytelnicy uważnie śledzący tekst zapewne dostrzegli, że skutki działania egoistów szczególnie dotkliwe są w środkach transportu publicznego lub ich przyległościach. W tym temacie można wyróżnić jeszcze kilka ciekawych przypadków, jak chociażby Przodownik. Jest to osobnik, który zawsze musi być pierwszy. On pierwszy wchodzi do autobusu, tramwaju lub pociągu (nie zrażając się, że nadal trwa jego opuszczanie przez pasażerów) i pierwszy z niego wychodzi. Przodownik częstokroć staję się Przeszkodą, albowiem potrzeba bycia pierwszym sprawia, że od wejścia do pojazdu pełni wartę przy drzwiach gotowy, aby opuścić go jako pierwszy kilkanaście przystanków dalej. A skoro już weszliśmy (nomen omen) na Przeszkodę, to należy wymienić także inne miejsca jej występowania. Z wielkim upodobaniem zajmuje ona na przykład siedzenie od strony przejścia, choć to przy oknie jest puste (źle wygląda przez okno?). Próba pokonania Przeszkody w celu zajęcia wolnego miejsca graniczy z cudem, albowiem ta na słowo "przepraszam" zrobi nam przejście poprzez ... wciągnięcie brzucha. Pewne podobieństwa z Przeszkodą ma Relatywista - osobnik, którego specyfika sprawia, iż podlega on fizyce relatywistycznej, pomimo tego, że prędkość pojazdu daleka jest od prędkości światła. Ma problem z podniesieniem się z miejsca, gdyż jego masa dąży do nieskończoności, zaś czas zwalnia, więc starsza, chwiejąca się na nogach osoba robi to zaledwie przez krótką chwilę.

Podejrzewam, że macie już dość komunikacji publicznej. To może spróbujmy przejść się piechotą? Jak się wkrótce okaże i tutaj napotkamy egoistów. Najbardziej rzucają się w oczy Zaborcy, choć właściwie nie tyle oni, co to, co z chodnika zabrali - przestrzeń. Zamiast bowiem swobodnego przejścia, mamy wąską szczelinę (półtora metra chodnika dla pieszych? bez jaj!), którą zmuszeni jesteśmy pokonać tanecznym krokiem krakowiaka. Układ ten - zaznaczmy - należy wykonać z należytą uwagą, aby nie obić sobie bioder o lusterka, a odzieży nie zabrudzić ufajdaną karoserią. Zimą ze względu na deficyt tarcia, zamiast krakowiaka, zaleca się pingwinka bokiem.

Swobodny przemarsz zakłócają także Dyskutanci. Osobnicy ci zwykli zatrzymywać się w najmniej odpowiednich miejscach, tj. na przejściach dla pieszych (lub wysepkach) i w przejściach wąskich, w miejscu krzyżowania się tras, w bramach, w furtkach, w drzwiach, w poprzek korytarzy oraz na schodach. Występują najczęściej w parach, bo inaczej trudno byłoby im prowadzić dyskurs. Ten pochłania ich bez reszty, tak że nie widzą świata dookoła, który w mozolny sposób omija ich lub przeciska przez wąską przestrzeń pomiędzy nimi.

Na koniec zostawiłem sobie szczególny przypadek egoistów, a to z tego powodu, iż oni sami mają się za altruistów. To Zwierzoluby. Najczęściej mają pieska, a nawet dwa albo opiekują się stadkiem przecudnych kotków. To wszystko zaś z czystej bezinteresownej miłości do zwierzaczków. To że miłość ta dotyczy wyłącznie zwierzaczków potwierdza fakt, że cokolwiek zwierzaczkiem być przestaje (tj. opuści np. jego układ trawienny) już kochane nie jest, a wręcz napawa odrazą, wstrętem, wypełnia nienawiścią, zaś tu trzeba się spieszyć kochać zwierzaczki - tak szybko odchodzą (z miejsca defekacji rzecz jasna). Zwierzoluby nurzają się w miłości, a reszta świata nurza się ... no właśnie. Szczególnie zimą okolica zawdzięcza Zwierzolubom swój wygląd lodów śmietankowych z rodzynkami i polewą toffi lub cytrynowego sorbetu. A wiosną przychodzi odwilż... i wietrzyk...

Fot. Mieczysław Michalak / Agencja GazetaWrzucasz, nie wdepniesz

Zwierzolubom trudno uwierzyć, że są tacy, którzy nie są zdolni do miłości do zwierząt. Dlatego oczywistym wydaje im się zaanektowanie cudzej piwnicy, bo w ich stado się już nie mieści.

Miłość Zwierzolubów ma jeszcze tę cechę, że jest odwzajemniona - przynajmniej tak się Zwierzolubom wydaje. Dlatego ich pupile kochają cały świat. A skoro tak, to nie są w stanie uczynić mu krzywdy. Mogą sobie biegać swobodnie, bo przecież nikomu, nigdy, przenigdy, w żadnym przypadku nie zagrożą. Jeśli jednak nie ma wyjścia, bo te wredne, znienawidzone służby porządkowe mają coś przeciw, to funduje się pupilowi 20-to metrową smycz, aby dalej mógł czuć się swobodnie, a mimo to był pod kontrolą (sic!). W ten sposób można maszerować po jednym skraju chodnika, a na jego drugim skraju właściwie nieskrępowany biega sobie zwierzaczek. Albo można przepuścić go przez ścieżkę rowerową, niech udekoruje tę zieloną, świeżą trawkę po drugiej stronie. To nic, że wiszącą nad ścieżką smycz ledwo widać, na rowerze trzeba jeździć ostrożnie (szczególnie po ciemku) - ostrożna jazda na tym pojeździe, to oczywista oczywistość.

Kolejny ... albo nie. Mam dość! Wystarczy! Rozejść się! Koniec pokazu! Że co? Że protesty?! Ale z was egoiści! A skoro tak, to proszę za mną - na wybieg.

Więcej o: